Obudź się Polsko – Rewers!

1 sty

W nowym rokiem pojawił się antyfaszystowski manifest. Pozwoliłam sobie spisać jego tekst i dorzucić pod filmikiem.

Problem narasta.
Zagrożenie jest coraz bardziej wyraźne.
Rozwarstwienie społeczne coraz dotkliwsze.
Perspektywy – dla wielu niejasne.
Frustracja i skłonność do wiary w teorie spiskowe coraz większe.

Skrajna, faszystowska prawica – tylko na to czekała.

Ich strategie – nachalne jak zawsze.
Manifestować siłę, aby przyciagać tych których ta fascynuje.
Gdy siły brak – inscenizować jej obecność na wszelkie sposoby.
Czynić to w miejscach i momentach historycznych,
aby je zawłaszczać.
Narzucać młodzieży autorytarne myślenie. Niepokornych terroryzować.
Wykorzystać kibiców, opanować stadiony.
Zatruć muzykę brunatną nienawiścią.
Straszyć „komunizmem“, „umieraniem polskości“
i „żydowskim spiskiem“ – do skutku, aż uwierzą.
Oswajać symbolikę faszystowską i rasistowską.
Podszywać się pod ruchy społeczne.
być przeciw ACTA, być przeciw GMO, aby zyskać zwolenników.
Wmawiać sobie i innym – antysystemowość.
W rzeczywistości wzmacniać represyjność państwa i policji,
aby społeczeństwo było w pełni kontrolowane,
zastraszone i zaszczute, szare i jednolite.

Cel uświęca środki.
W poniedziałek w garniturze – na występy w Telewizji.
W czwartek z nożem w reku – atakując squaty i mieszkania imigrantów,
W sobotę w tłumie kibiców aby z za ich pleców grozić i wyzywać.
W niedzielę pisząc donosy na uchodźców, hackerów,
kanabowców czy antyfaszystów.

Efekty?
Efekty niestety są.
Są zawsze gdy społeczeństwo śpi,
a media stają się tubą propagadnową faszystowskich demogogów.
Efekty są: faszystowskie struktury we wszyskich miastach,
rasistowska symbolika na setkach ulic.
Pobicia, zastraszenia, terror.
Morderstwo w Białymstoku.
Pogrom na wrocławskim Wagenburgu.
Frajerska i pozbawiona ja moda na nacjonalizm
Faszyści ziejący jadem do tłumów,
na marszach i wiecach publicznych.
Faszyści urządzający historyczne pogawędki
w szkołach i na uczelniach.
Podlasie, Lubelskie, Podkarpacie, Mazowsze…
zaroiło się od faszystowskich mord.

A reakcje? Reakcje są.
Zrodzone w potrzebie obrony wolności.
Sporadyczne ale nieustanne,
Enigmatyczne ale celne.
Brawurowe ale świadome.

I mimo to, brunatna zaraza uparcie prze do przodu.

Nie ma jednej genezy nacjonalizmu i faszyzmu.
Są korzenie ekonomiczne i ideowe.
Są uzależnienia systemowe i jest zwykła siła propagandy.
Jest kryzys, jest kultura autorytarna i jest moc chorych idei.
Nie ma więc jednej recepty na walke z zagrożeniem.
W walce z totalitarną wizją jednostki i społeczeństwa
nie bójmy się różnorodności w ruchu antyfaszystowskim!

Organizujcie się.

Niektórzy uspokajają – „im to przejdzie“.
Historia pokazuje, że najczęściej nie przechodziło.

Niektórzy przekonuja – „zajmie się tym władza“.
Władza ma własne priorytety. Prowadzi grę ze społeczeństwem,
a obecność faszystowskich tendencji bywa częścią tej gry.

Niektórzy tworzą fałszywą symetrię,
Tymczasem, po jednej stronie są oni i totalitarne idee
po drugiej – są ich ofiary, jest wolność i jestescie wy.

Organizujcie się autonomicznie.
– sami dobierając formy działania.
Od budowania wolnościowych projektów,
po niweczenie faszystowskich planów,
od edukacji po działania bezpośrednie,
od dyskretnego monitoringu po głośne demonstracje,
od spotkań z kombatantami po pamięć o ofiarach nacjonalizmu.
Autonomiczne grupy i szerokie koalicje.
Działania lokalne i miedzynarodowe więzi.
Antyfaszystowska kultura i sprawiedliwość społeczna.
Wreszcie: śmiałe odwiedzanie miejsc, w których autorytarne idee się odradzają.
Cokolwiek robisz aby krzyżować szyki faszystom – ma to sens.

Są nas tysiące – czas działać.
Ogłaszamy alarm – niech trwa.

Fotograficzne impresje z faszystowskich szeregów

19 lis

Faszyści z ONR kierują bojówkami na Marszu Niepodległości
Kolejny “Marsz Służalczego Poddania się Polskich Kibiców Politycznym Wizjom Winnickiego, Zawiszy i Holochera” za nami. Pora chyba na fotograficzne impresje także z mojej strony. O tym dlaczego akurat “fotograficzne”, za chwilę. Najpierw dwa słowa o tytułowym zdjęciu. Widzimy na nim działaczy ONR ze sztandarem w dłoniach podżegających nakręcony na nacjonalizm tłumek do działania. To zdjęcie dedykuje tym wszystkim, którzy twierdzą, że niedorajdy z ONR będąc organizatorami Marszu “Niepodległości” nie mają nic wspólnego z przemocą i ulicznym terrorem w Warszawie.

Niedorajdy? Tak. Niewinne żuczki? Nie bardzo…

xxx

W ostatnich tygodniach zastanawiałam się ile felietonów trzeba będzie jeszcze napisać i ile faktów przedstawić aby jakaś część społeczeństwa zrozumiała wreszcie dokąd zmierza i co knuje skrajna prawica w tym kraju. Wygląda na to, że faszystowscy liderzy przyszli w samą porę z pomocą. Decydując się na odkrycie kart i wezwanie tłumów do działania – czytaj: wieszania lewaków i pedałów (czytaj: terroryzowania wszystkich swoich wrogów) nie pozostawili złudzeń. Faszyzm po polsku odkrył twarz, stał się niezaprzeczalnym faktem. Winnicki objawił się w roli roztrzęsionego z podniecenia Hitlerka, Kowalski w roli charyzmatycznego Mussoliniego, Zawisza i Holocher choć jeszcze pracują nad swoim wizerunkiem, także nie pozostawili złudzeń co do tego, że są ludźmi niezrównoważonymi i nieobliczalnymi w roli przywódców tłumu. Nazwania polskiego faszyzmu po imieniu unikają dziś już tylko jego wierni od kilku lat adwokaci – od Ziemkiewiczów po Terlikowskich. Jednak i oni zaprzeczają już w sposób nerwowy i spazmatyczny. A to dlatego, iż doskonale zdają sobie sprawę czyimi adwokatami siebie uczynili. Także dlatego, iż zdali sobie sprawę z tego w jakim konktekście, ich nazwiska przejdą do historii.

Ktoś mógłby zapytać, jaka jest właściwie rola Lukrecji w obliczu nowej rzeczywistości, w której faszystowskie plany ONR i spółki wyszły już na jaw. Co do jednego mogę zapewnić wszystkich faszystów między Odrą a Bugiem. Zwłaszcza tych, których moje felietony mierziły do tego stopnia, że urządzili na mnie polowanie w całym kraju. Na ile skuteczne, to widać ;-)

Pragnę was zapewnić – mam jeszcze wiele do powiedzenia ;-) i nie ustanę w deptaniu wam po piętach.

Jednak w tych dniach, gdy odpowiedzialność pisania o strukturach i planach skrajnej prawicy podźwignęło trochę więcej osób, w tym kilku zawodowych dziennikarzy, pozwolę sobie jeszcze na serię zdjęciowych impresji.

Jeden 11-listopadowy akt opisałam już na wstępie.
A poniżej? No cóż… na pierwszym planie jeden z wielu polskich “patriotów”, nie do końca wiadomo dlaczego przebrany za żabę, pozdrawia charakterystycznym gestem przemawiającego z trybuny honorowej Artura Zawiszę.

No comment.

Polscy Faszyści na Marszu Niepodległości

W tym miejscu pragnę dziękować wszystkim fotografom nadsyłającym i udostępniajcym swoje zdjęcia antyfaszystowskim bloger(k)om. Brawo -tak trzymać!

JOBBIKOWY KONIEC ŚWIATA

4 lip

Jobbikowy koniec swiata

A tymczasem… na przełomie czerwca i lipca… odbyły się kolejne EUROGAMES czyli największe europejskie zawody sportowe LGBTQ. Poprzednie miały miejsce w Roterdamie ( było cudownie ;-) ), kolejne zaplanowane są w Antwerpii. Czy wiecie gdzie odbyły się tegoroczne? Pod samym nosem nacjonalistycznych Jobbiku, Magyar Gardy oraz innych prężnych neofaszystowskich organizacji na Węgrzech. W samym Budapeszcie :-)

Niestety w tym roku nie mogę przekazać wam relacji z pierwszej ręki, ale z przyjemnością publikuję felieton spisany na podstawie relacji tegorocznych uczestników.

Eurogames 2012Przygotowania do tego wydarzenia nie były łatwe. Będąc w samym Budapeszcie nie dało się zauważyć żadnych plakatów reklamujących zawody. Miasto nie pokryło się chociaż na kilka dni tęczowymi flagami tak jak to zwykle bywa przy tego typu okazjach. Przy organizacji wydarzenia zachowano pełne bezpieczeństwo. Areny sportowe, na których zaplanowano poszczególne zawody, były do końca trzymane w tajemnicy. Nie do pomyślenia biorąc pod uwagę iż Budapeszt był w przeszłości uznawany za queer-metropolię Europy Wschodniej. Dziś, otwarcie mogą odbywać się tu neofaszystowskie festiwale pokroju “Magyar Sziget / Festiwal Boreal” podczas, gdy zawody sportowe gejów i lesbijek odbywają się w podziemiu, jeszcze bardziej zakamuflowane niż jakiekolwiek działania opozycjonistów za czasów socjalistycznej władzy autorytarnej.

Eurogames 2008Sam burmistrz Budapesztu, István Tarlós, ewidentnie zdystansował się co od imprezy. Oszczędzę wam cytatów, które padły z jego ust w tym kontekście, znamy je doskonale z własnego podwórka. O jakimkolwiek wsparciu finansowym czy logistycznym ze strony miasta nie było oczywiście mowy, a więc impreza na kilkanaście tysięcy osób musiała zostać przygotowana własnym sumptem i pomocą środowisk z innych krajów.

Zacytuję natomiast przewodniczącego Jobbik’u, niejakiego Gabora Vone. Ten prze-inteligentny człowiek uznał EUROGAMES za… koniec świata. Lukrecja dodaje: Jego jobbikowego świata!

EuroGames 2011Do zmierzchu jobbikowej planety przyczyniło się ostatecznie ponad 10 tysięcy osób. Około 3 200 z nich wzięło udział w samych zawodach i około 8 000 uczestniczyło w roli obserwatorów i kibiców. Widzów byłoby z całą pewnością kilkakrotnie więcej, gdyby nie brak reklamy, konieczność utrzymywania miejsc zawodów w ukryciu czy wynikająca także z bezpieczeństwa praktyka wydawania specjalnych zaproszeń dla osób, które chciały wejść na obiekty.

Mimo całej atmosfery zagrożenia, niechęci władz i konieczności zachowania wszelkich względów bezpieczeństwa, zawody były sporym sukcesem i przełomem. EUROGAMES wreszcie dotarły do Europy Wschodniej i odbyły się bez drastycznych zakłóceń. I to w kraju zdominowanym przez skrajnie prawicowy zakon. To w jakiej musiały odbyć się otoczce to już inna historia. Wydaje się, że władze Węgier dopuściły do ich przeprowadzenia tylko po to aby nie musieć tłumaczyć się na arenie międzynarodowej. Gdyby to tylko od nich zależało, najprawdopodobniej zakazałyby ich, albo napuściły na nie swoje wygłodniałe brunatne psy z różnych nacjonalistycznych organizacji.

Uczestnicy EUROGAMES z zachodu, północy i południa Europy opowiadali, że czuli się w Budapeszcie jak u siebie w latach 70-ych, gdy trzeba było toczyć walkę o każdy jeden centymetr równouprawnienia. Walkę tą wówczas wygrali. Teraz czas na ostatni fragment kontynentu.
Póki co, jobbikowy koniec świata trwa dalej. Bezpośrednio po zakończeniu EUROGAMES rozpoczął się w Budapeszcie GAY PRIDE WEEK ;-) który zakończy się 7 lipca.

Nie zmienia to jednak faktu, że chwilę potem odbędzie się na Węgrzech, oficjalnie reklamowany, największy obecnie spęd środowisk neofaszystowskich i nacjonalistycznych (Magyar Sziget/Festiwal Boreal), w którym wezmą udział też liczne delegacje z Polski i któremu poświęciłam niedawno cały oddzielny felieton. Jobbikowy koniec świata jest więc jeszcze daleki. I wygląda na to, że nie pozostaje nic innego jak go wywalczyć. Gdyż jak wiemy z historii, siły autorytarne, kiedy już raz dostaną w ręce ster, rzadko kiedy dobrowolnie oddają inicjatywę społeczeństwu.

Lukrecja

Euro okiem Lukrecji – podsumowanie

3 lip

Euro okiem Lukrecji

AGAINST BORING FUTBOL
czyli więcej Mario Balotellich

Wszyscy w tym tygodniu podsumowują EURO2012, więc robię to i ja ;-) Oto moi bohaterowie zakończonych mistrzostw.

Zdecydowanym Numerem 1 był dla mnie futbolowy indywidualista i ekscentryk Mario Balotelli. Zresztą nie tylko na boisku. Najpierw, świadom tego co dzieje się na polskich stadionach, wygłosił zdanie, które chciałoby się usłyszeć z ust wszystkich piłkarzy:

“Nie zaakceptuję rasizmu, bo jest nieakceptowalny. Jeśli ktoś rzuci we mnie na ulicy bananem, pójdę do aresztu bo go po prostu zatłukę”

Euro okiem LukrecjiZresztą już nie pierwszy raz Crazy Mario zareagował w adekwatny sposób na rasistowskie prowokacje na stadionach. Kiedy w 2009 roku przed meczem mistrzostw Europy do lat 21 w Rzymie rzucono w jego stronę bananem, Balotelli był zły, że policja przyjechała tak szybko, bo sam miał ochotę poturbować rasistowskich gówniarzy.

Wracając do Euro2012… Crazy Mario, zamiast truchtać w tą i z powrotem w czasie treningu na Stadionie Narodowym, zanudzając kibiców i siebie samego, próbował zestrzelić piłką zawieszony wysoko nad nim telebim. I jak tu człowieka nie polubić? ;-) Niedługo potem zestrzelił faworytów z Niemiec strzelając dwie fantastyczne bramki, zresztą nie byle komu, bo uznawanemu za bramkarza-doskonałego, Manuelowi Neuerowi. Przy obu jego strzałach Neuer padał na kolana… nie tylko w przenośni!

Wreszcie, zamiast płakać razem z kolegami z drużyny po klęsce w finale, Crazy Mario zniknął zaraz po meczu. Prawdopodobnie wziął sobie natychmiastowy zasłużony urlop z dala od futbolowego cyrku, który na dłuższą metę nawet dla piłkarza staje się nie do zniesienia. Zachowanie egoistyczne wobec kolegów z drużyny? A może po prostu pozostałych nie było stać na zejście w wybranym przez siebie momencie?

Bez Balotelliego dzisiejszy futbol byłby dużo mniej spektakularny. Czekam na więcej tego typu postaci na boiskach!
Against boring futbol! ;-)

NEW FUTBOL GENERATION
czyli zakaz pedałowania do lamusa

Prandelli against homofobiaMoje wielkie uznanie ma też włoski selekcjoner Cesare Prandelli, który najpierw zadziwił swoich rodaków wprowadzając do reprezentacji dwóch ekscentrycznych napastników, homofobicznego Casano i bojowego antyrasistę Belotelliego, następnie wpłynął na tego pierwszego tak, że ten zmienił swoje żenujące poglądy, aby w końcu obej stali się najatrakcyjniejszym duetem napastników turnieju. Prandelli nie tylko zaskakiwał w trakcie EURO nieszablonowymi zmianami w ustawieniu swojej przetrzebionej przez włoskich Carabinieri drużyny, ale sam zabrał głos w debacie wokół homofobii w futbolu. Po pierwsze, porównał homofobię z rasizmem – w światku futbolu nie koniecznie OBIE formy dyskryminacji są dostrzegane. Po drugie, wyraził nadzieję na rychły coming-out homo-piłkarzy. Po trzecie, zapowiedział swoje wsparcie dla tych, którzy zdecydują się na ten krok.

„Homofobia to rasizm. Musimy bardziej zadbać o wszystkie aspekty jednostek, które żyją swoim życiem, włączając w to sportowców. W świecie piłkarskim i ogólnie sportowym nadal istnieje tabu na temat homoseksualizmu. Każdy powinien żyć w zgodzie ze sobą, swoimi pragnieniami i uczuciami (…) Mam nadzieję, że wkrótce niektórzy zawodnicy zrobią coming-out”

football against homophobiaPodobne deklaracje złożyło całkiem niedawno także kilku młodych piłkarzy reprezentacji Niemiec, wśród nich Manuel Neuer i Mario Gomez. Czasy się zmieniają, a z nimi nawet skostniały świat futbolu. Nowa generacja piłkarzy i działaczy wchodzi na arenę. Homofobiczny rezerwat jaki wytworzył się w świecie futbolu i jego obrońcy z pod znaku „zakazu pedałowania” muszą powoli pogodzić się z faktem, że futbol nie chce pleśnieć razem z nimi.

I’M HERE TO KICK NOT TO SING ALONG
czyli parę słów o Podolskim i Lewandowskim

obowiązki patriotyczne Kilka lat temu Łukasz Podolski jako jeden z pierwszych wszedł na wojenną ścieżkę z przytłaczającym zewsząd ciśnieniem na odprawianie patriotycznych rytuałów w ramach czegoś tak kosmopolitycznego jak futbol. Swoją postawą przypomniał wielu ludziom, że futbol to wciąż dyscyplina sportu a nie kombinat do produkowania przez władze nastrojów społecznych. Krytykowany od lat przez oficjeli piłkarskich i część mediów za to, że nie śpiewa przed meczami hymnu narodowego, wyraził się już kiedyś jasno i wyraźnie:

„Jestem piłkarzem i wychodzę na boisko po to aby grać a nie śpiewać”

W ten sposób rozwiał też teorie tych, którzy twierdzili iż nie śpiewa hymnu niemieckiego dlatego, że po głowie chodzi mu hymn polski. Otóż nie. Podolskiemu nie chodzą po głowie żadne hymny i inne XIX-wieczne obrzędy. Wcale się tego nie wstydzi, postawę swoją uznaje za całkowicie naturalną i konsekwentnie nie ulega presji. Można grać dla reprezentacji, utożsamiać się z nią, nadstawiać za nią kości i piszczele, dawać w ten sposób milionom ludzi trochę radości, ale po co komu do tego potrzebny przymus odprawiania (wymyślonych w poprzednich wiekach) patriotycznych rytuałów.

obowiązki patriotycznePodolski ma zresztą wsparcie swojego selekcjonera. Jogi Loewe od kilku lat jest atakowany przez pewnego starszego, konserwatywnego pana o nazwisku Franz Beckenbauer, za to iż nie zmusza swoich piłkarzy do śpiewania hymnu. Selekcjoner odpowiada ze spokojem, że to indywidualna sprawa każdego piłkarza.

Nic dodać, nic ująć. Reprezentacja to nie wojsko. Boisko to nie koszary. Futbol to nie wojna. Choć znajdą się pewnie i tacy co tak chcą go właśnie w ten sposób pojmować.

obowiązki patriotyczneCo ma z tym wszystkim wspólnego polska gwiazda z Dortmundu? Nie wiem czy ktoś zwrócił uwagę, ale Robert Lewandowski, największa gwiazda polskiej piłki drugiej dekady 21 wieku, pomimo niemiłosiernej presji jaką wytworzono w kraju wokół mistrzostw („wszyscy jesteśmy drużyną narodową”, „cała Polska staje na baczność i śpiewa hymn”, „Boenisch musi się nauczyć hymnu do mistrzostw bo jak nie to…!”, etc) przed meczem z Rosją, zamiast śpiewać o odbieraniu komuś czegoś szablom, tak jak wymagali od niego prezydent, premier, PZPN i redakcje wszystkich brukowców, poprostu sobie pomilczał. Tak to przynajmniej wyglądało w TV. Tym samym zyskał w moich oczach bardzo wiele.

lewy i koniec dyskusjiRobert Lewandowski może się z patriotyzmem utożsamiać albo go odrzucać jako tożsamość wyimaginowaną, przestarzałą lub niepotrzebną, może interpretować swój patriotyzm tak albo inaczej, może go okazywać w ten albo inny sposób, ale swoją postawą zyskał w moich oczach jako człowiek. Jako człowiek ceniący sobie wolność i suwerenność jednostki, potrafiący oprzeć się medialnie i politycznie sterowanym nastrojom i zachowaniom przypominającym czasami odruchy stadne. Poldi doesnt sing alongDo swojego kunsztu piłkarskiego, do którego przekonał mnie już dawno, dorzucił więc dodatkowe walory za które warto go dopingować: za zachowanie indywidualności w atmosferze zespołowej solidarności oraz za pociąg do wolności. Za to samo zresztą cenię Poldiego ;-)

WE LOVE YOU, WE LOVE YOU, WE LOVE YOU…
czyli niech żyje futbol po Irlandzku

Za najlepszą drużynę mistrzostw uznałam Irlandię. A konkretnie: drużynę ich kibiców. Przebili wszystkich. Tym, że jak zwykle zamienili stadiony we wspaniałe kilkugodzinne fiesty. irish fans flyerTym, że kibicowali swojej, skazanej na trzykrotne pożarcie drużynie. Tym, że kibicowali jej do ostatniej sekundy każdego meczu, także tego o przysłowiową pietruszkę, a nawet długo po nim. Tym, że rozbroili polską policję w sposób tak skuteczny jak niekonwencjonalny. Tym, że w drodze na mecz Irlandia-Chorwacja w Poznaniu okazali swoją solidarność dla manifestacji „CHLEBA ZAMIAST IGRZYSK” dając pokaz świadomości wobec społecznych paradoksów generowanych przez tego typu komercyjne imprezy. Wreszcie tym, że zgodnie (w liczbie kilkunastu tysięcy) zbojkotowali podczas swojego pobytu w Poznaniu dwa patologiczne bary („U Honzika” i „Brogans”) znane w mieście ze wspierania poznańskich nacjonalistów i neofaszystów.

Irlandzcy kibice udowodnili, iż futbolowy fanatyzm i społeczna świadomość mogą iść ze sobą w parze. Udowodnili też, że antyfaszystowską świadomość mają we krwi. Słyszeliście kiedyś o rasistach czy faszystach na irlandzkich stadionach? Raczej nie. Dlaczego? Gdyż nie ma tam dla nich miejsca. Zresztą, Poznań poszedł za tym przykładem i był w czerwcu 2012 areną wielu sympatycznych akcji…

Festiwal MAGYAR SZIGET – węzeł kontaktowy dla polskiej skrajnej prawicy

21 cze

skrajna prawica

Wakacyjna Mekka europejskiej skrajnej prawicy
SO MUCH SCUM IN ONE PLACE

Już za kilka tygodni kolejna edycja węgierskiego festiwalu Magyar Sziget, w tłumaczeniu „Węgierska Wyspa”. Festiwal z roku na rok urasta do rangi swoistej Mekki dla europejskiej skrajnej prawicy. Organizowany jest on wspólnymi siłami przez aktywistów Jobbik’u, HVIM oraz innych skrajnie prawicowych węgierskich organizacji. Jobbik jest znaną u nas partią nacjonalistyczną, która wytworzyła w ostatnich latach na Węgrzech atmosferę społeczną, w której dochodzi do nieustannych aktów przemocy wobec mniejszości. HVIM czyli „Ruch 64 Komitaty” to rasistowska organizacja młodzieżowa, której celem jest nie tyle „krzewienie węgierskiej kultury” (jak sami się reklamują) ile podkreślanie wyższości „węgierskości” nad innymi kulturami, dążenie do ekspansji terytorialnej Węgier oraz oczyszczanie narodu węgierskiego z „obcych naleciałości”.

Saga i ONRZ organizacją tą coraz bliższe kontakty utrzymują polscy narodowcy. Na współpracy z HVIM bardzo zależy biedakom z ONR, jednak zostali oni w ostatnich 2-3 latach uprzedzeni przez swoich konkurentów z Młodzieży Wszechpolskiej. Ci ostatni od dwóch lat dostają już nawet oficjalne zaproszenie na imprezę. Jako, że obie organizacje, ONR i MW, mają od jakiegoś czasu mocne ambicje polityczne (parlamentarne) kwestia pierwszeństwa w kontaktach z węgierską skrajną prawicą stała się prestiżowa. ONR, uważając MW za organizację bez kręgosłupa (dającą pupy na lewo i prawo, wypierającą się stadionowych chuliganów, współpracującą z policją, etc) zabiega o przejęcie węgierskich kontaktów, którymi z kolei MW wcale nie zamierza się zbytnio dzielić. To m.in. z tego powodu obie organizacje wysyłają z roku na rok coraz liczniejsze delegacje na słynny festiwal. Do walki wręcz jeszcze nie doszło, ale rywalizacja jest coraz bardziej ostra. Zresztą nie tylko na tym polu. Póki co w meczu wyjazdowym MW kontra ONR wynik 3:0.

magyar szigetSwoje osobne kontakty i interesy na Węgrzech mają też oczywiście członkowie NOP oraz Autonomiczni Nacjonaliści. Działacze NOP wykorzystują festiwal Magyar Sziget przede wszystkim jako możliwość spotkania neofaszystowskich ugrupowań z zachodu Europy (m.in. włoska Forza Nuova) niedopuszczając do nich MW i ONR. Interesy AN sięgają jeszcze innych sfer, bliższych ideom i grupom NS, dotyczą kontaktów ze skrajną prawicą z Serbii oraz kontaktów muzycznych i kibolskich. Łatwo więc zrozumieć jak ważnym Jarmarkiem stał się dla polskiej skrajnej prawicy ten festiwal i dlaczego rasistowskie pielgrzymki z kraju na „Węgierką Wyspę” są coraz liczniejsze.

skrajna prawicaWśród organizatorów festiwalu sama prominencja węgierskiej skrajnej prawicy. Gyula György Zagyva, członek Jobbiku oraz lider HVIM, słynny m.in. z ciągłego nawoływania do waśni na tle narodowościowym. Także László Toroczkai, założyciel i mózg HVIM, znany m.in. z tego, że jako jeden z nielicznych wtajemniczonych otrzymał od Andersa Breivika pozdrowienia oraz kopię słynnego „breivikowego manifestu”, na krótko przed tym jak ten zamordował 77 młodych imigrantów i lewicowców na wyspie Utoya.

Lista organizatorów i patronów festiwalu jest długa i sama w sobie dająca wiele do myślenia. Doskonale można sobie wyobrazić z jakich środowisk wywodzi się obsługa oraz ochrona imprezy. Także to, na jakie działania przeznaczany jest z niej dochód. Najbardziej intrygujący jest mimo wszystko dobór występujących tam zespołów. Jednak zanim do niego przejdę, kilka słów o konwencji wydarzenia. Nie da się bowiem ukryć, iż owa rosnąca wewnątrz europejskich ruchów neofaszystowskich popularność festiwalu nie wynika tylko z atmosfery panującej obecnie na Węgrzech, ale również z samej konwencji imprezy.

Neonaziści, faszyści, narodowcy, kompani Breivika
WELCOME EVERYBODY

Magyar Sziget jest festiwalem bardzo otwartym ;-) Otwartym dla wszystkich białych nacjonalistów, w imię idei budowania silnej „północnej cywilizacji” jak można wyczytać w deklaracji samych organizatorów.

skrajna prawicaKonwencja festiwalu, ale także jego oferta polityczna, szeroka gama zaproszonych gości oraz dobór zespołów muzycznych, mają na celu przyciągnąć zarówno środowiska nacjonalistyczne, neofaszystowskie, nazistowskie jak i wszelkie ruchy rasistowskie. Wszyscy mają się tam czuć dobrze, nawzajem inspirować i przesiąkać ideami. Przedstawiciele najróżniejszych organizacji skrajnie prawicowych, od tych zajmujących się sianiem ksenofobicznego zamętu w parlamentach, przez tych od szerzenia ulicznego terroru, aż po paramilitarne rasistowskie organizacje, mają się ze sobą mieszać zapominając o problemach tak natury ideologicznej jak historycznej.

magyar szigetNazwa festiwalu jest tu kwintesencją samej idei. To powstająca na kilka dni mini-planeta. Zamknięta dla świata strefa. Połączenie koszar, święta wina, obozu treningowego i nacjonalistycznego jarmarku, tylko dla wyznawców „białej supremacji”. Wszelkie neofaszystowskie odchyły welcome. Wszyscy inni mają trzymać się z dala.

skrajna prawicaI tak stoiskach nacjonalistycznego jarmarku symbol Falangi wisi obok Swastyki, flaga Polski obok flagi nazistowskiej Trzeciej Rzeszy, chłopaki w koszulkach z logiem SS tańczą razem z chłopcami w koszulkach z polskim orłem w koronie, emblematy Blood & Honour, mieczyki Chrobrego, germańskie, neopogańskie i faszystowskie runa, krzyże celtyckie, symbole katolickiego fundamentalizmu i „słowiańskiej siły” oraz wszystkie inne symbole narodowego radykalizmu i innych współczesnych odmian neofaszyzmu mieszają się tworząc swoiste brunatne multi-kulti. Działacze zbrojonych rasistowskich grup jak Combat 18 czy „Betyarsereg” dyskutują przy węgierskim winie wspólne strategie z liderami nacjonalistycznych ugrupowań z całego kontynentu. Na scenie pojawia się ZJEDNOCZONY URSYNÓW, a więc„patriotyczny” (pseudo)hip-hop z Warszawy, który w zeszłym roku jako pierwszy zespół z polski zhańbił się biorąc udział w tej imprezie. Na tej samej scenie pojawia się też pierwsza gwiazda europejskiej sceny neonazistowskiej, SAGA, po której koncertach od dynamicznego hajlowania zapewne niejednemu naszemu narodowemu-radykałowi wyleciała już ręka w stawie łokciowym.

skrajna prawicaDyskusje i koncerty odbywają się w namiotach. W jednym z namiotów wspomniany już we wstępie do felietonu László Toroczkai (kompan Breivika) głosi, że jest gotowy strzelać z Kałasznikowa do niektórych członków rządu. W tle, liderzy Młodzieży Wszechpolskiej, w tym sam prezes Stowarzyszenia Marsz Niepodległości, Witold Tumanowicz, robi sobie zdjęcia z nazistowską piosenkarką Sagą. Chwilę potem dwóch członków paramilitarnej organizacji skrajnie prawicowej o nazwie „Betyarsereg” („Armia tych poza prawem”) werbuje do swoich jednostek, a jeden z nich, Zsolt Tyirityan, otwarcie mówi o tym, że nadeszła pora aby brać za broń i mordować bez skrupułów. Gdzieś obok polscy nacjonaliści prezentują istotne aspekty rozwoju, strategii i potencjału skrajnej prawicy w Polsce zapraszając wszystkich zgromadzonych do przybycia na Marsz Niepodległości, co też miało miejsce. Wszędzie są do nabycia adekwatne gadżety, chociażby znaczki z podobizną Adolfa Hitlera i Rudolfa Hessa czy logiem Ku-Klux-Klanu.

neonaziściTak było w roku 2011. Rodzinna atmosferka, wszyscy wiedzą doskonale co ich łączy i po co tam są. Przed wyjazdem masa rodzinnych zdjęć i ostatnia wymiana kontaktów mailowych. Dzięki kilku inteligentnym węgierskim i brytyjskim dziennikarzom, którzy przemycili się na teren festiwalu w zeszłym roku i my mamy wgląd w krajobraz tej węgierskiej wysepki. To właśnie na ich obszernych relacjach, a także na informacjach byłych polskich nacjonalistów, którzy w ostatnich 2 latach wypięli się na swoich głupawych kolegów (niestety wciąż tylko jednostki, ale jakże dobry przykład) służąc obecnie za nieocenione źródło ciężko dostępnych faktów, opieram się w tym felietonie. Ale opieram się także na informacjach wiszących od tygodni bezpośrednio na stronie Festiwalu. Wszystkie trzy źródła są zgodne co do jednego: Magyar Sziget przyciąga coraz więcej skrajnej prawicy z Polski. O tym dlaczego tak jest, pisałam już powyżej. Według aktualnych oszacowań, w tym roku, w dniach 10-15 lipca do Węgier wybiera się od 80 do 150 naszych narodowców ze wszystkich większych miast Polski.

Z „Węgierskiej Wyspy” na „Marsz Niepodległości”
RETURN TICKET PLEASE

Marsz NiepodległościKonwencja festiwalu się sprawdza. Skrajnie prawicowy, biały folklor „bez granic” buduje u uczestników poczucie rośnięcia w siłę. Sprzyja zawieraniu zaufanych kontaktów wykorzystywanych następnie do całorocznych działań. Zeszłoroczny, udział w węgierskim festiwalu członków ONR, MW (sama śmietanka) i AN (czyli naszych Anachronicznych Nieudaczników ;-) ) dał plon w postaci udziału neofaszystów z całej Europy w 11 listopadowym „Marszu Niepodległości” w Warszawie. Dowodem na to były liczne, osobiste relacje z wydarzenia jakie ukazały się po 11.11.11 na skrajnie prawicowych, neofaszystowskich portalach w całej Europie, m.in. na Węgrzech, Chorwacji, Serbii, Czechach, Ukrainie czy w Niemczech. Nacjonaliści, neofaszyści i nazi-chuligani z tych krajów, wzięli udział w „Marszu Niepodległości” na zaproszenie polskich narodowych radykałów, tak jak oni zapraszani są na Magyar Sziget.

Saga, Kategorie C i polska Tormentia na jednym koncercie
SURPRISE?

TormentiaTegoroczny Magyar Sziget odbędzie się w dniach 10-15 lipca i zmienia nieco swoją formułę. Między innymi ze względu na coraz większe zainteresowanie i napływ gości z zagranicy. I tak, według nowej formuły pierwsze 2 dni festiwalu (10-11.07) okraszą muzycznie wykonawcy zagraniczni. Ta część festiwalu nosić będzie nazwę „Festiwal Boreal” pozostając integralną częścią Magyar Sziget (można nabyć karnet na oba odcinki). Należy to rozumieć jako braterski gest ze strony węgierskiej skrajnej prawicy wobec neofaszystowskich „bratanków” w pozostałych częściach kontynentu. Kolejne dni (12-15.07) to już występy tylko i wyłącznie rodzimych gwiazd węgierskiej skrajnej prawicy.

Pierwsza część festiwalu zapowiada się wyjątkowo intrygująco. Otóż oprócz wydarzenia o nazwie „Europejski Okrągły Stół”, w którym wezmą udział przedstawiciele skrajnej prawicy m.in. z Polski, Włoch, Chorwacji, Hiszpanii i Bułgarii (czyżby miała powstać nowa mapa Europy?) na głównej scenie wystąpią w legendarny niemiecki KATEGORIE C, legendarna SAGA oraz polskie gwiazdy „patriotycznego” rocka, TORMENTIA i INVASION.

Cóż można powiedzieć o tych wykonawcach? Całkiem sporo…

skrajna prawicaKATEGORIE C jest swoistą legendą wśród niemieckich neonazistów. To grający od wielu lat zespół z Bremy, ściśle związany ze środowiskiem tamtejszych, organizujących się na stadionie, neofaszystów. Aby móc przez tyle lat odbywać swoje koncerty zespół występuje pod różnymi nazwami (strategia stosowana także przez polskie zespoły neofaszystowskie) ostatnio pod nazwą „Hungrige Woelfe” („Wygłodniałe Wilki”). Dwóch członków Kategorie C występuje też w zespole „Nahkampf” („Krótki Dystans”) kapeli ze stajni „Blood & Honour”. Wokalista Kategorie C, Hannes Ostendorf, znany niemiecki neonazista, zasłynął m.in. ze swojego udziału w podpaleniu w Bremie domu zamieszkałego przez uchodźców. Kategorie C ma jawnie rasistowskie teksty, wymierzone m.in. w czarnoskórych zawodników piłkarskiej reprezentacji Niemiec. Zespół występuje regularnie na koncertach organizowanych przez NPD. Próbując wybielić nieco swój image, Kategorie C próbuje robić wokół siebie otoczkę apolitycznego chuligańskiego zespołu. Jednak co i raz wychodzą na jaw ich powiązania ze zorganizowanymi neonazistowskimi strukturami. W marcu 2012 Kategorie C popadli w niełaskę ANONYMOUS, którzy w ramach swoich „antyfaszystowskich piątków” (w każdy piątek hakowano jedną stronę niemieckich neofaszystów) zhakowali stronę zespołu.
Anonymous vs. skrajna prawica
Przejdźmy do kolejnej gwiazdy wieczoru, wykonawcy o pseudonimie SAGA. To szwedzka wokalistka będąca ikoną europejskich neofaszystów. Nigdy nie stroniła od nazistowskiej symboliki, znana z pozdrawiania swojej publiczności gestem hajlowania, znana z wykrzykiwania ze sceny „Sieg Heil”, znana z tego, że nie traktuje tych zachowań jako taniej prowokacji ale jako wyraz swoich przekonań. To właśnie stąd ta wielka miłość jakim darzą ją neofaszyści od Moskwy przez Warszawę aż po Londyn. Anders Breivik w swoim masakrycznym manifeście przywoływał nie tylko swoje sympatie do polskich organizacji narodowo-radykalnych, ale poświęcił też całe trzy strony na zachwyty odnośnie twórczości Sagi, by wreszcie zakończyć:

“Motivational music tracks, artist: Saga“ (Motywacja muzyczna, artysta: Saga).

Skrajna prawicaSama Saga koncentruje się w swoich tekstach na walce białej rasy o przetrwanie. Cytat z jej utworu:

„…Najwyższa rasa, która kiedykolwiek stąpała po Ziemi umiera,
jest zagrożona, biały człowiek walczy ze swoim upadkiem…”

… i tak dalej i tym podobnie. Któż (poza Breivikiem) nie chciałby występować razem z tą artyską? Ale to jeszcze nie wszystko. Jak reklamują organizatorzy festiwalu, Saga przygotowała na tegoroczną edycję Magyar Sziget specjalny program. Będą to utwory zespołu SKREWDRIVER, które wykona na tym konkretnym koncercie.

SkrewdriverPrzypomnijmy: na wspólnym koncercie z polskimi „patriotycznymi” zespołami: TORMENTIA i INVASION.

skrajna prawicaZastanawiam się właśnie czy jest potrzeba opisywania czym był dla neonazistów zespół SKREWDRIVER i jego lider Ian Stuart (na zdjęciach). To legendy neofaszystowskiego rocka drugiej połowy XX wieku, a dziś już obiekty kultu całej faszyzującej prawicy. Jeżeli zastanowić by się nad tym czy jakiś współczesny neofaszystowski wykonawca w Europie mógłby zostać uznany za spodkobiercę SKREWDRIVER’a, w sensie odgrywania tak silnej roli w krzewieniu rasizmu w Europie, to właściwie na myśl przychodzi tylko jedna osoba: SAGA.

Biedna, poturbowana Tormentia
NEW MODEL OF PATRIOTS

A przed Sagą wystąpią ulubieńcy naszej sceny (krypto)faszystowskiej „Invasion” i „Tormentia”. Tak, tak… to ta sama TORMENTIA, której poturbowanie przez antyfaszystów jakiś czas temu wywołało tak dużo zamieszania na nacjonalistycznych forach. Antyfaszyści dosyć skutecznie uniemożliwili Tormentii wzięcie udziału w kolejnym nacjonalistycznym koncercie. Aby odwrócić uwagę od problemu organizowania (krypto)faszystowskich i rasistowskich koncertów, nacjonaliści zarzucili wówczas antyfaszystom, że poturbowali „patriotycznych” rock-manów z Tormentii. No cóż, jeżeli ktokolwiek miał wówczas jakiekolwiek wątpliwości o jakim patriotyźmie Tormentii i ich fanów jest mowa, dziś mieć ich już nie może. Popularna Antifa wiedziała doskonale z kim ma do czynienia. Patriotyzm zespołu Tormentia (oraz zespołu Invasion) należy mierzyć tą samą miarką co patriotyzm prezesa Stowarzyszenia Marsz Niepodległości, Witolda Tumanowicza (z MW) pozującego do zdjęć z Sagą czy też z patriotyzmem największej hip-hopowej żenady nad Wisłą, zespołu Zjednoczony Ursynów, który wystąpił na Magyar Sziget w zeszłym roku (gdzie również grała i hajlowała Saga). To patriotyzm na miarę Iana Stuarta, nieżyjącego już lidera zespołu Skrewdriver. To patriotyzm na miarę fanatycznej neofaszystki Sagi. To patriotyzm na miarę wyrachowanego rasisty Breivika. To patriotyzm na miarę ludzi polujących na rosyjskich kibiców. To patriotyzm na miarę uczestników Marszu Niepodległości wymachujących na ulicach Warszawy siekierami i wydzierających się: Raz-Sier-PeM! Raz-Mło-TeM!

Neofaszystowska forma patriotyzmu
VOICE OF THE PATRIOTS

Robert Winnicki i Młodzież Wszechpolska na Magyar SzigetPrzy okazji wychodzi też na wierzch podszyty (krypto)faszyzmem „patriotyzm” ogromnej większości polskich narodowych radykałów. Zespół TORMENTIA jest w tym momencie najbardziej wziętym zespołem naszej nacjonalistycznej gawiedzi. Mamy więc do czynienia ze swoistym kultem zespołu grającego na jawnie nazistowskich spędach z jawnie faszystowskimi wykonawcami. Najlepszym dowodem na to jest fakt, iż Tormentia w drodze na neofaszystowski Magyar Sziget” zamierza dać koncert w Lublinie na drugiej edycji tzw. „Voice of the Patriots”. Koncert ma się odbyć 30 czerwca w lubelskim klubie Graffitti. Czy właściciele, bywalcy i pracownicy klubu wiedzą jakie zespoły i dla jakiej publiczności występują w ich klubie? Poprzedni koncert z cyklu „Głos Patriotów” współorganizował sam rzecznik prasowy ONR, Marian Kowalski (vel Miriam „Siłka” Kowalski). Chcecie wiedzieć ile osób z Lublina wybiera się na koncert Tormentii na Węgry? Dzwońcie do rzecznika i pytajcie. Zapewniam was, że jest doskonale poinformowany.

Jak widać zespoły grające pod szyldem „patriotyzmu” na imprezach organizowanych przez ONR, grywają też z niemieckimi zespołami neofaszystowskimi (Kategorie C) i nikomu w niczym to nie przeszkadza. Powiem więcej – nie ma w tym także nic odkrywczego. Przed wojną Roman Dmowski marzył o tym aby być drugim Mussolinim. W trakcie wojny polscy narodowcy dokładali swoje trzy grosze do mordowania i eksterminacji polskich Żydów. Od dziesięciu lat, w Białymstoku, polscy nacjonaliści obnoszą się nazistowskimi symbolami i malują swastyki. Od kilku lat polscy Autonomiczni Nacjonaliści stylizują się na niemieckich neofaszystów (opisane w jednym z poprzednich felietonów). A odwieczne przygłupy z ONR oraz ich kultowe zespoły bratają się z neofaszystowskimi i nazistowskimi kolegami z za zachodniej granicy. Pewna ciągłość jest więc zachowana. A nawet kultywowana.

Neofaszyzm bez krępacji czyli pohajlować na potęgę
GIVE ME ONE „SIEG!” – I GIVE YOU ONE „HEIL!”

W ten sposób pogrzebać należy też mit niewinności „salutu rzymskiego”, którego to polscy narodowcy tak nagminnie używają, a przyłapani za każdym razem tłumaczą, że jest on częścią polskiej tradycji narodowej. W ich głowach pewnie i jest, nie zamierzam z tym polemizować, bo dialog z (krypto)faszystami to wybitnie jałowe zajęcie.

Natomiast dla całego społeczeństwa informacja płynąca z tegorocznego programu Magyar Sziget 2012 może być tylko jedna: polscy narodowi-radykałowie hajlują i robią to chętnie wraz z neonazistami i rasistami z innych krajów. Robią to dlatego, że hajlowanie (czy też „rzymski salut”… ależ proszę bardzo) jest historycznie międzynarodowym pozdrowieniem całego faszyzującego nurtu: od NSDAP po NPD, od Sagi po Breivika, od Blood & Honour po ONR, od Skrewdrivera po Tormentie.

Różnica jest tylko taka, że są kraje i miejsca, w których społeczne przyzwolenie na wszelkie neofaszystowskie ideologie, gesty i symbole jest mniejsze oraz takie, w których jest spore. Na Węgrzech w ostatnich latach nikt się specjalnie nie musi z neofaszyzmem krępować: ani w słowach, ani w gestach, ani w czynach. Festiwal Magyar Sziget i jego przybudówka, Festival Boreal, ma wręcz akumulować i animować te tradycje. Można się spierać co do różnic pomiędzy rumuńskim faszyzmem, agresywnym szwedzkim nacjonalizmem i polskim narodowym radykalizmem, ale gdy chłopcy stają ramie w ramie i wspólnie entuzjastycznie hajlują, drżąc jednocześnie na myśl o sile jaką w tym (mokrym) momencie stanowią, to wszelkie tego typu dywagacje muszą zejść na dalszy plan. Europejska skrajna prawica jest neofaszystowska, choć przeważnie zarazem krypto-faszystowska. Polska skrajna prawica także. I to coraz bardziej.

W Polsce trwa obecnie batalia o to czy symbolika skrajnie prawicowa, neofaszystowska i rasistowska (rzymski salut, krzyż celtycki, falanga, slogan „white patriot”, symbol „zakaz pedałowania”) wejdzie na stałe do krajobrazu naszych ulic czy nie. Póki co nasi narodowcy szykują się do pielgrzymki na Węgry aby poprzebywać wśród swoich, pohajlować na potęgę i porobić rzeczy, na które tutaj, póki co, wciąż nie ma przyzwolenia. Jadą tam po to aby poczuć się tak jak chcieliby czuć się i tutaj. Lukrecja mówi: Niedoczekanie wasze!

Lukrecja

PS. Tegoroczny festiwal Magyar Sziget kończy się w PIĄTEK TRZYNASTEGO… Jego uwieńczeniem są walki w klatce (jak na każdym szanującym się festiwalu krzewiącym kulturę węgierską ;-) ). Nie pozostaje nic innego jak tylko życzyć naszym pielgrzymom soczystych kontuzji, otwartych złamań kończyn oraz porządnych wstrząśnień domniemanych mózgów jako ostatniej możliwej terapii na dolegające im kompleksy. Panowie, walczcie aż do śmierci. Choćby i za kraj ;-)
skrajna prawica

Przedmeczowy incydent czy Wielka Polska Katolicka na polowaniu?

13 cze

polski rasizm na ulhttps://lukrecjasugar.wordpress.com/wp-admin/edit-comments.phpicach Warszawy

(na ubraniach widać skrajnie prawicową symbolikę: po lewej szczyl z logiem “ofensywa” na kurteczce, po prawej goguś z krzyżem celtyckim na szaliczku)

Znienawidziłam słowo INCYDENT.
A jeszcze bardziej tych, którzy próbują przy jego użyciu zamaskować prawdę o problemie, z którym ewidentnie mamy do czynienia.
Ostrzegam, w tym felietonie pojawią się wulgaryzmy.

Przedmeczowy incydent…

Próby relatywizowania tego co zaszło w dniu meczu Polska-Rosja na ulicach Warszawy, próby zarówno wielu prawicowych komentatorów jak i przedstawicieli władz (a więc organizatorów EURO2012) są jednocześnie żałosne, nieodpowiedzialne i nachalne. To co miało miejsce na ulicach Warszawy nie było w żadnym wypadku incydentem! Proszę przestać pier…lić głupoty!

…czy Wielka Polska Katolicka oraz Bóg-Honor-Ojczyzna na wspólnym polowaniu?

Kilkuset do tysiąca zacofanych mentalnie FACETÓW, nie mogących odnaleźć siebie samych w zmieniającym się świecie i zrzucających za to winę na „obcych”, biło wczoraj niemal wszystkich napotkanych Rosjan, często napadając ich w większych grupach i od tyłu, a kolejne setki Polaków, od 16-letnich zachlanych siks po 70-letnie rydzykowe babcie, zagrzewało do czynów wykrzykując zza ich pleców „Jebać ruskie k…y!” lub „Ruskie wynocha!”. To był skrajnie prawicowy motłoch en masse. Wśród biegających ze śliną na ustach pojebańców, co dziesiąty miał na sobie nacjonalistyczne emblematy. Przeważały koszulki odwołujące się do haseł „bóg, honor, ojczyzna”, obciachowe ciuchy z logiem „Ofensywa” (znakiem rozpoznawalnym skrajnie prawicowych przygłupów), neofaszystowskie nadruki „White Patriot” i szaliki z krzyżami celtyckimi (symbolami domniemanej białej rasistowskiej supremacji). Nie mówię tu o tuzinach, ale całym zlocie tak ubranych nacjonalistycznych fajansiarzy. Kolejnych kilkudziesięciu zrezygnowało z rasistowskich emblematów tylko po to aby nie być rozpoznawalnymi. Skrajnie prawicowy, zakompleksiony motłoch był siłą przewodnią i napędową antyrosyjskich, ksenofobicznych, nacjonalistycznych polowań, które trwały od godziny 16 do północy, a więc przez około 8 godzin na obszarze całego centrum stolicy.

Oto jak dokładnie wyglądał wczorajszy „przedmeczowy INCYDENT w centrum Warszawy”.

Drugie Węgry?

Skoro tego typu zdarzenia nazywa się incydentami to rozumiem, że o nasileniu nacjonalistycznie umotywowanej przemocy zacznie się mówić dopiero wtedy, gdy kilka tysięcy uzbrojonych w kije nacjonalistów wyśle do miejskich kostnic pierwszych czternastu cudzoziemców, a o skrajnie prawicowym terrorze wspomni się wtedy, gdy zdarzenia takie będą miały miejsce w każdy wtorek, czwartek i sobotę, a obcokrajowcy coraz rzadziej będą odwiedzać ten kraj, tak jak to ma miejsce od kilku lat na Węgrzech.

Dlaczego w tym roku obchodzimy 11 listopada już 12 czerwca?

Czy muszę dodawać, że wielu uczestników „incydentu” zostało rozpoznanych jako animatorzy terroru z 11 listopada 2011, który podobnie jak teraz, miał swój „narodowy patronat” w postaci osób i instytucji legitymizujących go i podobnie jak teraz, rozlał się na całe miasto?

Czy muszę dodawać, że faceci od „incydentów” to awangarda Marszu Niepodległości organizowanego przez krypto-faszystowski ONR i nacjonalistyczną Młodzież Wszechpolską oraz oszołomioną „narodową prawicę”, która nie oferuje temu społeczeństwu nic innego poza agresywnym patriotyzmem, zwanym inaczej nacjonalizmem?

Czy muszę dodawać, że kilkunastoosobowa grupa stołecznych Autonomicznych Nacjonalistów (po mojemu Anabolicznych Nieudaczników) rozpędzała się na rosyjskich kibiców ramie w ramie z Januszem Korwinem Mikke (tyle tylko, że Janusz szybciej wyciął popularną długą i tylko dlatego nie dostał po buzi od wkurzonych Rosjan)?

Czy muszę dodawać, że liderzy tych nacjonalistyczno-burackich ataków są w bliskich relacjach z członkami Stowarzyszenia Marsz Niepodległości oraz planują swoje kolejne popisy 30 czerwca w Poznaniu?

Czy muszę dodawać, że także wśród Rosyjskich kibiców widać było kilkunastu w koszulkach „Blood & Honor” a więc w tych samych, których widywaliśmy już setki razy polskich „narodowych radykałów” co jest tylko dowodem, że (neo)faszyzm nie ma granic i potrafi być zarówno węgierski, niemiecki, rosyjski jak i polski? Tyle tylko, że wczoraj był zdecydowanie polski.

Do wszystkich komentatorów, wyznawców “teorii incydentu”:

Po cholerę ta ściema? Cały kraj widział. Był syf. Polski nacjonalistyczny syf. Był na skalę jakiej nie ma w innych krajach w Europie. Był, bo zamiast się zająć neofaszystowskim ścierwem na polskich stadionach i ulicach, pomagacie im tworzyć legitymacje pod ich kolejne ataki: „bolszewicki marsz rosyjskich kibiców”, „niemcy przyjeżdżają bić polskich patriotów”, „homoseksualiści prowokują swoją paradą”…

Do wszystkich ultras i kibiców, którzy mają w sobie wystarczająco rozumu i godności:

Kiedy wreszcie skopiecie dupy i wygonicie ze swoich szeregów tych niedorozwiniętych wyznawców „białej polski”? Oni nie tylko przynoszą wam obciach, ale jeszcze robiąc swoją nacjonalistyczną politykę na stadionach, ściągają na was represje! Chcieliście aby wszyscy mieli przed wami respekt, a dzięki tym wszechpolskim nieudacznikom wszyscy wami gardzą.

Ultras – wake up! Czas na przebudzenie! „Futbol – Doping – Adrenalina” zamiast „Obciach – Rasizm – Nacjonalizm”

Oto i oni… Automatyczni Nieudacznicy (AN)…kwiat narodu… blokowi fetyszyści rosyjskiej flagi… młodzi, zdrowi, głupi jak para sandałów…
Anaboliczni Nieudacznicy

Lukrecja – byłam, widziałam, zrozumiałam.

Można rozwijać się albo gnić. Kibice wybiorą to pierwsze

12 cze

futbol skrajna prawica antyfaszyzm
(re-edycja tekstu opublikowanego ponad rok temu – materiał nie tylko zaktualizowany, ale też… z każdym dniem coraz bardziej aktualny!)

Ostatnie społeczne tabu

Piłka nożna jest bardzo złożonym fenomenem społecznym. Rozgrzewa tak samo wiele pozytywnych co odpychających emocji. Przeciętny fan, szalikowiec, kibic, kibol, kibolka ;-) nie ma wyjścia – musi pogodzić się z relacją hate & love w stosunku do piłki kopanej futbolem zwanej.

Dzisiejszy tzw. Modern Futbol to przede wszystkim fabryka do robienia pieniędzy. Wielki biznes kontrolowany przez potężne lobby. Ale współczesny futbol odgrywa również niemałą rolę w kształtowaniu świadomości społecznej. Różnych jej aspektów. Prawdopodobnie największą świadomościową kreacją futbolu jest uczynienie go na przestrzeni lat heteroseksualną niszą. Homoseksualizm w męskiej piłce nożnej jest tabu. Dotyczy to działaczy, trenerów, sędziów, kibiców, ale przede wszystkim managerów piłkarskich i samych piłkarzy. A przecież nikt, kogo stać na bardziej wnikliwe spojrzenie, nie zaprzeczy, że futbol jak rzadko który sport, przepełniony jest wzajemnymi męskimi czułościami. I jak w rzadko którym sporcie, fakt ten jest uporczywie negowany. Homoseksualizm traktuje się jak coś niewygodnego, wstydliwego, wypiera się go i tabuizuje. Równocześnie inscenizuje się ultra-heteroseksualne oblicze futbolu. Tylko skąd ten cały cyrk? Po co ta heteroseksualna inscenizacja na przekór rozsądkowi, naturze i faktom? A fakty są takie, że na kilkunastu piłkarzy co najmniej jeden jest gejem. To informacje od psychologów sportowych i samych piłkarzy. Prawdopodobnie nie inaczej jest jeżeli chodzi o całą armię osób zaangażowanych w ten sport chociaż tu nikt nie prowadził żadnych badań.

Piłka nożna to mikrokosmos z siusiakiem

football homophobiaWszystko zaczyna się od tego, że konserwatywna część społeczeństwa wciąż kultywuje patriarchalne wyobrażenie dwóch spolaryzowanych względem siebie męskości i kobiecości. Po za nimi i między nimi nie ma nic i nikogo. Oczywiście męskość góruje nad kobiecością. Sam sport uważa się za z natury męski, a że męskość najdobitniej wyraża się w pociągu do kobiet, więc sport definiuje się jako domenę hetero. Homoseksualiści sprawdzają się zaś w sztuce czy modzie. Mniej więcej taki jest konserwatywny punkt widzenia.

Jeśli chodzi o kobiety to sport był dla nich jeszcze nie tak całkiem dawno kompletną „no go area”. Od kiedy wywalczyły sobie do niego dostęp, podkreślam słowo „wywalczyły”, mogą w jego ramach swobodniej generować swoją osobowość, spełniać się w tym definiowanym wciąż jako męski obszarze. W jego ramach wymagane jest wręcz, aby pielęgnowały i demonstrowały pewną męskość. Jak zostało to już kilkanaście lat temu ładnie podsumowane, w męskim świecie sportu, kobiety mogą nieoczekiwanie swobodnie przekraczać granice wytyczone dla obu płci. Niezmuszane do odgrywania narzuconych im kobiecych ról, mogą dać upust swojej tożsamości, zarazem nie tracąc w oczach konserwatywnego społeczeństwa. Oczywiście, zbyt dużo „męskości” prowadzi do zarzutów o bycie lesbijką i duża część „konserwantów” jest na przykład przekonana, że wszystkie piłkarki są lesbijkami, co jest oczywiście nieprawdą. Ale taki jest właśnie los kobiet zachowujących suwerenność względem męskich oczekiwań. To dlatego większość sportsmenek na wszelki wypadek, szlifując swoją „męskość” mocno podkreśla swoją heteroseksualność.

Co ciekawe, w krajach w których coraz bardziej popularna staje się kobieca piłka nożna (Holandia, Niemcy, kraje Skandynawskie, USA, Australia…) nasila się homofobia dotycząca zawodniczek. Jeszcze 10 lat temu piłkarki lesbijki mogły dosyć swobodnie mówić o swojej tożsamości. Jednak kiedy sport stał się popularny i interesujący dla światka biznesu rozpoczął się nacisk na (re)tabuizowanie obecności homoseksualnych zawodniczek. Wydaje się, że po to, aby „nie odstraszać” sponsorów i oczekiwanych milionów rodziców, którzy niebawem powinni zacząć wysyłać swoje córki do szkółek piłkarskich. Od kilku lat wszystkie znane piłkarki lądują na łamach Playboy’a, aby podkreślić kobiecość i domniemaną heteroseksualność kobiecej piłki nożnej (wiadomo, że Playboy jest magazynem dla mężczyzn). Na heteroseksualnych, „kobiecych” i wykreowanych na modelki piłkarkach zamierza się zrobić lepszy biznes niż na sporcie w którym gra sporo lesbijek i kobiet odbiegających urodą od tej, którą chciały by pokazywać obiektywy kamer największych stacji TV. W tym celu lesbijki próbuje się zamieść pod dywan.

Wracam do futbolu męskiego. Prawdziwy problem zaczyna się, gdy mamy do czynienia z przekraczaniem granic kobiecości przez mężczyzn. Zwłaszcza w kontekście piłki nożnej, stojącej na samym szczycie męskiej hierarchii sportów (obok hokeja, rugby, Formuły 1 czy żużla). Piłkarz, który zbliży się swoim zachowaniem do bieguna kobiecości, podważa natychmiast swoją męskość, a tym samym rzuca na siebie podejrzenie o bycie gejem. To degraduje go medialnie i społecznie, bo przecież gej nie może być dobrym piłkarzem! Presja ze strony homofobicznych kibiców, samego futbolowego światka oraz sfer inwestujących w futbol, prowadzi do tego, że podejrzenie o bycie gejem może kosztować piłkarza załamanie kariery, odwrócenie się sponsorów, utratę zdrowia, a nawet, jak już się przekonaliśmy na przykładzie Justina Fashanau, życia.

Dlatego też wszyscy gracze dbają bardzo o swój heteroseksualny wizerunek, zarówno na boisku, jak i prywatnie. Niezależnie od tego czy są gejami czy nie. Nawet heteroseksualni piłkarze muszą się mieć na baczności aby nie zostać podejrzani o brak „męskości”. Na boisku homoseksualność ukrywana jest często poprzez przesadnie ostrą grę i chamskie, typowo męskie, zachowania, seksistowskie wulgaryzmy, etc. Zgrywaniem ostrego macho-gościa najlepiej zwieść wszystkie badawcze spojrzenia z trybun. Z kolei, w życiu prywatnym, jak donoszą psycholodzy sportowi z wielu krajów, zawodowi piłkarze będący gejami proszą swoje przyjaciółki o publiczne występowanie w roli ich partnerek, biorą lewe śluby, żyją z kobietami ukrywając przed nimi swoją tożsamość, przedstawiają dzieci kuzynów jako własne, itp. Wielu piłkarzy prowadzi więc podwójne życie, które oczywiście, ze względu na towarzyszące temu psychiczne obciążenie, często nie najlepiej wpływa na ich formę i ogólne samopoczucie.

Homofobi stoją z otwartymi ustami i gołymi pupami

futbol stop homofobia Pierwszego polskiego piłkarza, który zdecyduje się na tzw. coming out, czeka z pewnością ciężki sezon pośród licznie odwiedzających nasze stadiony faszyzujących nacjonalistów oraz wtórujących im chłopaczków szesnastolatków bez charakterów (a charakter byłby potrzebnych, aby oprzeć się kolektywnej głupocie). Takiego piłkarza spotkać też może nieformalna reprymenda ze strony władz klubu, że swoim gejostwem psuje w nim atmosferę (sic!). Nawet ten czy inny piłkarz z drużyny mógłby się okazać na tyle głupi, żeby wmawiać sobie i innym iż czuje się zagrożony pod natryskiem (sic!!!). Oczywiście media rzucą się na takiego gracza jak sępy na padlinę grzebiąc w każdej sekundzie jego życia. Może nawet jakaś zorganizowana grupa homofobów czy bojówka związana z NOP dopuści się fizycznego ataku. Czy taki piłkarz jest w stanie przetrzymać te pierwsze miesiące?

Wydawać by się mogło, że jest zbyt wiele powodów, aby dalej inscenizować swoją męskość i heteroseksualizm, aby robić to aż do bólu, na przekór własnej osobowości, logice, zdrowiu psychicznemu i wszystkiemu innemu. Z drugiej strony, pierwsi piłkarze, którzy zdecydują się na ujawnienie, spotkają się z niespotykanym wsparciem progresywnej części społeczeństwa. Żaden coming out nie powinien być forsowany, ale jak na dłoni leży pytanie o to, ile lat można żyć w ukryciu, prowadzić podwójne życie, okłamywać wszystkich dookoła, zabijać własne emocje? Co jest bardziej zabójcze, coming out czy kilkanaście lat odgrywania kogoś kim się nie jest?

Dotychczasowe przykłady ujawnień się (futbol/hokej/rugby) są dwuznaczne. Justin Fashanu, pierwszy brytyjski piłkarz, który ujawnił się jako gej (1990) został poddany takiej presji (głównie ze strony mediów, działaczy i kibiców), że po kilku latach popełnił samobójstwo. Minęło kilkanaście lat. Szwedzki piłkarz Anton Hysen (syn świetnego byłego gracza Liverpoolu, Glenn’a Hysena) jakiś czas temu zdecydował się na coming out. Dostał pełne wsparcie od całej swojej drużyny, władz klubu oraz ogromnej większości kibiców. Także od rodziny. Brendan Burke, czołowy amerykański hokeista (outing w 2009) także otrzymał silne poparcie i być może dokonał przełomu w swojej dyscyplinie. Niestety zginął niedawno w wypadku samochodowym i nie będzie już świadkiem trwającego przełomu i losów kolejnych gejów hokeistów. Z kolei Gareth Thomas, największa gwiazda walijskiego rugby, bohater narodowy, którego tak spektakularną jak i brutalną grę podziwiał cały świat, swoim ujawnieniem się zatkał wszystkim usta. No jak to, ten brutal jest gejem? Linia ataku homofobów i kryptofaszystów kompletnie się załamała, bo w ich mniemaniu maksymalnym wysiłkiem fizycznym, na jaki stać geja jest spacer po wystawie fotografii. Tymczasem mit padł. Bez koronnego argumentu na to, że pewne rzeczy w życiu są dla „homosi” nieosiągalne, homofobi pozostali tam gdzie stali. Tyle, że obdarci z resztek swoich quasi-racjonalnych argumentów. Stoją z otwartymi ustami i z gołymi pupami.

Stadion wciąż boi się geja

Justin Fashanu Stadion zawłaszczany jest dziś przez ultrakonserwatywne i faszyzujące nurty społeczne jako arena służąca do przedłużania sztucznej dominacji męskości nad kobiecością. Świadomość tego, pozwala zrozumieć dlaczego wszelkie próby rozmycia ostrych granic pomiędzy obiema płciami w obrębie typowo męskich sportów (futbol, hokej, rugby) spotykają się z tak szowinistycznymi reakcjami. To tłumaczy też, dlaczego świat futbolu tak bardzo boi się gejów.

Strach przed gejem-piłkarzem wynika także stąd, że piłka nożna jest, de facto, bardzo homoseksualnym sportem. Te wszystkie wilgotne uściski na murawie, ciągłe ocieranie się o siebie, euforyczne pocałunki, pieszczoty przy narożnych chorągiewkach, wzajemne pogłaskiwania, tarzanki po trawie… Wszystko wykonywane przez zdrowych wysportowanych facetów ku wielkiemu podnieceniu fanów w każdy weekend na tysiącach stadionów całej Europy. Co gol, to ciało do ciała i zaczyna się wzajemne męskie pocieranie zapoconych mięśni. Ile razy widzieliśmy, jak w całym tym kolektywnym męskim uniesieniu dłonie sięgają, choć tylko na chwilę, w miejsca uznawane za najbardziej intymne. Niemniej seksowne są nieustanne przepychanki w polu karnym, podszczypywania, tulenie się do siebie w murze przy rzutach wolnych, itd. Bramkarze pocierający co chwila swoich obrońców po czuprynach, czy poklepujący po pupach, aby ruszyli do kontrataku. Mężczyźni sami dla siebie, przez 90 minut, ani jednej babki, a tyle seksualności, że wystarczyłoby na kilka odcinków wilgotnego erotyku. Tak przesiąknięty wzajemną męską seksualnością sport musi na siłę kreować się jako heteroseksualny. W innym wypadku, gdyby nazwać to wszystko co się dzieje na boisku i wokół niego po imieniu, mogłoby się okazać, że jest czymś bardzo, ale to bardzo, homoseksualnym.

Arkadiusz Onyszko wygląda źle nawet w bieliźnie Davida Beckhama

stop homofobia futbolBeckhama, który u szczytu swojej kariery sam określił się metroseksualnym i zdeklarował, że nosi bieliznę swojej partnerki, nie tylko nie spotkał lincz, ale wręcz zyskał na popularności. Twierdzi się, że swoją postawą zrobił wiele dla piłkarzy, trenerów i kibiców gejów. Ale czy nie jest to przesada? W końcu nigdy ani na sekundę nie podważył swojej heteroseksualności. Wprost przeciwnie, zawsze dbał o jej podkreślanie, o jej obecność przed kamerami. Jako futbolowa pop-gwiazda największego kalibru, mógł sobie pozwolić na gierki wokół swojej seksualności. Jego sesje zdjęciowe i bieliźniany fetysz odebrane zostały jako egzotyczna pop-transwestycja na potrzeby marketingowe. Być może, gdyby podobnie jak on, zaczęło zachowywać się coraz więcej piłkarzy, gdyby poszedł krok dalej i zaczął przed meczami malować sobie oczy, gdyby na skutek tego, balansowanie na krawędzi seksualności i płci stałoby się w futbolu czymś codziennym, można by mówić o jakimś przełomie. Jednak tak się nie stało i rola Beckhama w procesie demontażu żenującego macho-wizerunku futbolu jest zdecydowanie przereklamowana.

A jednak… każdy skrawek bielizny metroseksualnego Beckhama jest tysiąc razy więcej wart niż minuta gry w jakimkolwiek piłkarskim klubie kogoś takiego, jak Arkadiusz Onyszko, z którym to duński FC Midtjylland rozwiązał w 2009 roku umowę po tym jak ten popisał się swoją homofobiczną i ksenofobiczną erudycją. Od tego czasu Onyszko szamotał się po całej Europie nie mogąc znaleźć klubu, który wziąłby takiego idiotę do swojego składu. I świetnie, chociaż warto to uznać nie tyle za efekt wzrostu tolerancji pośród władz europejskich klubów, ile skutek międzynarodowej kampanii przeciwko homofobii.

Tyle buziaków w stronę szalikowców

J.Fashanu fight homofobiaW krajach, w których do tych kwestii podchodzi się bez popularnej „napinki”, już dawno przestudiowano wszystko to o czym tu mowa. Okazało się, że w jednej z najlepszych lig, znanej tak z wysokiego poziomu piłkarskiego jak i z multikulturowości, na dziesięciu piłkarzy co najmniej jeden jest gejem. Mimo, iż oczekiwanie na pierwsze oficjalne ujawnienie się wciąż trwa (znawcy tematu twierdzą, iż będzie ono miało charakter kolektywny bądź lawinowy), nieoficjalnie mówi się o wielu graczach z najwyższej półki transferowej, o idolach (także polskich kibiców), którzy niebawem zdziwią wielu swoich fanów. Philip Lahm, kapitan reprezentacji Niemiec, apelował niedługo przed EURO2012 do wszystkich piłkarzy gejów aby się jeszcze powstrzymali z ujawnieniem, gdyż społeczeństwo rzekomo wciąż potrzebuje trochę czasu. Innego zdania są inne gwiazdy reprezentacji Niemiec, m.in. Manuel Neuer i Mario Gomez, którzy zachęcają do przełamania idiotycznego tabu. Podobnie trener reprezentacji Włoch, Cesare Parandelli, który uznał ostatnio homofobię za równą z rasizmem i obiecał wsparcie każdemu piłkarzowi, ktąry zdecydował by się na outing. Podobną deklarację złożył już jakiś czas temu prezydent DFB, Teo Zwanziger (taki Grzegorz Lato i Zbigniew Boniek niemieckiego futbolu w jednym). Ostatnie badania „British Journal of Sociology” wykazały, że 93% brytyjskich kibicw odrzuca homofobię i jest gotowa dopingować i wesprzeć piłkarzy, którzy się wyoutują. W Holandii na weselu znanej pary holenderskich piłkarek pojawiła się masa gwiazd tamtejszego męskiego futbolu, dając jasno do zrozumienia, że homofobia w ich gronie jest passe.

Ale nie czekając zbliżający się moment futbolowych coming outów już dziś można stwierdzić, że każdej soboty na boiska Bundesligi wybiega co najmniej kilkunastu uwielbianych przez szalikowców gejów. Czy Bundesliga jest wyjątkiem? Nie ma żadnych powodów, aby tak uważać. Podobnie musi być w Premier League, El Primera Division, Serie A, francuskiej League 1 czy w polskiej Ekstraklasie. Tak więc w każdy weekend blisko sto, jeśli nie więcej, gejowskich gwiazd piłki nożnej wprowadza w zachwyt i ekstazę miliony kibiców na całym kontynencie. Strzelając bramki, dryblując, faulując, wykonując wspaniałe parady, ale też chwytając się za koszulki, obściskując po strzelonych bramkach i puszczając buziaki w stronę wiernych im szalikowców. Oto bezsensownie tabuizowana prawda o futbolu.

Nadchodzi kolejna Noc Muzeów

stop homofobiaNa trybunach nie jest inaczej. Oczywiście, homofobiczny klimat narzucany ostatkiem sił przez zakompleksione grupki skrajnie prawicowych krzykaczy odpycha część nie-heteroseksualnych widzów od uczęszczania na stadiony. Ale tylko część, podczas gdy tysiące nie dają sobie odebrać tej sfery publicznej przez atawistyczne bandy. Dowodem na to są powstające w ostatnich 10 latach w całej Europie fankluby zrzeszające kibiców nie-heteroseksualnych. Czy dlatego, że zaczęli się oni nagle pojawiać na trybunach? Nie. Oni byli tam zawsze i tylko futbolowy świat udawał, i nadal próbuje udawać, że ich tam nie ma. Czy gejowskie fankluby powstają dlatego, że chcą się na trybunach izolować od reszty kibiców? Nie. Powstają dlatego, że chcą dać dowód na swoją obecność.

Ale także wielu hetero kibicom i ultras odechciało się brać udziału w teatrze dyktowanym przez podstarzałych zakompleksionych panów z FIFA i UEFA oraz grupki zacofanych nacjonalistów. Dzień, kiedy na większości piłkarskich stadionów, obok barw klubowych, zaczną powiewać tęczowe flagi jest już całkiem blisko. Na wielu już powiewają, jak choćby na New Camp, stadionie FC Barcelona. Swoje tęczowe trybuny mają już między innymi Borusia Dortmund, Werder Brema, Hertha Berlin, FC Koeln, VfB Stuttgart, FSV Frankurt czy FC St.Pauli. A to tylko przykłady z Niemiec.

Homofobiczna horda, podkręcana przez krypto-faszystowski, nacjonalistyczny tłumek, z pewnością będzie się szamotała. Będzie się odgrażała, trzęsła, pieniła i wymachiwała rękami. Zdesperowani obrońcy „narodowego frontu społecznego zacofania” popadną w konwulsje, wkrótce w agonię. Ale nic nie będą w stanie zmienić, gdyż zarówno futbol, a tym bardziej większość jego fanów, chce iść do przodu. Gdyż można się rozwijać, albo gnić. Kibice-ultras wybiorą to pierwsze, nie mam żadnych wątpliwości.

Przez dziesiątki lat udawano, że futbol to gra dla mężczyzn, w pewnym okresie kryminalizując nawet kobiety kopiące piłkę. To już przeszłość. Ostatnie mistrzostwa świata kobiet w piłce nożnej obejrzały miliony ludzi. Wkrótce tak samo odczarowane zostanie ostatnie tabu piłki nożnej – homoseksualizm. Ostatni społeczny bastion homofobii, inscenizowane heteroseksualne oblicze futbolu, będzie można niebawem obejrzeć w Muzeum Piłki Nożnej w ramach kolejnej Nocy Muzeów w twoim mieście. Nie przegap!

Miejsce dla wszystkich tożsamości

antifa futbolAgonia homofobi w futbolu ma także szerszy, społeczny, antyfaszystowski kontekst. To właśnie na stadionach zagnieździły się, pomiędzy tysiącami fanów, faszyzujące bojówki. Tam prowadzą intensywnie swoją faszystowską agitację. Podczas gdy ich przemarsze w całej Polsce spotykają się z protestami, stadiony są ostatnią publiczną areną, na której wciąż mogą pozwolić sobie na dyskryminujące przyśpiewki bez reakcji środowisk antyfaszystowskich czy kogokolwiek innego. Tam nasycają baterie narodowo-radykalnej nienawiści. Ale na szczęście także stamtąd, prosto z trybun, płynie coraz więcej sygnałów, że pora już z tym skończyć. Stadiony to nie wybieg dla nabuzowanych homofobicznych szympansów, ani rezerwaty dla faszystów. Piłka nożna nie jest z natury hetero czy w ogóle czymś z gruntu męskim. Jest w niej miejsce dla wszystkich płci, kolorów, seksualności i tożsamości. Pora na wytyczającą nową erę na stadionach antyrasistowską, anty-homofobiczną i antyfaszystowską ofensywę.

Lukrecja

„I tacy właśnie są Grecy. I tacy właśnie są Polacy…” Euro okiem Lukrecji

9 cze

i tacy sa wlasnie polacy

„I tacy właśnie są Grecy”. To słowa, które usłyszeliśmy z ust jednego z naszych komentatorów w kilka sekund po uzyskaniu przez Greków wyrównującej bramki w meczu z orłami Smudy. Cokolwiek komentator ten nie miał na myśli (były to prawdopodobnie słowa pana Józkowiaka) nie ukrywam, że zwrot ten od dziś będzie mi się kojarzył z otwarciem tych mistrzostw.

Czym chata bogata

Jeśli ktoś zapomniał kto jest (współ)gospodarzem tych mistrzostw, szybko mógł sobie o tym przypomnieć. Mistrzostwa Europy rozpoczęły się kilkoma podaniami greckich obrońców na swojej połowie, a zagraniom tym towarzyszył potężny gwizd na całym stadionie. Polscy kibice, nie – żadni kibole, po prostu kibice, przypomnieli całemu światu o tradycyjnej polskej gościnności. Nikt się nie spodziewał, że nasi rodacy będą oklaskiwali rywali (do tego potrzeba by w tym kraju najpierw rewolucji kulturowej) ale wygwizdywać jeszcze zanim cokolwiek się wydarzyło… tak, jednak Polak potrafi! Czym chata bogata.

Ciekawa jestem czy podczas pierwszego meczu reprezentacji Ukrainy doświadczymy podobnego zachowania. Będę się bacznie przysłuchiwała, gdyż mam dziwne wrażenie, że niekoniecznie.

Na boisku

Na boisku mieliśmy świetne momenty w wykonaniu Roberta Lewandowskiego i Tytonia, ale też Piszczka czy Rybusa. A koniec końcem to drużyna Grecji zagrała taktycznie dużo mądrzej niż orły. Zaraz po stracie bramki zmusili „Błaszczykowskich” do ataku pozycyjnego czym wybili ich kompletnie z koncepcji. Adamiak i Adamiakowa miotali się po boisku dalej z dużym zapałem, ale już bez pomysłu na rozwiązanie problemu. Ot, jak prosta okazała się skuteczna recepta na gospodarzy turnieju.

Zresztą półtorej godziny później podobnie zagrali Rosjanie. Od pierwszej minuty meczu zaprosili Czechów atakowania, wypalania się i odsłaniania. Różnica między Rosjanami i Grekami była taka, że ci pierwsi okazali się dużo bardziej skuteczni w ataku.

Na mieście

O ile do godziny 21:15 w całym kraju słychać było głównie okrzyki „Pol-skaaaaa…biało-czeeeer-woniii…” o tyle po tej godzinie inna przyśpiewka stała się hitem wieczoru. Jaka przyśpiewka i dlaczego akurat o 21:15? Ano mniej więcej o tej porze popularna „Zborna” (reprezentacja Rosji… tak dla nie-wtajemniczonych) strzeliła Czechowi pierwszą bramkę i z każdą kolejną minutą pokazywała swoją piłkarską jakość. A to najwyraźniej bardzo zabolało naszych „tolerancyjnych kibiców” (przypomnę reakcję na reportaż BBC…). Na reakcję nie trzeba było długo czekać. Na ustach wielu biało-czerwonych kibiców pojawiła się nowa piosenka. „J…ć ruskie k…y!”. Nie wiem jak w naszych metropoliach, ale w moim peryferyjnym miasteczku mijałam wiele grupek, które tak sobie właśnie miło podśpiewywały.

I tacy są właśnie Grecy.
I tacy są właśnie Polacy…

W radiu

W radiu znany ze swoich niezbyt krytycznych, prawicowych sympatii reporter Zimoch zapraszał do comeback’u Jana Tomaszewskiego, a więc innymi słowy, zapraszał mistrza od narodowej selekcji na bardziej i mniej godnych członków drużyny do powrotu ze swoimi quasi-rasistowskimi tezami na forum społeczne. Na szczęście Tomaszewski odmówił.

W telewizorze

Hanna Gronkiewicz-Walz w swoim raporcie z pierwszego dnia Euro2012 podała, że z okolic stadionu wywieziono 52 tony śmieci, a z telewizyjnych reportaży dowiedziałam się, że największym obecnie problemem dla sprawnego przebiegu Euro2012 są bezdomni w centrach polskich miast, którzy zbliżyli się na niebezpieczną odległość do stref kibica i swoją obecnością zakłócają sportowo-biznesową atmosferę. Czyli co? Jeszcze tylko wywieść bezdomnych do jakichś rezerwatów pod miastem, najlepiej razem z tymi tonami odpadków porzuconych wokół stadionu, z których tak dumna jest HGW, i chyba inaugurację imprezy będzie można uznać za udaną, czy jak mam to rozumieć?

Póki co, przyglądam się dalej ;-)

Lukrecja

Z NOP do policji droga jest krótka (w reakcji na felieton Jacka Żakowskiego)

21 maj

homofobia

Felieton ten piszę po przeczytaniu artykułu Jacka Żakowskiego „Ultraprawica atakuje, władza milczy”. Dziennikarz GW wyłamał się ze stada milczących i poruszył palący temat. Bardzo trafnie ukazał go też w szerszym kontekście. Kontekście szerzonego przez skrajną prawicę terroru i towarzyszącej mu atmosfery przyzwolenia. Zaapelował jednak w nie tym kierunku, w którym należy. Ale od początku…

Polskie organizacje narodowo-radykalne i neofaszystowskie spierają się o modele władzy autorytarnej, którą chcieliby nam zgotować. Spierają się o strukturalne formy nacjonalizmu czy rasizmu hołdując bądź tym bardziej retro bądź tym bardziej obecne modnym w skrajnie prawicowym obozie. Ale jest jedna idea, w stosunku do której panuje tam całkowita zgodność. Tylko jedna idea, na której starając się od lat budować swoją medialność. Zespaja ich tylko jedna idea nienawiści: HOMOFOBIA. Czy to Anaboliczni Nacjonaliści (AN), czy Winnicki i spółka (MW), czy rzymskie saluty (ONR) czy wreszcie „zakazy pedałowania” (NOP) – nienawiść do wszelkich odstępstw od konserwatywnej hetero-przymusowości buzuje w tej samej temperaturze.

Ostatnie polowania na środowiska LGBTQ w Krakowie, zbiegły się z dramatycznym pogromem w St.Petersburgu:

Szczerze powiem, że jak bardzo bym się nie wysiliła, nie dostrzegam różnicy pomiędzy dziczą, która zlinczowała aktywistów LGBTQ w Rosji a naszymi lokalnymi narodowo-radykalnymi-homofobami. To, że mobilizacje naszych lokalnych homofobów, zwoływanych przez neofaszystowskie ugrupowania, nie kończyły się w ostatnich latach podobnymi pogromami jak w Rosji, to wciąż efekt zdecydowanej postawy ruchów, które w latach 2004-2006 wspólnymi siłami dały tej agresji wspólny odpór. Mam tu na myśli ruchy lgbtq, antyfaszystowski, antyrasistowski, wolnościowy, feministyczny, squaterski… Źle się natomiast stało, że po roku 2006, część środowiska LGBTQ odcięła się od wspierającego je w najcięższych momentach ruchu antyfaszystowskiego deklarując: już nie jesteście nam potrzebni, teraz już chroni nas policja. Pewnie mało kto chce dziś do tego wracać, ale tak było i warto wyciągnąć z tego wnioski. Dziś, po kilku latach, od kiedy część antyfaszystów, poproszona o to, przestała się zajmować neofaszystowskimi mobilizacjami na akcje LGBTQ, jedynym rozwiązaniem mienią się interwencje… homofobicznej policji, w szeregach której znajdziemy niejednego byłego członka ugrupowań skrajnie prawicowych (tak tak, z NOP do policji droga bardzo krótka) albo parlamentarzystów, którzy w większości problematykę mają głęboko gdzieś.

Przypominam panie Jacku, że to nie policja i nie komisje sejmowe zadbały w pierwszej kolejności o bezpieczeństwo mniejszości seksualnych w najcięższym momencie czyli niecałe 10 lat temu, gdy narodowi radykałowie z neofaszystowskich grupek rzucili się na Parady Równości. Przypominam, że to właśnie na polskim komisariacie osoby homo-, bi- czy transseksualne wciąż czują się najbardziej bezbronne oraz, że to właśnie z ust wielu parlamentarzystów, wciąż wycieka homofobia nawet jeśli nie tak chamska jak jeszcze kilka lat temu. No właśnie. Dlaczego osoba publiczna (czytaj: polityk) nie można już sobie pozwolić na agresywne homofobiczne wypowiedzi? Czy dzięki działaniom policji i komisji parlamentarnych? Nie. Dzięki ruchowi społecznemu, który przed 10 laty zajął się aktywnym zwalczaniem tego typu zachowań i zepchnął je do defensywy. Niestety. Dziś zapomina się o tym, mało tego, powołuje wydziały specjalne służb bezpieczeństwa do represjonowania środowisk antyfaszystowskich. A narodowi-radykałowie, przybijając piątki z kolegami z policji (patrz: historie w Białymstoku) czują się coraz pewniej.

To nie reakcja władz, ale stanowcza reakcja społeczna jest tu potrzebna. Nie lament w stronę policji i polityków, ale ludzka solidarność wobec agitacji krypto-faszystowskich ugrupowań. Tym bardziej, że jak już sam dziennikarz zauważył, spora część z polityków cicho lub głośno dopinguje narodowców (patrz: przytulanki posłów PiS i struktur ONR w kilku miastach Polski). Tylko wspólna, oddolna reakcja, zarówno ludzi bezpośrednio zagrożonych homofobiczną agresją (lgbtq), środowisk tradycyjnie konfrontujących zorganizowane formy dyskryminacji (antyfaszyści i antyrasiści) a także wszystkich “postronnych”, którzy nie chcą oglądać na polskich ulicach obrazków z Petersburga czy Belgradu, jest w stanie dać odpór „ultraprawicy” (termin z tekstu Żakowskiego). Tym bardziej, że polskie elity polityczne mają dziś w głowie tylko jedno. Futbolowy biznes. A po biznesie futbolowym, przyjdzie następny biznes. Skrajnie prawicową nienawiścią, homofobiczną i każdą inną, zająć się musimy sami.

A jak już jesteśmy w temacie „futbolowym” to na zakończenie Lukrecja poleca następujące, znalezione w piłkarskim zgiełku, rodzynki:

Protest społeczny czyli futbol i kryzys:
http://www.facebook.com/chlebazamiastigrzysk
Publicystyka czyli futbol i rasizm:
http://www.nigdywiecej.org/872
Beletrystyka czyli futbol i homofobia:
http://www.niewygodnylibero.wordpress.com

Lukrecja

PS. Specjalne pozdrowienia dla tych, którzy się za mną stęsknili ;-) i dopytywali o kolejne felietony.

fight homofobia

Polska skrajna prawica i ich zabawa w anty-kapitalizm (czyli 1 maja w Warszawie)

26 kwi

narodowy radykalizm

Powyższe zdjęcie ma być tylko relaksującym wstępem do mniej relaksującego felietonu…

Otóż, wreszcie jest. Popularny trend wśród neofaszystów w Niemczech i Czechach zawitał i do nas.

Autonomiczni Nacjonaliści pojawili się w Niemczech już blisko 10 lat temu. To młodzi neofaszyści niemieccy, którzy nie chcąc wstępować w szeregi NPD postanowi wcielać rasistowskie, neofaszystowskie idee na swój własny sposób. To nowe oblicze skrajnej prawicy, które zdążyło w ostatnich latach zasłynąć ze swojej szczególnej brutalności, zaintrygowało oczywiście i polskich neofaszystów. Około roku 2009 trend zawitał i do nas. Krok po kroku zadomowił się już w kilku większych i paru mniejszych miastach. Polscy skinheadzi spod znaku NS znudzeni od lat stagnacją we własnych szeregach przejęli z entuzjazmem nową koncepcję niemieckich neofaszystów. I skopiowali ją 1:1. Wystarczy spojrzeć na zamieszczone obok fotografie niemieckich i warszawskich Autonomicznych Nacjonalistów aby się zorientować, że nie pokusili się nawet na wymyślenie własnego pomysłu na banery. A skoro przejęli modę to starają się także nadążyć za nowymi trendami ideowymi wytyczanymi przez niemieckich AN.

niemieccy neofaszysci autonomiczni nacjonalisci z niemiec
autonomiczni nacjonalisci z warszawy narodowi socjaliści

I tak, Polska skrajna prawica, zorganizowana w grupach AN (zwanych w środowiskach wolnościowych “Anabolicznymi Naziolami”) i reklamująca się jako „nowoczesny nacjonalizm”, próbuje ostatnio wzorem swoich kolegów z Niemiec wymyślić anty-kapitalizm z prawej strony. Przykładem tego jest wezwanie do marszu w dniu 1 maja przeciwko „globalizacji, wyzyskowi i multikulturalizmowi”.
Wymyślanie skrajnie prawicowego anty-kapitalizmu znamy już z przeszłości i przeszło ono do niej pod nazwą narodowego-socjalizmu. To zresztą jest też idea z której wywodzą się i pod którą w dużej części podpisują się środowiska organizujące skrajnie prawicową majówkę pod obłudną nazwą „Młodzież potrzebuje alternatywy”.

Cóż, nie będę tu przypominała dorobku narodowego-socjalizmu. Raczej przypomnę jakim to nie lada wyzwaniem natury społeczno-filozoficznej jest próba krytyki kapitalizmu z perspektywy nacjonalistycznej. Wystarczy przyjrzeć się zarówno genezie jak i samej naturze kapitalizmu, aby zrozumieć, że zarówno doktryny skrajnie prawicowe jak i sam kapitalizm budują na tych samych hierarchicznych wartościach podporządkowania słabszych silniejszym czy na tych samych pryncypiach wykluczenia, negując tym samym idee społecznej solidarności i walki właśnie z wszelkimi wykluczeniami, dyskryminacją i o sprawiedliwość społeczną, które są podstawą antykapitalistycznego oporu.

Pozorowanie anty-kapitalizmu ze strony skrajnej, narodowej prawicy, to nic innego jak znana już z historii ponowna próba zredukowania problemu kapitalizmu do pewnej wytypowanej grupy ludzi, którzy za nim stoją (to PO! to żydzi! To imigranci! …). To kolejna próba utożsamienia anty-kapitalizmu z antysemityzmem, albo inaczej: budowania owego „anty-kapitalizmu” na antysemityzmie.

Polscy narodowcy bardzo lubią pozorować swój dystans w stosunku do innych ruchów faszystowskich (tych współczesnych jak i tych historycznych). Jednak w swoich ideach i propagandzie niczym się od nich nie różnią, może poza wpisywaniem owych neofaszystowskich, radykalno-narodowych haseł w polski kontekst. Akurat ich wersja „anty-kapitalizmu” najlepiej to uwidacznia.

Jednym z filarów skrajnie prawicowej wersji „anty-kapitalizmu” jest swoisty „antyglobalizm” z perspektywy nacjonalistycznej. Sprowadza się on do spłaszczonej do granic wytrzymałości analizy, która brzmi mniej więcej tak: skoro przyczyną pogłębiającego się kryzysu kapitalizmu jest cyrkulacja międzynarodowego kapitału, to jedynym wyjściem z sytuacji jest nacjonalizm. Albo jeszcze krócej: skoro kapitalizm jest zjawiskiem ponadnarodowym, to anty-kapitalizm musi mieć wymiar narodowy/nacjonalistyczny.
Czy można być aż tak głupim, aż tak naiwnym, żeby samemu w to wierzyć? Otóż nie.

Z faktu, iż kapitalizm jest relacją opierającą się na formach własności oraz organizacji produkcji i zarządzania własnością społeczną, a przez to jest motorem wyzysku i niesprawiedliwości społecznej funkcjonującym niezależnie od aspektów narodowo-tożsamościowych, nasi narodowi-radykałowie doskonale zdają sobie sprawę. Tak, tak.

A więc to nie głupota. A jeśli nie głupota to co? Odpowiadam. To brak logicznych możliwości i podporządkowanie logiki potrzebom propagandy.

Powyższego paradoksu nacjonaliści starają się nie dostrzegać gdyż uznanie go, grozi nie tylko obnażeniem bezsensowności anty-kapitalizmu z pozycji narodowo-radykalnych, ale też konsekwentnym dopisaniem idei nacjonalistycznych do tych, które nomen-omen podbudowują kapitalistyczny byt, z którym tak bardzo chcieli by walczyć (no właśnie, czy aby na pewno?!). Zresztą to datego, w swojej odezwie, nacjonaliści maskują swoje „anty-kapitalistyczne” zapędy za sloganem „anty-systemowości”. Kwestię tego jak mają się ciasne i opresyjne idee nacjonalistyczne do anty-systemowości pozostawię bez komentarza.

Dodatkowo nacjonaliści, zdając sobie sprawę z miernoty własnej krytyki kapitalizmu, wzywają w swojej pierwszomajowej odezwie do oporu przeciwko policyjnej przemocy. Oczywiście pomijają już jakąkolwiek analizę przyczyn obecnej aktywności aparatu policyjnego, gdyż po jej uwzględnieniu musieliby konsekwentnie wezwać do oporu wobec wszelkich prawicowych, autorytarnych, pro-państwowych ideologii, a przede wszystkim do anty-kapitalistycznego oporu z pozycji wolnościowych. Wygodniej jednak być przeciwko “policyjnej przemocy” budując pod nią fundament…

Anty-kapitalizm skrajnej prawicy jest więc mieszanką trzech elementów:

- wezwaniem do odbudowy silnego autorytarnego państwa regulującego w sposób biurokratyczno-nacjonalistyczny kwestie gospodarcze;
- posegregowaniem kapitalistycznego wyzysku w Europie na narodowe segmenty;
- ponownym rozbudzeniem ksenofobicznej i rasistowskiej nagonki w kraju, przede wszystkim o anty-semickim i anty-imigracyjnym zabarwieniu, chociaż pojawiają się też pierwsze elementy islamofobii;

niemieccy neofaszysci Autonomiczni nacjonalisci

autonomiczni nacjonalisci warszawa
Uważny obserwator dostrzeże tu zarówno nawiązania do historycznych idei NS (jeszcze tych z przed holokaustu) jak również do PRL-owskiej wizji „anty-kapitalizmu” gdzie kapitalistyczny wyzysk także nie był rozwiązany a właśnie funkcjonował w sposób stricte narodowy, scentralizowany, podporządkowany państwu i nie raz sięgał do argumentów nacjonalistycznych i antysemickich.

Co to ma wspólnego z anty-kapitalizmem? Co z anty-systemowością? Co ze sprawiedliwością społeczną? Co z jakąkolwiek alternatywą dla ludzi młodych?

Kompletnie nic. To zagrożenie dla wolności – przynajmniej tej sfery, której ludziom nie odebrał jeszcze kapitalizm.

„Anty-kapitalizm” w wykonaniu nacjonalistów może się przysłużyć tylko jednej pozytywnej sprawie: odkrywając ich obłudę. W tym sensie warty jest opisywania czy wręcz reklamowania z odpowiednim komentarzem.

Skrajna prawica nigdy nie miała żadnych godnych uwagi społecznych rozwiązań w kontekście kapitalizmu (ani zresztą w żadnym innym kontekście). Wyjście z sytuacji prowadzi u niej zawsze albo do zamknięciem się na obcych (imigrantów, żydów…) albo wręcz ataku na nich. Z kolei „solidarność”, do której nacjonaliści również obłudnie się odwołują, dotyczy tylko i wyłącznie osób wybranych, należących do zamkniętego na obcych „narodowego klanu zaakceptowanych”. W rzeczywistości owa nacjonalistyczna „solidarność” i ów skrajnie prawicowy „anty-kapitalizm” prowadzą do podtrzymania i ponownej legitymizacji samych mechanizmów wyzysku, a więc kwestii własności oraz formy kontroli i zarządzania własnością społeczną.

Szamocząc się ze swoją pro-systemową anty-systemowością nacjonaliści prześcigają samych siebie. Ich bezsilność na tym polu jest tak wielka iż kopiują już nawet plakaty grup anarchistycznych doklejając jedynie swoje puste hasła co ilustruje doskonale poniższy przykład opublikowany niedawno na stronie centrum informacji anarchistycznej (http://cia.media.pl/jak_skapy_onr_pozalowal_grosza_na_wlasnego_grafika):
nacjonalistyczne niedorajdy

I jeszcze jedno zasadnicze pytanie.

Jak wygląda zaangażowanie nacjonalistów w walkę z agresywnym kapitalizmem poza próbą postawienia pierwszomajowego propagandowego akcentu?

Odpowiedź. Nie wygląda w ogóle.

Środowiska wolnościowe, anarchistyczne, antyfaszystowskie i lewicowe prowadzą od lat intensywną działalność społeczną, m.in. lokatorską i pracowniczą, blokują eksmisje i współorganizują strajki. Natomiast nacjonaliści? Oni tymczasem zajmują się dzieleniem pracowników na bardziej i mniej polskich, wspieraniem rozwoju coraz bardziej policyjnego państwa a przede wszystkim atakowaniem środowisk anarchistycznych i antyfaszystowskich propagujących antykapitalistyczne alternatywy do wszechobecnego konsumpcjonizmu czy terroru płacowego i czynszowego (m.in. squaty, spółdzielnie, kooperatywy spożywcze, kolektywy pracownicze, niekomercyjne centra kultury, autonomiczne projekty społeczne, etc). Swoimi atakami na te projekty (do których dochodzi w ostatnim czasie w wielu miastach kraju – Lublinie, Warszawie, Poznaniu…) narodowi-radykałowie pokazują, że to nie o anty-kapitalizm im chodzi ile o ukierunkowanie swojej nienawiści. Raz na lewaków, raz na żydów, raz na homoseksualistów, raz na imigrantów. Akurat właśnie warszawscy AN starają się być szczególnie „anty-kapitalistyczni” na tym polu co opisywałam już w pewnym felietonie kilka miesięcy temu ( https://lukrecjasugar.wordpress.com/2012/02/21/warszawscy-chlopcy-i-ich-male-brudne-88/ )

Autonomiczni nacjonaliści terroryzuja przeciwnikow ACTATyle o 1 maja organizowanym przez „nowoczesnych nacjonalistów”.

Może jeszcze trzy słowa komentarza:
Jeden wielki szwindel!
I jeszcze cztery podsumowania:
Brunatne gówno w nowym opakowaniu, które gdzieś pod spodem zawsze wygląda tak samo…

narodowy radykalizm

Dwa tygodnie temu antyfaszyści na demonstracji w Białymstoku ogłosili:

„Nacjonalizm oddajemy na złom!”

Lukrecja dodaje: A razem z nim najlepiej od razu i kapitalizm.
Jeden drugiego wart.

Tak tak… antyfaszystowski recyckling ponad wszystko!

Tajemnica Andersa Breivika

17 kwi

Breivik ONR salut rzymski

Widzieliście to?

Wychodzi na to, że Anders Breivik ukrywa swoje polskie pochodzenie!

Na wstępie do swojego procesu w Oslo, Anders Breivik zaskoczył wszystkich obywateli naszego kraju pozdrawiając osoby zgromadzone na sali sądowej tradycyjnym pozdrowieniem polskich narodowych radykałów, tzw. „salutem rzymskim”.

Polscy neofaszyści od lat przekonują wszystkich, że za każdym razem gdy hajlują mają na myśli „salut rzymski”. Jest to nic innego jak strategia normalizowania faszystowskiej symboliki, która stała się domeną polskiej skrajnej prawicy.

Kierownik główny ONR, Przemysław Holocher w swoim niedawnym orędziu odnośnie hajlowania:

Salut rzymski jest tradycyjnym pozdrowieniem, którego używali nasi przodkowie i tego będziemy się trzymać…

Lukrecja pozwoli sobie dokończyć…

… a przodkowie, których mam na myśli to członkowie ONR i Falangi z lat 30-tych, którzy jawnie przyznawali się do swoich faszystowskich poglądów. Mało tego, wcielali je w życie. To w tej tradycji budujemy dziesiejszy ONR…

W innym miejscu tego samego orędzia kierownik dodaje:

Gestu tego używano w wielu krajach – Polsce, Hiszpanii, Rumunii (…) i nie po to by pozdrawiać Hitlera, lecz po to by pozdrawiać siebie na wzajem…

Lukrecja uzupełnia:

… Tak jest! Faszyści w tych krajach w ten właśnie sposób wzajemnie się pozdrawiali. I to wzajemne pozdrawianie się kultywowane jest do dziś, a używa się go wyłącznie w szeregach organizacji skrajnie prawicowych i neofaszystowskich na całym świecie. W Niemczech, Polsce, Rosji, USA… i Norwegii.

I w każdym z tych krajów neofaszyści będą się upierali, że jest to ich pozdrowienie. Ale skoro kierownik twierdzi, że „salut rzymski” to pozdrowienie właśnie POLSKICH narodowców to wygląda na to, że Breivik zataił przed światem swoje pochodzenie.

Inne wytłumaczenie faktu, dlaczego Breivik zdecydował się na ten gest przed kamerami jest następujące:

Chciał w ten sposób faktycznie pozdrowić wszystkich swoich ideowych pobratymców w Europie. Wśród nich także polskich narodowych radykałów, do których odwoływał się już w swoim manifeście, z panem Holocherem na czele.

Tak czy siak, Lukrecja mówi:
Salut rzymski? – Złam tę rękę!

Breivik ONR salut rzymski

Dostrzeżone w Katowicach: pewien podróżnik i jego transparent

14 kwi

ONR antysemicki

Przeglądam relacje z Katowic i co moje zmęczone oczy widzą! Ten nowy, dojrzały ONR, który przytulony do Młodzieży Wszechpolskiej snuje plany o wkroczeniu do parlamentu (wspólny projekt Ruchu Narodowego jako nowej skrajnie prawicowej partii politycznej, na którego ogłoszenie z utęsknieniem czekamy,)… otóż ten wypolerowany ONR, zaprezentował na swoim katowickim marszu nowe piękne transparenty. Wśród kilku innych sympatycznych bannerów, dostrzegam transparent podpisany “Słowiańska świta” (aha…) z widniejącym na nim hasłem “ŚMIERĆ WROGOM OJCZYZNY” przy czym słowo “wrogom” jakimś ciekawym trafem imituje pismo hebrajskie!

Hmm… cóż takiego chcieli nam uczestnicy obchodów rocznicy ONR tym transparentem przekazać? Prawdopodobnie to, że podniesiona w hitlerowskim pozdrowieniu prawa ręka to tradycyjne poydrowienie polskich nacjonalistów o nazwie “salut rzymski” stosowane przecież nie tylko w hitlerowskich Niemczech, ale też przez rumuńskich faszystów, a więc jak można polskich narodowych radykałów posądzać o jakieś niecne poglądy…

Aha… no to wszystko jasne.

A jednak. Nim dłużej przyglądam się temu transparentowi tym więcej rozumiem. Powyżej antysemickiego napisu “Śmierć wrogom ojczyzny” odnajduję cytat tekstu kultowego zespołu polskich neofaszystów. Zespół nazywa się HONOR i zasłynął już między innymi z takich utworów jak:

“Tak jak Adolf Hitler niszcz żydowski stan. Niech powróci siła, która będzie trwać! Narodowy socjalizm Jedna droga dla kraju”

Oto jakie trnsparenty niesiono na marszu ONR w Katowicach. Oto jaki był jego przekaz. Czy ktoś może się dziwić, że ludzie chcieli zakłócić i zablokować ten marsz?!

Jeżeli środowiska żydowskie nie wypowiedzą się w tej sprawie i nie zapytają komendanta katowickiej policji ile czasu planował operację torującą drogę osobom niosącym ten transparent przez centrum Katowic, to wybiorę się na Śląsk i zrobię to sama.

Co ciekawe, jedną z osób niosących antysemicki transparent jednoznacznie wskazujący na “wrogów narodu” jest lider Autonomicznych Nacjonalistów ze Stalowej Woli, znany między innymi z próby zakłócenia pod koniec marca antyrasistowskiej pikiety w Lublinie oraz zorganizowania skrajnie prawicowej podróbki styczniowych protestów ANTY-ACTA w Stalowej Woli.

Antysemita podróżnik

Antysemita podróżnik

Stalowa Wola, Lublin, Katowice… straszny podróżnik z tego, wystylizowanego pomyłkowo na punkowca, antysemity i tropiciela “wrogów narodu”. Dokąd poniesie go w przyszłym tygodniu? A może raczej: dokąd zabierze go ze sobą ONR?

Blokada marszu ONR w Katowicach, w jakiejkolwiek formie miała swoje podstawy niezależnie od tego czy władze miasta go zalegalizowały. Kryminalizowanie i aresztowanie ludzi protestujących jest skandalem.

Słuchajcie – dla mnie jest jasne: to ostatni marsz ONR do jakiego należało dopuścić! Chyba wszyscy to dziś zrozumieliśmy. Każdy nstępny powinny zablokować tysiące ludzi. Aż do momentu kiedy przestaną maszerować.

Lukrecja

Niby skrajna prawica, a jednak dwie lewe ręce

14 kwi

ONR krawaciarze

Obrazek: Katowice, 14 kwietnia 2012, marsz ONR…

Okazuje się, że ludzie, którzy nie potrafią jeszcze sami zawiązać krawata, uznali, że to nikt inny tylko oni poprowadzą to społeczeństwo we właściwą stronę. Wskażą mu właściwy szyk, podyktują odpowiednią dyscyplinę, posortują na „prawdziwych” i „nieprawdziwych” (Polaków), posegregują na „normalnych” i zboczeńców”, a tych „najprawdziwszych” z „najnormalniejszych” poubierają w mundury i przy ich użyciu zaprowadzą odpowiedni porządek.

Dopiero potem nauczą się wiązać krawaty i przystąpią do matury…

No to czekamy na tę Wielką oenerowską Polskę.

Wstyd panowie! To ja, kobieta, potrafię sobie zawiązać krawat!
Moja partnerka potrafi! A wy co?
Niby skrajna prawica, a jednak dwie lewe ręce!
Ehh… w tym kraju już nawet neofaszyści schodzą na psy…

No właśnie… w tym kraju władze i policja wciąż uważają, że ich obowiązkiem jest forsowanie przemarszy 200 pryszczatych neofaszystów i ich kilku 30 letnich przywódców. Do tego stopnia, że wysyła się tajnych funkcjonariuszy przebranych za antyfaszystów aby wprowadzać w w szeregach antyfaszystów zamęt i neutralizować każdy protest z ich strony. Metody iście demokratyczne…

Wniosek: służby porządkowe torują drogę pod neofaszystowski oenerowski porządek. No brawo…

Nie zdziwię się jak za kilkanaście miesięcy w antyfaszystowskich demonstracjach zaczną brać udział tysiące ludzi. A to dlatego, gdyż żadne społeczeństwo nie lubi, gdy policja wspiera autorytarne, neofaszystowskie zapędy. Czas to pokaże.

A szanownych paparrazzich z najpoważniejszej z poważnych redakcji “Fakt” proszę… nie poniżajcie samych siebie! W roku 2012, preparowanie zdjęcia (atrapa pistoletu rzekomo porzucona przez antyfaszystów… sic!) i budowanie wokół niego sensacji mającej zastąpić namiastkę jakiejkolwiek dziennikarskiej relacji, jest żanujące nawet w wykonaniu tabloidu. To już lepiej trzeba było podrzucić atrapę czołgu. Przynajmniej dzieciaki w Katowicach miały by frajdę. A tak – dno kompletne.

Lukrecja

Grunt to skrajnie prawicowa rodzinka

11 kwi

ONR i Blood and Honour to jedna familia
W najbliższą sobotę przekonamy się o tym, że „białostockie klimaty” propagowane są w tym społeczeństwie jak Polska długa i szeroka. Podczas gdy na Podlasiu polscy faszyści z „Blood & Honour” (część z nich przemalowuje się obecnie na styl Autonomicznych Nacjonalistów, bo taka w kraju zapanowała moda) urządzają regularne polowania na „wrogów narodu”, ulicami Katowic przemaszerują ich koledzy po fachu, czyli narodowi-radykałowie z ONR.

Obóz Narodowo Radykalny, chcąc aby odbierano go jako poważną organizację, usilnie ukrywa przed społeczeństwem swoje kontakty z Blood & Honour. Tymczasem kontakty te są bardzo żywe. Poza obiektywami kamer ma miejsce współpraca wszystkich skrajnie prawicowych ugrupowań: B&H, ONR, Autonomicznych Nacjonalistów, Młodzieży Wszechpolskiej etc. Współpraca mająca na celu zapędzenie tego społeczeństwa w stronę skrajnie prawicowych doktryn. Wspópraca mająca dać efekty w postaci zastraszenia wszelkich oponentów. W repertuarze m.in. paramilitarne przemarsze (sobota 14.04 w Katowicach) czy akty terroru (Białystok – na porządku dziennym).

ONR i Combat18Aby się o tej współpracy przekonać wystarczy obejrzeć zdjęcia z 11-listopadowych manifestacji sprzed 2-3 lat gdzie obok sztandarów z Falangami (ONR) powiewają sztandary jawnych neonazistów z Combat18. Ale dowodów na ścisłe kontakty, wspólne działania, wyjazdy i obozy integrujące jest bardzo wiele. Jak choćby te załączone w tym tekście ukazujące członków B&H i ONR na wspólnych „zdjęciach rodzinnych”. Członkowie i sympatycy B&H mają na sobie charakterystyczne koszulki z czarno-białym logiem „Blood & Honour” na czerwonym pasku, zaś narodowi radykałowie z ONR mają na sobie tradycyjne koszulki z Falangami. Na zdjęciach, wiele znanych postaci sceny skrajnie prawicowej.
ONR i Blood and Honour to jedna rodzina

Jak widać, mniej istotne jest czy idolem jest Hitler czy Dmowski, ważna jest mentalna jedność jako spadkobierców neofaszystowskich, idei. Grunt to skrajnie prawicowa rodzinka. Podczas gdy jedni maszerują, inni już atakują, kolejni zaś mordują. A wszystko w zgiełku tych samych narodowo-radykalnych haseł “Bóg, honor i ojczyzna” i pod sztandarami z falangami i krzyżami celtyckimi.

Jak się dobrze przyjżycie to z pewnością dostrzeżecie w najbliższą sobotę na ulicach Katowic niektórych z tych miłych panów.

Po kolejnych wydarzeniach w Białymstoku nikt już nie może zaprzeczyć

11 kwi

antifa Białystok
Cóż ja mogę napisać po ostatnich doniesieniach z Białegostoku o kolejnych ofiarach terroru polskich neofaszystów. Na pewno nie będę pisała felietonu, gdyż takie momenty wzywają do działania, a nie komentowania czy analizowania. Na komentowanie był i na analizę zapewne będzie jeszcze czas. W tej chwili ograniczę się jedynie do kilku precyzyjnych stwierdzeń:

Nikt w tym kraju nie ma prawa już głosić, że nie mamy problemu ze skrajną faszyzującą prawicą! Każda osoba, która to od teraz uczyni weźmie na siebie odpowiedzialność za dalsze akty terroru!

Atakują, sieją terror i mordują ci sami ludzie, których widzieliśmy demonstrujących 11 listopada w Warszawie na marszu („niepodległości”) organizowanym przez ONR i Młodzież Wszechpolską. Nie ważne czy organizują się w tych organizacjach czy dla odmiany w Blood & Honour, albo nawet nie przynależą do żadnych struktur – istotne jest, że podążają tą samą drogą, uważają się za NARODOWYCH RADYKAŁÓW, działają w tym samym interesie, stanowią część tego samego frontu: skrajnej faszyzującej prawicy!

Znam tylko jeden skuteczny sposób na uporanie się z polskim wcieleniem faszyzmu – utworzenie silnego ruchu społecznego o klarownym antyfaszystowskim zabarwieniu, odbudowanie antyfaszystowskiej postawy społecznej.

Zachęcam wszystkie czujące i myślące osoby w tym kraju do działania!

Każdy/a z nas ma swój własny sposób na antyfaszystowską działalność, a każdy sposób jest tak samo dobry.
Ważne aby nie stać biernie, aby nie być jedynie obserwatorem/ką, gdyż na tym właśnie żerują faszyści.

Za każdym razem, gdy się pojawią odbierać komuś wolność, pokażmy im gdzie jest ich miejsce!

antifa Białystok

F*szyści powracają na ulice (fetyszyści?)

31 mar

ONR maszeruje

Łezka wzruszenia w oku Josepha

Za równo dwa tygodnie czeka nas jeszcze raz to samo. Rocznica obchodów powstania ONR, czyli zjazd oenerowców z całego kraju na wspólny przemarsz. Przemarsz, który wyróżnia się od innych zgromadzeń środowisk skrajnie prawicowych w tym kraju, swoim szczerym, paramilitarnym charakterem.

Ubrany w mundury, skrajnie prawicowy aktyw, niosący organizacyjne sztandary ze swoją przedwojenną symboliką, militarny szyk i oprawa, w połączeniu ze skrajnie prawicowymi, nacjonalistycznymi hasłami i przemówieniami, to wszystko nie pozostawia złudzeń: dzisiejszy ONR jest i chce być tym czym był ONR przedwojenny. Odwołuje się do, i podąża za, swoją faszystowską tradycją lat 30-tych.

Jedno spojrzenie na plakat wzywający do tegorocznego marszu, który odbędzie się 14 kwietnia w Katowicach, starczy, aby zrozumieć, że neofaszystowska buta w polskim wykonaniu, będzie tego dnia jeszcze raz celebrowana. ONR paramilitarny Plakatu nie powstydziłyby się największe tuzy totalitarnej propagandy, a w oczach generała Franco czy Josepha Goebbelsa, na widok maszerującej ulicami europejskiego miasta umundurowanej młodzieży z falangami na sztandarach, pojawiłyby się zapewne łezki wzruszenia.

Może to i dobrze, że w czasach, gdy skrajna prawica coraz częściej kamufluje swoje prawdziwe oblicze, chowając się za przeróżnymi maskami, stary dobry ONR przypomina społeczeństwu, że idee narodowo-radykalne, czyli polskie wcielenie myśli faszystowskiej, to w rzeczy samej prosta droga do kulturowego i ideowego totalitaryzmu, do społeczeństwa pod ciężkim paramilitarnym (czy wręcz militarnym) butem, do politycznego reżimu, do zaszczutego i zastraszonego społeczeństwa, to droga do ONR-owskich bojówek straszących na ulicach. Do droga najgorszych koszmarów lat trzydziestych, ale też lat powojennych, gdy idee dyscypliny, militaryzmu i totalitaryzmu kontynuowali staliniści. To droga na szczęście wciąż jeszcze daleka, ale dobrze widzieć, że ktoś tą drogą podąża. Dobrze wiedzieć zawczasu.

Oczywiście każda współczesna inscenizacja brunatnej siły, tak pod sztandarami biało-czerwonymi jak i pod każdymi innymi, nie powinna pozostać bez reakcji. Nadchodzący przemarsz faszystowskich mundurków sprowokował mnie, aby poświęcić kilka słów paramilitarnym ciągotom naszych „narodowych-radykałów”.

Celuj do wroga ojczyzny

ONR paramilitarnyFakt, że ktoś bierze regularnie udział w treningach strzeleckich nie powinien budzić większego zainteresowania ani niepokoju. Jednak kiedy dotyczy to ludzi związanych ze strukturami skrajnej prawicy, zaczyna być już co najmniej intrygujące. Zainteresowanie rośnie, gdy biorą w tym udział całe grupy osób związanych z jedną organizacją. Organizacją, która ma w swoich szeregach osoby skazywane za szerzenie faszyzmu (jak były kierownik główny ONR) oraz szereg osób znanych ze swej brutalności o podłożu rasistowskim, ksenofobicznym, homo- czy transfobicznym. Organizacją, która używa neofaszystowskiej retoryki i kultywuje paramilitarny charakter. Organizacją, która nie ma lokalnych “oddziałów” a “brygady”, która swoich członków nie “przyjmuje” a “rekrutuje”, która nie organizuje “manifestacji” a “przemarsze”. Organizacją, która utrzymuje bliskie kontakty z paramilitarnymi, neofaszystowskimi organizacjami na Węgrzech, takimi jak Jobbik czy Magyar Garda (patrz zdjęcia poniżej), o których co i raz to głośno przy okazji relacji z polowań z bronią w ręku na osoby pochodzenia romskiego.

ONR i faszyści węgierscyTaką organizacją jest ONR, liczący obecnie kilkanaście lokalnych brygad. Od jakiegoś czasu lokalni działacze antyrasistowscy informują o tym, że kilka z tych brygad z całą pewnością szlifuje swoje kompetencje na strzelnicach – być może dotyczy to nawet większości lokalnych oddziałów (za pewne nie łatwo to stwierdzić, gdyż “zajęcia” odbywają się bardzo, ale to bardzo nieoficjalnie). Oczywiście od samych narodowców dowiemy się, że regularny trening w obchodzeniu się z bronią jest niczym innym jak „obowiązkiem każdego nacjonalisty do pozostawania w nieustannej gotowości aby stawić czoła wrogom ojczyzny”. Do tego usłyszymy: „Życie i śmierć dla narodu!”.

No właśnie. Skąd my to znamy? Ano sprawdźmy:

“Nie wiemy, jak żyć, ale wiemy, jak umierać” – Joseph Goebbels.

„Pięćdziesiąt tysięcy karabinów znaczy więcej niż poparcie pięciu milionów wyborców” – tym razem Benito Mussolini

ONR paramilitarny„Gdybyśmy mieli taką organizację jak faszyzm, gdybyśmy wreszcie mieli Mussoliniego, największego niewątpliwie człowieka w dzisiejszej Europie, niczego więcej nie byłoby nam potrzeba” – a to już słowa Romana Dmowskiego, niekwestionowanego ideowego mentora dzisiejszych oenerowców.

„Życie i śmierć dla narodu” oraz „Walka z wrogami ojczyzny” są hasłami zachęcającymi dzisiejszych oenerowców do formowania paramilitarnych struktur. To, że nie wszyscy się do tego nadają, zapewne boli zarząd ONRu, ale trzeba pracować z tym co się ma… No i pracuje się.

W czasach, gdy nikt nie zamierza tego kraju napadać, jako wrogów ojczyzny przedstawia się ludzi oponujących skrajnie prawicowemu populizmowi, głoszących postępowe idee społeczne (niepasujące do dogmatycznego konserwatyzmu) lub po prostu nie pasujących polskim neofaszystom do ich wizerunku polskości. A więc lewaków, liberałów, homoseksualistów, żydów, osoby transpłciowe, muzułmanów, feministki… . To ich wyobrażają sobie chłopcy w bluzach „Ofensywa” czy „White Patriots” odpalając broń na strzelnicy lub czołgając się w błocie na obozach ONR. ONR i Magyar GardeWspólne weekendy spędzane na strzelnicach mają mieć też charakter integracyjny – integrują w nienawiści i gotowości użycia wszelkich, także militarnych metod w zwalczaniu owych „wrogów ojczyzny”. Organizacja, taka jak ONR, jest między innymi po to, aby tego typu procesy stymulować i organizować konkretne przedsięwzięcia. I organizuje.

„Legiony właśnie takich jak oni”

ONR organizacja paramilitarnaNie jest żadną tajemnicą, że wielu członków ugrupowań skrajnie prawicowych jest w posiadaniu broni. Wykazały to niektóre przeprowadzone w ostatnich 10 latach rewizje w mieszkaniach polskich nacjonalistów oraz sytuacje opisywane przez świadków, w których to nacjonaliści wyciągali broń w celu zastraszenia bądź faktycznego użycia. Nikt do końca nie wie ilu „patriotów” posiada broń palną, ale wiemy, że uczą się nią posługiwać. Teksty ulubionych zespołów polskiej skrajnej prawicy (Irydion, Agressiva 88, Horytnica, Nordica, Tormentia…) pobudzają wyobraźnię „aktywnych patriotów”, którzy uczą się repetować kałacha w oczekiwaniu na kolejny „potop szwedzki”, „najazd Turków na Europę” czy „wkroczenie Bundeswehry do Rzepina”. A póki co, mogą raz na jakiś czas przetestować swoje umiejętności na wymienionych już „wewnętrznych wrogach narodu”. Teksty wymienionych gwiazd skrajnie prawicowego „rock’n’rolla” pełne są wezwań do łapania za broń, przelewania krwi za ojczyznę, oczyszczania i mszczenia narodu, tropienia i ścigania wrogów, zwierania szyków, etc.

”Gdzieś na wietrze wzleci w powietrze ptak, który orłem jest zwany, sztandar na wietrze łopocze jeszcze, więc stójmy w jego obronie, nadejdą dni, gdy w czerwonej krwi oblicze zdrajcy utonie” – zespół HORYTNICA

“Kiedyś legiony właśnie takich jak my. Wprowadzą w życie wolności sny. Nie trać nadziei co zmienia się, wiatr niesie znów zwycięską pieśń, orzełski powstał zwycięstwa ptak, powiewa w górze swastyki znak” – zespół AGRESSIVA 88

Po trupach do przejęcia ZŻ NSZ

ONR i NSZBudowaniu struktur paramilitarnych sprzyja wpisywanie ich w odpowiedni historyczny kontekst. Naginanie historii na własne propagandowe potrzeby stało się domeną radykalnych narodowców, a oenerowców przede wszystkim. Dla nikogo nie jest tajemnicą, że ONR od lat stara się przejąć struktury ZŻ NSZ, a pod wodzą rodziny Holocherów stało się to wręcz centralną strategiczną obsesją organizacji. Dało się zaobserwować, że w ostatnich latach ONR ładuje w tym kierunku wszystkie swoje siły i używa wszelkich możliwych metod. Od przymilania się kombatantom, przez nachalne wchodzenie w struktury NSZ, aż po niecierpliwe wyczekiwanie na moment odejścia ostatnich weteranów i przejęcie po nich nazwy, tradycji, struktur i infrastruktury organizacji.

Jednak proces przebiega żmudnie. W niektórych miastach działacze ZŻ NSZ nie bardzo mają ochotę ani na obcowanie z małoletnimi „salutującymi po rzymsku” nacjonalistami, ani tym bardziej na oddawanie im swojej organizacji. Z relacji owych działaczy ZŻ NSZ wiadomo, że były już nawet przypadki wyrzucania namolnych oenerowców ze spotkań i ceremonii organizowanych przez ZŻ NSZ. W miastach w których ONR-owcy zostali odsunięci na bezpieczną odległość, modlą się oni obecnie o to, aby weterani NSZ jak najszybciej opuścili ten świat.

ONR paramilitarnyNiestety, w niektórych miastach owe trwające od lat namolne zbliżanie się do struktur ZŻ NSZ przyniosło już oczekiwane przez ONR skutki i młodociani oenerowcy przejmują kluczowe pozycje w lokalnych zarządach – czasem oficjalnie, właśnie jako oenerowcy, czasem ukrywając swoją przynależność do tego ugrupowania. Jak widać, wszystkie chwyty są dozwolone, jakakolwiek moralność nie gra tu roli, ważne jest osiągnięcie celu narzuconego przez organizację. Cel zostanie tu osiągnięty, jakby nie patrzeć, po trupach…

Bez złudzeń

W ten sposób cała układanka zaczyna nabierać coraz wyraźniejszego kształtu.

ONR na zewnątrz dba o swój przyjazny otoczeniu wizerunek i przekaz. Świadczą o tym m.in. temporalny zakaz wznoszenia antysemickich sloganów, pokrętny stosunek do publicznego hajlowania w wykonaniu członków ONR oraz quasi-dyplomatyczne wypowiedzi rzecznika prasowego ONR, Miriam Kowalskiego, jak również kierującej organizacją rodziny Holocherów.

ONR paramilitarnyRównocześnie, w tle nowego PR, ONR kultywuje swój paramilitarny charakter, rzeźbi na strzelnicach swoich szeregowych członków na wojowników o “polskość czystą jak łza”, ubiera ich w mundury (powoli także nieliczne w organizacji kobiety), kreuje się na elitarną organizację narodową, programowo wskazuje palcem na „wrogów narodu” których należy zwalczać, próbuje pobudzać w społeczeństwie ducha „życia i śmierci dla narodu” (bynajmniej nie dla społeczeństwa czy innych ludzi), czyni wszystko co w ich mocy aby stać się automatycznymi „spadkobiercami” tradycji i zaplecza ZŻ NSZ, i wreszcie, organizuje regularnie inscenizacje własnej (wydumanej) siły.

Nie należy mieć złudzeń, że to co zobaczymy 14 kwietnia w Katowicach nie będzie niczym innym jak próbą defilady czegoś co należy nazwać namiastką rodzimego paramilitarnego nacjonalizmu. Próbą defilady czegoś, co marzy o swoim odrodzeniu i przejęciu takiej roli w tym kraju, jaką przejęli już ich odpowiednicy na Węgrzech.

Nie należy mieć złudzeń, że katowicki marsz będzie defiladą organizacji, którą sami jej członkowie kiedyś z dumą przedstawiali jako zakorzenioną w faszyzmie, dziś jednak, aby nie wzbudzać przedwczesnego niepokoju u rodaków, ukrywają pod pozornie mniej agresywnym pojęciem narodowego-radykalizmu.

Marsz ONR w Katowicach będzie kolejnym dowodem na oenerowskie ambicje stworzenia w tym kraju elitarnych skrajnie-prawicowych struktur paramilitarnych.

Marsz ONR w Katowicach będzie dowodem na istnienie w tym kraju ugrupowania pragnącego narzucić społeczeństwu militarny rygor, koszarową dyscyplinę i faszystowski porządek.

Skrajna prawica, militaryzm, przemarsze, mundury, falangi, buta narodowa… czy my już tego nie przerabialiśmy w przeszłości? ONR paramilitarny

Nadludzie z kompleksem niższości

30 mar

Kryptofaszyści - Antifa zabije was śmiechem
Chłonę ten kraj. Poważnie. Nigdy nie przestanie mnie porywać. A wiecie czym? Tym, że tylko tu możliwe są pewne zjawiska, nazwijmy je, społeczne. Tu i nigdzie indziej. Nie będę tu pisała o marszu katolickich fundamentalistów, którzy w roku 2012 potrafią wzywać do walki z antykoncepcją (pod sztandarami TV-TRWAM, a wraz z nimi brygady ONR z całej Polski!) ani o drugim końcu tego typu kampanii, który potrafi się zmaterializować nawet w postaci dramatu łódzkich dzieci poutykanych w beczkach… :-(
Ot, Wielka Polska Katolicka, studnia paradoksów i dramatów, bez dna.

Tym razem porwało mnie nowe zjawisko. To Polscy ubermenschen z problemem niższości.

ONR salut rzymskiObserwuje to zjawisko od jakiegoś już czasu. Polscy narodowi-radykałowie, uważający się za najbardziej polskich, najbardziej europejskich, najbardziej czystych rasowo i ideowo… no po prostu za nadludzi… otóż oni ewidentnie cierpią na kompleks niższości. Cierpią na wyższość wynikającą z niższości. Ujmując to w terminologię polityczną to radykalno narodowa nisokość.

Wiem, wiem. Psychologia już dawno zdefiniowała i udokumentowała ten syndrom. Ludzie z kompleksami potrzebują uwagi, rozgłosu, siły, władzy… aby jakoś funkcjonować. Ale odbiorę na moment inicjatywę specjalistom i przybliżę to w sposób aktualny i empiryczny.

Pamiętacie jeszcze ten słynny wywiad, który ukazał się na stronie Marszu Niepodległości (którą notabene prowadzą sami członkowie ONR)? Wywiad, w którym stworzono postać „antyfaszysty”, który po doświadczeniu blokowania 11.11.2010 przemarszu neofaszystów, zdecydował się przejść na ich stronę i 11.11.2011 pójść w ich marszu. Jakież to było zabawne. Ileż inwencji twórczej włożono aby stworzyć wiarygodny portret tego fikcyjnego człowieka. A jakim fiaskiem skończyła się ta mistyfikacja! Pozwoliłam sobie wówczas na ciętą ripostę tego przedsięwzięcia pisząc satyrę samego wywiadu, która de facto stała się jednym z najpoczytniejszych tekstów na tym blogu (mowa o tekście „Brygada ma okres”).

Przypomniałam sobie o tej historii czytając wywiad jakiego udzielił ostatnio rzecznik prasowy ONR, Marian “Siłka” Kowalski, alias MIRIAM Kowalski, miesięcznikowi „Idź pod Prąd”.

Sam miesięcznik jest pismem protestanckim, z redakcją w Lublinie, redaktor naczelny to dobry przyjaciel Miriam, Paweł Chojecki, często widywany na akcjach ONR. Mowa o piśmie ultra-homofobicznym, opowiadającym się przeciwko teorii ewolucji, przeciwko aborcji i za karą śmierci. Sam Miriam Kowalski pisuje do niego regularnie, a na pierwszej stronie pisma wisi obecnie artykuł pod tytułem „Polakom brakuje nienawiści”. Hmm… Nie komentuje i nie ciągnę dalej tego wątku, bo czuję, że jest on na tyle ciekawy, że szybko mógłby zdominować ten felieton ;-)

Sam wywiad, jak to wywiad z Miriam. Nic do powiedzenia, trochę czegoś na wzór głęboko sięgającej analizy społecznej z perspektywy instruktora siłowni oraz afirmacja nacjonalizmu i propaganda sukcesu. Aha, jest kilka intrygujących anegdotek z życia Miriam:
Marian Kowalski„w tradycji rodzinnej przewija się też się wątek powstania styczniowego”…

„ja zawsze miałem tendencję pchania się do ekstremy”…

„chlaliśmy piwo do 4 rano i rozmawialiśmy o kondycji kościoła z kolesiami, którzy mieli czarne paznokcie i poodwracane krzyże na piersiach”…

„jako trener w klubie sportowym – wiadomo jest pokusa dopingu (…) mówię, jeśli chcesz być sportowcem wyczynowym, ja ci powiem jak brać, ale zdecyduj się, bo możesz nie mieć dzieci, albo być impotentem”… etc.

W sumie… tak jak teraz o tym myślę, jest co czytać ;-)

Natomiast jeden fragment ubawił mnie nie mniej niż ów wyczarowany wywiad z „nawróconym antyfaszystą”. Spójrzcie tylko na to:

„Dla mnie miłe jest, gdy na przykład dziewczyna, które ma różnokolorowe dredy, po manifestacji przeciw ACTA rzuca mi się na szyje i mówi: „ja tych faszystów nienawidzę, ale jak pan to mówi, to ja pana kocham!”

W tym fragmencie wywiadu, Miriam tłumaczy „dziennikarzowi”, że wszelkie stereotypy subkulturowe są mylne i chce nam w ten sposób przekazać, że dzisiejsi nacjonaliści są najfajniejsi i wszyscy chcą być tacy jak oni, a najbardziej ci biedni, zagubieni ludzie z dreadami…

Po pierwsze, jeżeli się założy, że taka sytuacja faktycznie miała miejsce, staje się jasne, że Miriam kompletnie nie zrozumiał prowokującego i ośmieszającego go zbliżenia ze strony rezolutnej dziewczyny (jeżeli faktycznie istniejesz to z chęcią bym cię poznała, nieznajoma!).

Jednak o wiele bardziej wiarygodna wydaje się fikcyjność całej sytuacji. A skoro tak, to bardzo ciekawym wydaje mi się, że skrajna prawica tak usilnie stara się utrwalić, że są fajni. Do tego stopnia, że tworzą medialnie fikcyjne sytuacje, historie i postaci, aby tego dowieść. Tylko właściwie, dowieść komu? Nam? Żart. W takim razie komu? Najwyraźniej samym sobie. Kreując tego typu historie (antyfaszysta zauroczony Marszem Niepodległości, dziewczyna nienawidząca faszystów rzuca się na szyję rzecznikowi prasowemu ONR) próbują udowadniać sobie samym, że są fajni. A dokładniej: że są fajniejsi od nas, od wolnościowców, antyfaszystów (Miriam w owym wywiadzie nawet siebie samego określa jako „wolnościowca” – ciekaw jestem co na to reszta ONR :-) )

A więc mamy tu ewidentnie do czynienia z poważnym kompleksem niższości. Nadludzie marzący o tym by być ludźmi? Najwyraźniej. Od tego momentu oddaje inicjatywę z powrotem w ręce specjalistów od psychologii i dziedzin jej pochodnych.

Na wszelki wypadek z góry dementuję ewentualne spekulacje jakobym to ja była tą „dziewczyną z różnokolorowymi dreadami”, która rzuciła się Miriam na jego delikatną szyjkę.
Ja co najwyżej biorę na siebie jej słowa:
„Jak ja tych faszystów nienawidzę!”
Nie mniej i nie więcej.

A tak swoją drogą: z Miriam będzie jeszcze masa uciechy, zapewniam was!

Lukrecja

Kto o tym opowie? (białostocki komentarz)

28 mar

11 listopada narodowcy z siekierami
W niedzielę wieczorem (25 marca), kiedy pisałam swój poprzedni felieton podsumowujący antyfaszystowskie i wolnościowe wystąpienia ostatnich dni, dokładnie w tym samym czasie w Białymstoku grupa neofaszystów próbowała zamordować człowieka ormiańskiego pochodzenia. Media poświęciły temu zdarzeniu trochę miejsca więc przypomnę tylko kluczowe fakty:

Zrobili to w grupie.
Użyli do tego noży, prawdopodobnie też maczety.
Całe zdarzenie zaplanowali czyniąc je tym samym kolejnym aktem terroru.
Zrobili to na kilka dni przed procesem, w który najprawdopodobniej byli zamieszani i podczas którego KTOŚ mógłby ich obciążyć za podobne wyczyny w przeszłości.

I co teraz?!

Ciało policyjne wypełni swój „społeczny obowiązek” definiując to zdarzenie („pobicie z poważnym uszkodzeniem ciała” lub „próba zabójstwa”) i zajmie się swoimi procedurami.

Ciało prokuratorskie wypełni swój „społeczny obowiązek”, wrzucając na taśmę prawdopodobieństwo „próby usunięcia niewygodnego świadka” i weźmie się za papierkową robotę.

Ciało dziennikarskie wypełni swój „społeczny obowiązek” wprowadzając wątek „brutalnego gangu neonazistów z Białegostoku” i skupi się na tym, aby odpowiednio długo wzbudzał on zainteresowanie. Tak – zainteresowanie.

Każde z tych działań niewątpliwie odsłoni przed nami skrawek prawdy o tym, co dzieje się w Białymstoku. Ale co z tego?! Na kim spoczywa społeczny obowiązek zajęcia się społecznym kontekstem, genezą i konsekwencjami tej historii?!

Kto stanie na wysokości zadania i opowie o tym, że w tym kraju organizuje się i działa kilka tysięcy osób o skrajnie prawicowych poglądach, a wśród nich setki zdolnych do brutalnej przemocy w ramach materializowania tych poglądów?

Kto opowie o tym, że to nie tylko Białystok, ale także kilkadziesiąt innych miast w Polsce, w których dochodzi do rasistowskich, homofobicznych i nacjonalistycznych aktów terroru i że Białystok wyróżnia się tu jedynie intensywnością?

Kto opowie o tym, że istnieją struktury organizacyjne, takie jak ONR, NOP, OSN, MW i inne lokalne grupy, które biorą tych ludzi pod swoje skrzydła i przedstawiają jako wojowników o lepszą Polskę?

Kto opowie o tym, że politycy niektórych partii politycznych i parlamentarzyści pojawiają się na wspólnych marszach z tymi ludźmi (11.11.11) dając im w ten sposób moralne przyzwolenie oraz poczucie, że to co robią to coś słusznego i wzniosłego?

Kto wreszcie opowie o tym, że bezustanne budowanie nastrojów patriotycznych podsyca nastroje nacjonalistyczne, w imię których właśnie pojawiają się noże oraz przede wszystkim dłonie, które te noże ściskają i tną nimi skórę i narządy wewnętrzne imigrantów?

I kto pokaże związek “białostockich zdarzeń” z problemami natury społeczno-ekonomicznej, które sprzyjają rozwojowi tego typu tendencji?

Jest tylko jedna instytucja w tym kraju, która bierze na siebie ten zaniedbany obowiązek społeczny i o tym opowiada. Antif@.

Tak, Antif@ to zrobi, po raz kolejny. I po raz kolejny, nie łudząc się nawet, że ktoś jej wysłucha, wróci do swojej codziennej działalności. Działalności, dzięki której, w wielu miastach Polski, narodowi radykałowie nie rozwinęli jeszcze skrzydeł tak jak ci w Białymstoku. A i tam nie mogą tego robić na taką skalę na jaką by sobie życzyli.

Z rąk polskich neofaszystów, czy jak sami wolą się określać, „narodowych radykałów”, zginęło w ostatnich latach kilkadziesiąt osób. Akty terroru idą w tysiące. Na zdjęciu otwierającym ten felieton zamieszczam kolejny tego dowód. Dostrzeżecie na nim jednego z narodowych radykałów biegającego 11 listopada 2011 po placu Konstytucji z siekierą w dłoni. Kogo szukał? Homoseksualisty? Cygana? Anarchistki? Antyrasisty? Transwescyty? Feministki? Imigranta? Żyda? Komunistki? Muzułmanina?

Takich zdjęć istnieje wiele. Takich sytuacji jeszcze więcej.
To nie tylko Białystok.

Jeśli chcemy coś zrobić, aby próba morderstwa Oxena nie pozostała bez echa, zawiązujmy lokalne antyfaszystowskie porozumienia. Grupy, projekty, inicjatywy. Organizujmy antyrasistowską solidarność. Tylko ona jest w stanie rozbroić nacjonalistyczny mob.

Wiosna trwa. Jej piękno chwilowo prysło.
27 marzec 2012

@@@

WAŻNA ERRATA DO FELIETONU – Z 29.03.2012

Białystok raz jeszcze – głos z wewnątrz

W felietonie dotyczącym ostatnich aktów terroru w Białymstoku, starałam się zwrócić uwagę na dwa problemy. Pierwszy, że antyfaszyści są jedyną grupą społeczną, która traktuje zagrożenie w sposób adekwatny. Drugi, że sprawy w Białymstoku z jednej strony zaszły już bardzo daleko, z drugiej, że Białegostoku nie możemy traktować jako miasta na innej planecie, gdyż podobne sytuacje zaczynają się dziać coraz częściej także w innych regionach kraju.

Nie sądzę, żebym się myliła w tym co napisałam. Jednak głos z samego Białegostoku, który pojawił się w komentarzach nadesłanych po opublikowaniu tego felietonu, stał się dla mnie na tyle ważnym doprecyzowaniem oszacowania sytuacji na Podlasiu, że postanowiłam opublikować go w tej oto formie:

„Sytuacja w Białymstoku jednak nie do końca przypomina tą w innych miastach.

Tylko w Białymstoku zapisy z monitoringu znikają 30minut potym jak naziści przeprowadzą akcję w centrum miasta (patrz: sprawa Oxena, za którą skazuje się go na 2 lata).

Tylko w Białymstoku PREZYDENT miasta ściska się publicznie z liderem lokalnych neonazistów promując ich jako młodych chłopaków zbierających podpisy w walce o lepsze drogi na Podlasiu, finansując stowarzyszenie zarządzane przez tych ludzi o „pięknej” nazwie “Dzieci Białegostoku”.

Tylko w Białymstoku policja łapiąc znanego i wieloletniego działacza Blood & Honour (podczas prowokacji jakiej dokonał razem z kompanami pojawiając się w punkcie zbiórki antyfaszystowskiej demonstracji w 2010) z białym proszkiem stwierdza, że to aspiryna, a gdy sędzia prosi o analizę laboratoryjną, dziwnym trafem proszek się gubi w magazynie prokuratury.

Pan Tomek “Dragon” Piętka stał się już tak medialny, że nawet w TV pokazywali go jako przedstawiciela Kibiców.

Narodowy radykalizmBiałystok to nie jest takie samo miasto jak inne nasze polskie miasta. Rządzi się swoimi prawami, a kto ma na ten temat krytyczne zdanie kończy jak Oxen i inni, którzy mniej lub bardziej świadomie stanęli na drodze nazistowsko-policyjnej koalicji”

Dziękuję za ten komentarz. Mój felieton bez niego nie jest wiele wart. Ile jest wart sam komentarz bez powyższego felietonu pozostawiam już ocenie czytelników tego bloga.

Lukrecja

Antyfaszystowski powiew wiosny rozwiał skrajnie prawicową demagogię

25 mar

Antifa Lublin
Elba demo
Manifestacje wolnościowe i antyfaszystowskie w ostatnich dniach, mimo iż zorganizowane w sposób spontaniczny przerosły swoją liczebnością i przygniotły swoim przekazem usilne próby skrajnej prawicy przytulenia się do protestów społecznych. W minionym tygodniu ONR próbował, żerując na syndykalistycznej kampanii o nazwie „Dni Gniewu” dopisać swoje nacjolistyczne hasła do realnych protestów społecznych.
Nic z tego. Akcje narodowców skończyły się kompletnym fiaskiem, podczas gdy prawdziwe dni gniewu, o przekazie wolnościowym, antyautorytarnym, antyfaszystowskim, przetoczyły się w ostatnich kilku dniach przez Warszawę, Lublin, Poznań i Frankfurt nad Odrą. Wszędzie tam wolnościowcy i antyfaszyści wyszli na ulice wypełniając je prospołecznymi hasłami i usuwając z nich skrajnie prawicową, rasistowską i krypto-faszystowską demagogię.

POZNAŃ – MEZALIANS NA MOŚCIE ROCHA! ONR W ROLI STATYSTÓW W ANTYFASZYSTOWSKIM DNIU GNIEWU

poznan dni gniewuAntyfaszystowska wiosna rozpoczęła się w Poznaniu w środę 21 marca. Zgromadzenie pod zapożyczoną od środowisk anarchistyczno-syndykalistycznych nazwą „Dni Gniewu”, zainicjowała słynna na cały kraj ze swojej radykalnej-nieporadności, 5-OSOBOWA BRYGADA WIELKOPOLSKA ONR. Jak wieść niesie, w ostatnich godzinach przed rozpoczęciem pikiety, kontrolę nad akcją odebrała im jednak garstka krzykaczy z Młodzieży Wszechpolskiej (nieoficjalna konkurencja dla ONR w walce o podporządkowanie skrajnej prawicy w kraju). Pikieta na moście Rocha przyciągnęła aż ;-) kilkunastu mieszkańców Poznania. Frekwencję uratowali niezastąpieni kibice, którzy także przybyli w liczbie kilkunastu. Mimo to, od początku protestu sprawiali oni wrażenie poważnie zadumanych dylematem, co ich właściwie łączy z nacjonalistycznymi oszołomami z ONR i MW. poznan antifaAle na tym jeszcze nie koniec mezaliansu na moście Rocha! Najliczniejszą i zarazem najgłośniejszą grupą, która pojawiła się na akcji byli poznańscy wolnościowcy i antyfaszyści, którzy śmieszny i podporządkowany celom propagandowym „gniew” polskich „narodowców” przekształcili w interesujący moment społecznego napięcia.

Ostatecznie, do rzeki Warty wpadła nie tylko kukła Tuska, ale i Kaczyńskiego, a całe wydarzenie dopiero wtedy nabrało logicznego przekazu: przeciwko klasie politycznej jako takiej – solidarnie ze wszystkimi uciskanymi, niezależnie od narodowości, pochodzenia czy orientacji seksualnej!

WARSZAWA – WOLNE MIASTO DLA WOLNYCH LUDZI!

Dwa dni później, w piątek 23 marca, wiosna dotarła do stolicy. Centrum miasta przeszła dwu-tysięczna głośna manifestacja w obronie centrum kultury niezależnej. Hasłami przewodnimi manifestacji były „NIE MA ELBY BEZ OGNIA!” oraz „Najpierw Ludzie potem Zyski”. Zamiast opisywać to wydarzenie, które odbiło się tak wielkim echem w mediach, prezentuję kilka obrazków i fragmenty oświadczeń środowisk antyfaszystowskich z Warszawy (Warszawska Akcja Antyfaszystowska) i Śląska (Śląskie Środowisko Antyfaszystowskie), które aktywnie wsparły tę mobilizację.

Elba demo“Warszawskie środowisko antyfaszystowskie od lat reaguje na wszelkie przejawy dyskryminacji w naszym mieście: na dyskryminację i przemoc o podłożu rasistowskim, nacjonalistycznym czy homofobicznym, stosowaną przez środowiska skrajnie prawicowe, jak również na dyskryminację o podłożu ekonomicznym, stosowaną przez uprzywilejowane grupy społeczne i wspierające ich instytucje państwowe, a wymierzoną w ludzi o ograniczonych środkach do życia i samoobrony. Dyskryminacja ta objawia się m.in. pozbawianiem ludzi przestrzeni do życia, odcinania im możliwości aktywności kulturalnej czy też utrudniania prowadzenia działalności społecznej (…) Dlatego też solidaryzujemy się ze wszelkimi działaniami mającymi na celu utrzymanie projektu „Elba”! WARSZAWA WOLNA OD ZMORY NACJONALIZMU, SAMOWOLI ŚWIATA BIZNESU I POLICYJNEGO TERRORU. Wraz z tysiącami Warszawiaków mówimy: Ręce precz od Elby! Wolne miasto dla wolnych ludzi!”

„Jako ludzie tworzący niezależne centra społeczne oraz kulturalne wyrażamy nasz sprzeciw wobec przedmiotowego traktowania i podejścia do ludzi, którzy własną, codzienną, nieodpłatną pracą przyczyniają się do rozwoju życia społecznego oraz kulturalnego miasta w jakim tworzą się oddolne kolektywy (…) Każda możliwa próba zniszczenia, wysiedlenia, bezpodstawnego oczerniania miejsc i ludzi, przyczyniających się do rozwoju i powstawania centrów kultury niezależnej, samopomocy i samoorganizacji, wzbudzi sprzeciw i natychmiastową reakcję w ich obronie. Elba zostaje. Solidarność naszą bronią! Śląskie Środowisko Antyfaszystowskie

LUBLIN – TYDZIEŃ ANTYRASIZMU UWIEŃCZONY GŁOŚNĄ MANIFESTACJĄ W SERCU MIASTA

antifa lublinW sobotę 24 marca w samym centrum Lublina około stu osób ze środowisk antyrasistowskich i antyfaszystowskich w sposób głośny i dobitny wezwało mieszkańców miasta do wzmożonej aktywności anty-rasistowskiej i antyfaszystowskiej. W akcji wzięło udział około dziesięciu lokalnych projektów i inicjatyw gotowych stawić czoła problemowi skrajnej prawicy w Lublinie. Grupki lubelskich neofaszystów, które marzyły o zakłóceniu przebiegu akcji spotkały się z jednoznacznymi reakcjami antyfaszystów i cała ich aktywność tego dnia sprowadziła się do nerwowego dreptania i charakterystycznego poruszania żuchwami. Tym razem nie było już hajlowania przed ratuszem. W niczym nie pomogły też sprowadzone ze Stalowej Woli posiłki, które miały wziąć udział w zastraszeniu uczestników zgromadzenia. Zciągnięci przez lubelskich kolegów nacjonaliści ze Stalowej Woli dostarczyli zgromadzonym antyrasist(k)om jedynie wiele uciechy. Zwłaszcza jeden z ich liderów, znany ze swojej dosyć kontrowersyjnej jak na neofaszystę, aparycji. Ubrany i ostrzyżony na punkowca z początku lat 80-ych próbował “przyłączyć się” do akcji :-) Lukrecja gratuluje kreatywności! Następnym razem proponuję dla odmiany dreadziki i koszulkę z nadrukiem ‘No Future’. Przynajmniej przekaz będzie autentyczny ;-)

FRANKFURT – WSPÓLNIE PRZECIW NACJONALISTYCZNEJ NAGONCE

Wiosna i antyfaszyzm, nie znają granic :-) Także w tę sobotę, 24 marca, antyfaszyści z zachodnich regionów Polski wzięli udział w kolejnej skutecznej blokadzie marszu skrajnej prawicy. Po udanej listopadowej blokadzie w Warszawie (przyp. Marsz organizowany przez ONR i MW nie został wpuszczony do centrum stolicy) oraz kolejnej spektakularnej blokadzie przemarszu skrajnej prawicy w Dreźnie (w lutym tego roku niemiecka skrajna prawica po trzeci raz z rzędu nie przemaszerowała tym miastem) setki antyfaszystów z Niemiec i Polski zablokowały skrajną prawicę we Frankfurcie nad Odrą. Kilkuset niemieckich narodowych radykałów (wśród nich NPD oraz wybitnie ostatnio brutalni niemieccy Autonomiczni Nacjonaliści) przeszło jedynie kilkaset metrów po czym musiało się ugiąć pod siłą społecznego sprzeciwu. Zablokowane zostały wszystkie ulice, którymi mogli poprowadzić swój haniebny przemarsz. Do blokad przyłączyły się nie tylko grupy polskich antyfaszystów, ale też polscy studenci z Uniwersytetu Viadrina oraz związkowcy z naszego kraju, ramie w ramie ze związkowcami z Frankfurtu.
Blokada we Frankfurcie była nie tylko skuteczna, ale i przełomowa. Mimo fatalnego niezrozumienia dla wkładu niemieckich antyfaszystów w walce ze skrajną prawicą w Europie, niezrozumienia które mogliśmy dostrzec podczas solidarnej listopadowej wizyty tych środowisk w Warszawie, współpraca ruchów antyfaszystowskich z Niemiec i Polski jest nieunikniona w kontekście wzrostu aktów terroru ze strony skrajnej prawicy w obu krajach. Frankfurt był tego najlepszym dowodem.

Pięknie się zaczęła wiosna tego roku…

Wszyscy bronią Elby – ja bronię Hanki!

19 mar

Stolica wrze od ostatniego piątku. Wydawałoby się, że powód społecznego wrzenia niewiele ma wspólnego z leit-motywem mojego bloga. Nic bardziej mylnego. Cóż może być ostrzejszym kontrastem i antonimem do ciasnych, opresyjnych, nacjonalistycznych koncepcji społecznych niż przestrzeń emanująca wolną, niekomercyjną, autonomiczną i społecznie progresywną kulturą?

Nie sposób obserwować batalię o Elbę z zewnątrz. Każdy w W-wie zna kogoś kto albo kiedyś na Elbie występował, albo przynajmniej wielokrotnie korzystał z oferty kulturalnej tego miejsca. Tak też jest w moim wypadku. Nawet jeśli sama nigdy na Elbę nie dotarłam, odkrywam wśród swoich znajomych coraz więcej sympatyków tego miejsca. Coś w tym musi być. Mało tego, przyłączam się do nich i przy najbliższej okazji zamierzam też udać się do tego legendarnego centrum.

Debatę wokół społecznej batalii o „Elbę”, batalii, w którą każdego dnia włącza się coraz więcej warszawiaków oraz przedstawicieli świata kultury i mediow, ustawiła prezydent miasta, Hanna Gronkiewicz-Waltz. Właściwie należy uznać, że to właśnie HGW postawiła na nogi całe miasto demaskując w swojej wariackiej wypowiedzi sedno problemu: IGNORANCJĘ władz miasta wobec zamieniania miejskiej tkanki społecznej w supermarket.

A jednak. Nie przyłączę się do lawiny krytyków totalnych HGW! Dostrzegam bowiem ukrytą głębię w słowach Hanki…

Degradując cały problem zabijania niezależnej kultury w tym mieście do problemu domniemanego zagrożenia pożarowego :))))) przemyciła pewną ukrytą metaforę. „Elba” to płomień. Płomień, którego nie łatwo będzie zgasić nawet międzynarodowej korporacji, niezależnie od tego, ile zapłaci swoim prawnikom, ilu przekupi urzędników, ile firm ochroniarskich jeszcze zwerbuje, ile razy złamie prawo i ile wypowie gróźb wobec Kolorowego Świata Elby.

Haniu, przejrzałam cie! Masz rację. Elba płonie! Rozgrzewając coraz więcej umysłów w tym mieście. A ci, którzy próbują zdusić niezależną kulturę… no cóż, oni poparzą sobie ręce.

 Lukrecja

Marcowe podchody narodowych radykałów – krzyki rozpaczy odesłanych do lasu

13 mar

Skrajnie prawicowe ugrupowania robią co mogą, aby zaistnieć w przestrzeni publicznej. Nic to nowego, a raczej znana strategia w myśl zasady: zagnieździć się w przestrzeni publicznej, aby za jakiś czas być postrzeganym przez społeczeństwo za integralną część kultury politycznej. Możemy tu mówić o taktycznej próbie ponownego normalizowania poglądów skrajnie prawicowych, neofaszystowskich i nacjonalistycznych w społeczeństwie, z nadzieją, że jego doświadczenia z ideami totalitarnymi odeszły już w niepamięć.

Jednak naszym krypto-faszystowskim narodowym radykałom sztuka namolnego przenikania do przestrzeni publicznej nie zawsze się udaje. Przede wszystkim dzięki zdecydowanym reakcjom środowisk antyfaszystowskich i wolnościowych. W ostatni weekend „narodowo-radykalne” podchody do społeczeństwa były wyjątkowo żałosne.

W Lublinie ONR-owcy odesłani do lasu

W Lublinie, mieście, w którym funkcjonuje obecnie chyba najliczniejsza brygada ONR, z rzecznikiem prasowym tej faszyzującej organizacji Marianem „Siłka” Kowalskim na czele, jej członkowie próbowali zakłócić pokojową pikietę solidarności w Wolnym Tybetem. Otóż w ciasnych móżdżkach narodowców solidaryzować można się tylko z innymi nacjonalistami, jak tymi z Wilna („Litwa tylko dla Litwinów”) i tymi z Jobbika („Węgry wolne od Cyganów”), ale nie z innymi ludźmi walczącymi o wolność i sprawiedliwość. Pojawili się więc na wolnościowej pikiecie, w grupie, zamaskowani i zestresowani. Podjęli próbę zastraszenia uczestniczących w pikiecie wolnościowców. Nie pierwsza to tego typu akcja lubelskich ONR-owców w ostatnich miesiącach. Jeden z nich prowokacyjnie wykonywał nazistowskie pozdrowienie tzw. hajlowanie (po tym jak kierownictwo ONR ogłosiło, że nie zamierza się wyprzeć “rzymskiego salutu”). Nic z tego. Wolnościowcy nie dali się faszyzującym narodowcom ani ośmieszyć ani zastraszyć. Zareagowali tak jak należy reagować na skrajnie prawicowe ekscesy i w jednoznaczny sposób pokazali ONR-owcom “drogę do lasu”. Co ci zresztą uczynili pozostawiając po sobie charakterystyczny swąd głupoty. Szczególne brawa należą się lubelskim aktywistkom, które nie dały się zastraszyć fizycznie dużo silniejszym od siebie anabolicznym narodowcom.

Hajlujący narodowi radykałowie, poza powiewem głupoty, pozostawili jednak po sobie coś więcej. Pozostawili kolejny dowód na to, że istnieją i nieustannie próbują siać terror. Pozostawili więc jasny znak społeczności w Lublinie, że nie wolno o ich istnieniu zapominać i należy się organizować w imię wolności oraz przeciw uprzedzeniom i nacjonalizmowi. Lublin to miasto, w którym skrajna prawica poczuła się ostatnio zdecydowanie zbyt butna i pewna siebie. Rasistowskie ekscesy to nie rzadkość w mieście o tak barwnej wielokulturowej tradycji. Organizacje pozarządowe w Lublinie wezwały nawet do manifestacji przeciwko rasizmowi i uprzedzeniom w dniu 24 marca. Ta manifestacja powinna być inauguracją antyrasistowskiej wiosny i jednym z ważniejszych wydarzeń roku w Lublinie.

Hajlujący lubelscy ONR-owcy pozostawili po sobie także lekcję tego jak należy się z nimi obchodzić. Choć lubelscy wolnościowcy i tak potraktowali ich bardzo delikatnie (czytaj: nie adekwatnie do tego jak należy traktować grupy nabuzowanych facetów o poglądach neofaszystowskich i radykalnie nacjonalistycznych). Należy uznać, że delikatne acz zdecydowane odesłanie ich „do lasu” było pewnego rodzaju ostrzeżeniem o tym, że skończył się sezon pobłażania dla ich agresywnej i opresyjnej działalności w mieście.

Wreszcie, hajlujący narodowcy pozostawili po sobie materiał video:

Zakłócone koncerty na Śląsku i na Kujawach

W ten sam weekend nacjonaliści i neofaszyści na Śląsku próbowali urządzić sobie fiestę pseudo-kulturową czyli koncert zespołów spod znaku falangi, krzyża celtyckiego i swastyki. Nic z tego. Dzięki interwencji antyfaszystów koncert w Tychach został odwołany, a skrajnie prawicowa buta odesłana do domów bez możliwości podbudowania swojego nacjonalistycznego, rasistowskiego ego. To już drugi koncert skrajnej prawicy w krótkim okresie czasu, który został skutecznie zakłócony. Dwa tygodnie temu miało dojść do koncertu skrajnie prawicowych zespołów w Toruniu, między innymi grupy o jawnie nazistowskim przekazie „Agressiva 88”. Wspólnie z nimi wystąpić miał nacjonalistyczny „Zjednoczony Ursynów”.

Członkowie ZU są tubą propagandową i zarazem zaangażowani w struktury warszawskich Autonomicznych Nacjonalistów, które stoją za serią aktów terroru w ostatnich miesiącach w stolicy (na zdjęciu obok, lider ZU, po lewej, prowadzi marsz skrajnej prawicy przez stolicę). Koncert w Toruniu miał się odbyć pod przykrywką urodzin jednej z toruńskich działaczek narodowo-radykalnych, jednak został skutecznie zakłócony przez aktywnych od lat toruńskich antyfaszystów i przerwany niedługo po jego rozpoczęciu.

ONR i Dzień Kobiet

Kolejnym strzałem w kolano ONR-owskich patriotów od hajlowania (oraz ich najemnych bojówkarzy z grup AN) były ich weekendowe akcje „z okazji” Dnia Kobiet. W Warszawie przymierzano się do skontrowania feministyczno-wolnościowej Manify, jednak najwyraźniej siła postępowego feminizmu odebrała narodowcom zarówno odwagę jak i inwencję i nie odważyli się na żadne publiczne prowokacje. I tak, ulice Warszawy tchnęły ponownie ideami wolności, równości i sprawiedliwości społecznej, a nie jak to bywało ostatnimi czasy rykiem niosącym uprzedzenia, wykluczenia i rasistowsko-nacjonalistczną nowomowę. W tym sensie Manifa przegoniła z ulic miasta krypto-faszystowskich anabolicznych osiłków i stała się siłą rzeczy jedną ze skuteczniejszych antyfaszystowskich akcji od dnia 11-listopadowych blokad w stolicy.

W innych miastach polski narodowcy (głównie ONR) popisali się niesamowitą inwencją próbując zaistnieć w dniu 8 marca. Jak żałośnie kończy się przebieranie walki o idee wolnościowe (8 marca) w nacjonalistyczne szaty niech świadczy zestawienie dwóch poniższych materiałów spreparowanych w zeszłym tygodniu ONR. Pierwszy to bardzo wymowna ulotka rozdawana przez ONR w Lublinie, drugi to fragment relacji rozpowszechnianej przez ONR Pomorze Zachodnie:

„Środowiska lewackie i sodomici postanowiły wyjść na ulicę. Pikiety te godziły w zasadnicze wartości normalności. W imię obrony wartości rodzinnych zebrała się jednak kontra środowisk narodowych, walczących w imię normalności. Pojawiło się wiele haseł, takich jak „Bóg, Honor, Ojczyzna”, „Tu jest Szczecin, nie Bruksela – tu się zboczeń nie popiera!”. Po raz kolejny pokazaliśmy że kulturowej rewolucji w Polsce nie ma i nie będzie. ONR Pomorze Zachodnie Oddział Szczecin

Wznoszenie hasła „Bóg, Honor, Ojczyzna” dnia 8 Marca jest dokładnie tym samym czym próba naboru kobiet do szeregów ONR w Lublinie – krzykiem rozpaczy odesłanych do lasu. Nie będę rozwijała wdzięcznego tematu „Katolicyzm a rola kobiet w społeczeństwie”. Kilka zdań na temat kobiet i samego ONR. Otóż kobiety stanowią nie więcej niż 5% tej organizacji. W Warszawie jest to obecnie chyba nawet poniżej 0,1% ;-) Wystarczy przejrzeć dostępne w sieci zdjęcia z akcji ONR (czy choćby te opublikowane na tym blogu) i policzyć ile widać na nich kobiet. Nie należy się jednak niczym dziwić. Nacjonalizm to kult siły, podporządkowania i przemocy, podporządkowania się ideą autorytarnym, m.in. patriarchatowi. Brak obecności kobiet w strukturach ONR jest więc czymś nie tylko wiele mówiącym o tej organizacji, ale też dowodzącym, że owszem: kulturowa rewolucja w tym społeczeństwie trwa (nawet jeśli powoli) – młode pokolenie kobiet generalnie nie ma ochoty na udział nacjonalistyczno-bogobojnych sektach. A mimo to, współczuję każdej jednej dziewczynie, która decyduje się na zbliżenie do ONR.

A teraz ciekawostka. Jedyną kobietą, która piastuje obecnie jakąkolwiek ważniejszą funkcję w hierarchii ONR jest Anna Holocher, sekretarz ONR. Wydawałoby się, że jest to dowód obalający teorię o stricte samczym charakterze ugrupowania. A jednak. Pani sekretarz to nikt inny jak żona kierownika głównego ONR, Przemysława Holochera. Nie wątpię, że wykazała się wielkim wkładem w rozwój idei skrajnie prawicowych na Śląsku i zapracowała na swoje stanowisko, ale zarazem szeregowi ONR-owcy zdają sobie sprawę z tego, że tylko dzięki protekcji swojego męża (fuhrera ONR od około 3 lat) mogła się dostać na szczyt tej skrajnie prawicowej i skrajnie “chłopięcej” organizacji.

Sam fakt piastowania przez małżeństwo dwóch niepodważalnie najistotniejszych funkcji (kierownika naczelnego i sekretarza głównego) w ogólnokrajowej organizacji to inny arcyciekawy temat (być może ewenement na skalę światową!), który aż prosi się o osobny felieton. Należy zdać sobie sprawę, iż najważniejsze dyskusje i programowe wytyczne najliczniejszej obecnie „narodowo-radykalnej” organizacji w tym kraju, organizacji, która nie ukrywa, że zamierza „zmieść ten demo-liberalny porządek”, planuje zmienić system w tym kraju (z demokratycznego na autorytarny)… odbywają się przy rodzinnym stole kuchennym oraz na rodzinnych wakacjach pod Jobbikowym słońcem nad Balatonem (na zdjęciu powyżej, kierownik naczelny ONR, cały na czarno po lewej, wraz z kompanami, prwdopodobnie w oczekiwniu na kolejny Dzień Kobiet; na kolejnym zdjęciu wraz z małżonką już w duecie na szczycie organizacji) Jak będzie się więc nazywał ten nowy ONR-owski system? Dyktatura Państwa H.?

Kończąc wątek. Większość kobiet, które nieopatrznie wstępuje do ONR dosyć szybko rezygnuje z tej wątpliwej przygody wynosząc z narodowo-radykalnej konspiracji na światło dzienne interesujące niuanse (brawo dziewczyny!). I tylko nieliczne stanowią „miłe urozmaicenie” na samczych zebraniach brygad ONR poświęcając najpiękniejsze lata swojego życia organizowaniu swojego własnego zniewolenia i projektowaniu mundurów dla swoich bohaterskich kolegów. Ich krzyk rozpaczy jeszcze kiedyś usłyszymy.

Kończąc felieton. Póki co, marcowe przymilanie się krypto-faszystów do społeczeństwa, bądź skutecznie zakłócone bądź wybitnie żałosne.

Lukrecja

Warszawscy chłopcy i ich małe brudne 88

21 lut

W sobotę 18 lutego odbył się w Warszawie marsz. Marsz polskich nacjonalistów, marsz solidarności z serbskim nacjonalizmem, a nie, jak próbowano go przedstawić, z serbskim społeczeństwem jako takim. Marsz wpisujący się w atmosferę nagonki prowadzonej przez skrajną prawicę w całej Europie, a skierowaną w europejskich muzułmanów. Potwornym symbolem tej nagonki jest masakra dokonana przez norweskiego narodowca imieniem Andreas Breivik. Symbole i hasła skandowane na marszu w Warszawie różniły się od tych, które wygłasza na swoim procesu Breivik jedynie większą wulgarnością oraz agresywnością z jaką zostały wyartykułowane. Wydarzenia, które miały miejsce w trakcie marszu opisał wczoraj dosyć dokładnie dziennikarz Gazety Wyborczej zauważając, że marsz był przede wszystkim wydarzeniem, w którego centrum stało podsycanie waśni narodowościowych, manifestowanie agresywnej homofobii oraz szerzenie terroru na ulicach miasta.

A jednak, poniedziałkowa relacja w Wyborczej chybiła w dwóch zasadniczych momentach. Po pierwsze, przedstawiła atak na lokal Krytyki Politycznej jako odosobniony epizod. Po drugie, faktyczni organizatorzy kolejnego najazdu skrajnej prawicy na Warszawę, nie zostali w relacji nazwani.

Tak się składa, że kontekst w jakim należy postrzegać atak na kawiarnię ‘Nowy Wspaniały Świat’ oraz owa, pominięta w prasowej relacji, frakcja nacjonalistycznego frontu, prowadzą nas do tego samego punktu.

Kolejny odcinek serialu

Jeszcze nie tak dawno, na jesieni zeszłego roku, sporo pisano o regionach w kraju, w których działalność rodzimych „narodowców” nabrała nowego wymiaru. Chodziło tu zarówno o wzrost natężenia tych działań jak i coraz lepiej zaplanowany, zorganizowany i skoordynowany ich charakter. Pobicia, podpalenia, nanoszenie w miejscach publicznych swastyk i i symboli będących ich jej współczesnymi odpowiednikami, zamalowywanie tablic w języku litewskim, atakowanie antyrasistowskich manifestacji, zastraszanie osób publicznie protestujących – oto tylko niektóre odnotowane przejawy tych działań. Wskazywano najczęściej na rejon Podlasia oraz miasto Białystok, w których to skoordynowane serie skrajnie prawicowych aktów przemocy były najbardziej spektakularne. Tu i ówdzie pojawiły się też informacje, że sytuacja zmierza w podobnym kierunku także w Lublinie czy Rzeszowie.

Pół roku temu sytuacja na Podlasiu wciąż wydawała się być jedynie przestrogą dla pozostałych regionów kraju. Dziś należy tę perspektywę zweryfikować. Stała się już sytuacją symptomatyczną. Skrajna prawica rozochociła się na dobre. Mapa z naniesionymi na nią miejscami tego typu zajść staje się coraz bardziej gęsta. Od kilku miesięcy areną ataków stała się także stolica.

Gdzieś na przełomie października i listopada 2011 doszło do zastraszenia i próby pobicia uczestników publicznej debaty w Radiu „Roxy”. Wśród zastraszonych byli między innymi Kazimiera Szczuka i Max Cegielski. Sprawa odbiła się dużym echem w mediach.

Kilka dni później w samym centrum miasta dochodzi do pobicia osób uczestniczących w queer-feministycznym teatrze ulicznym. Jedna z uczestniczek dostaje wyjątkowo silne kopnięcie w brzuch.

Niespełna tydzień później obrzucona zostaje kamieniami kawiarnia na ulicy Poznańskiej, miejsce spotkań środowiska LGBTQ. Atak ma miejsce w atmosferze terroru, który narodowcy rozpętali tego dnia w całym centrum miasta. Ten dzień to 11 listopada. Tego dnia doszło do wielu prób atakowania „wrogów narodu”. To, że prawie nikt nie odniósł obrażeń było możliwe tylko dzięki obecności w mieście setek antyfaszystów, którzy skutecznie odpierali ataki, między innymi te Kolorową Niepodleglą i na blokadę na ulicy Marszałkowskiej.

Nieudolna próba ataku na KOLOROWĄ NIEPODLEGŁĄ (narodowcy spoza W-wy) do wglądu tu:

Kilka dni później, przy ulicy Chmielnej, trzech napastników atakuje klientów alternatywnej wegańskiej kawiarni „Miasto”. Dwie osoby zostają pobite za to, że rozmawiają ze sobą po niemiecku. Sytuację ratuje fizyczna interwencja kelnera, który zmusza napastników do ucieczki.

Atak na klientów baru „VEGE MIASTO” do wglądu tu:

Trzy dni później dochodzi do ataku na warszawskiego bikera, którego podejrzewano o antyfaszystowskie poglądy, a więc należało go za to pobić. Sytuacja ma miejsce ponownie w samym centrum miasta.

W styczniu na ulicy Wilczej dochodzi do ataku na młodych związkowców wracających z pikiety Związku Syndykalistów Polskich. Napastnicy są niebezpiecznie uzbrojeni.

Na początku lutego, kolejny atak. Tym razem na wolnościowców biorących udział w proteście przeciwko ACTA. Dochodzi do pobicia, zastraszenia, zabrania transparentów.

Wreszcie 19 lutego, 2 dni temu, zorganizowana zostaje demonstracja, której trasa zostaje demonstracyjnie doprowadzona pod samą kawiarnie „Nowy Wspaniały Świat”, która od samego jej powstania jest obiektem nienawiści warszawskich „narodowców”. Co się wydarzyło, opisano w GW. To czego nie podała GW opisują sami współorganizatorzy marszu na swoim portalu Droga Legionisty” ogłaszając dumnie, że jeszcze „jakiś pedał dostał w cymbał”.

Atak na kawiarnie „NOWY WSPANIAŁY ŚWIAT” do wglądu tu:

Wszystkie opisane zajścia miały miejsce w centrum Warszawy na przestrzeni 2-3 miesięcy i są zapewne jedynie kroplą w morzu tego co dzieje się na peryferiach oraz tego co nie wypływa do opinii publicznej.

Ale co ważniejsze, wszystkie te zajścia miały swoich świadków i niektóre z nich zostały zarejestrowane na kamerach (atak na cudzoziemców na Chmielnej, .atak na osoby protestujące przeciwko ACTA, atak na kawiarnie NWS). Dzięki tym relacjom, wiadomo, że za tymi atakami nie stoją ani działacze mazowieckiego ONR ani NOP (co nie znaczy, że ataki te ich nie cieszą). W rzeczywistości stoi za nimi dużo „ciekawsze” środowisko, któremu przyświecają jeszcze ciekawsze cele. O tym, co to za środowisko, za moment. Najpierw małe podsumowanie tego co powyżej: Kolejny atak na kawiarnię Krytyki Politycznej „Nowy Wspaniały Świat” (dochodziło do nich już wcześniej) nie był jedynie, jak napisała GW, związanym z marszem „wybiciem szyby” (przedstawiciel jak zwykle świetnie zorientowanej policji twierdzi wręcz, że nie miało to związku w czymkolwiek… sic!). Atak na centrum kultury był kolejnym odcinkiem starego neofaszystowskiego serialu pod tytułem „oczyszczamy miasto z brudów”. Serialu, który już dawno nie był wyświetlany, ale wrócił właśnie z hukiem na ulice polskich miast.

Niewidzialna frakcja

Odnośnie kwestii, wielkich nieobecnych. Według dziennikarza GW uczestnicy marszu, należeli do takich organizacji jak ONR, NOP czy MW. Jest to błędne oszacowanie. Członkowie wymienionych ugrupowań, owszem, wystąpili w sobotnim marszu, ale w charakterze maskotek. W charakterze maskotek na politycznej akcji zorganizowanej, zaplanowanej i zdominowanej pod każdym względem przez środowisko tzw. autonomicznych nacjonalistów (dalej AN).

To oni byli siłą tej manifestacji i uczynili z niej rasistowski karnawał. Dziesiątki uczestników marszu miało na sobie kurtki z napisem White Patriot, o krzyżach celtyckich, rasistowskim symbolu zakazanym zarówno w Czechach jak i w Niemczech, nie wspominając. Nawet idąca na czele marszu organizacja „Polacy na Rzecz Serbskiego Kosowa” była tu w pewnym sensie figurantem. Faktycznymi organizatorami i motorami marszu, a więc i tymi narzucającymi mu ultra-nacjonalistyczny, anty-muzułmański i rasistowski charakter, byli ludzie zorganizowani w warszawskim środowisku skupionym wokół grupy autonomicznych nacjonalistów (AN), grupy o nazwie „White Legion” oraz portalu „Droga Legionisty”. Dla jasności dodajmy, że struktury te przenikają się nawzajem tworząc właśnie dosyć dobrze zorganizowane środowisko. Zorganizowane bez formalnej, widocznej na zewnątrz struktury.

W przeciwieństwie do niepoprawnie napalonych wizją swojej wydumanej siły politycznej pryszczatych chłopców z ONR, NOP i MW, których polityczne aspiracje wymuszają ciągłe pudrowanie prawdziwego oblicza własnych organizacji, środowisko skupione wokół White Legion, AN i portalu Droga Legionisty wcale nie ukrywa swoich fascynacji ideami NS. Wystarczy poczytać ich relacje, spojrzeć na używaną symbolikę, przyjrzeć się preferowanym metodom działania czy nawet napisom jakie noszą na swoich ubraniach. Ich faszyzowanie odbywa się jednak właśnie w sposób autonomiczny czyli poza formalnymi strukturami. Ma to wiele praktycznych zalet. Czyni ich nie tylko niewidzialnymi dla dziennikarzy GW, ale i mniej zauważalnymi dla państwowych stróżów porządku rzekomo odpowiedzialnych za zapobieganie szerzeniu idei rasistowskich i neofaszystowskich. Czyni ich to też trudnymi do sklasyfikowania przez młodych ludzi, na przykład kibiców, którzy mniej lub bardziej świadomie biorą udział w ich działaniach tworząc masę, w której skrajnie prawicowi bojówkarze mogą się wtopić. Podsumowując: nieformalne struktury pozwalają temu środowisku efektywniej działać.

I działają. To właśnie nasi enigmatyczni, faszyzujący „autonomiści”, stoją za większością aktów terroru, które zostały wymienione w pierwszej części felietonu. Jak i za wieloma innymi, które bądź „nie były na tyle medialne”, aby trafić do prasy, bądź ich ofiary z różnych powodów nie zdecydowały się na ich nagłośnienie. Kto jednak żyje w stolicy i ma oczy otwarte ten musiał zauważyć, że zaroiło się w tym mieście ponownie od damskich bokserów spod znaku „Białych Patriotów”, którzy nie szczędzą ostatnio kopnięć i pięści ani młodym związkowcom ani pokojowym osobom ze środowiska LGBTQ.

Jednak odrzucenie ONR-owskich mundurków i NOP-owskiego stylu skinhead, mające służyć efektywności działania (czytaj: szerzenia terroru) nie czyni „Białych Patriotów” niewidzialnymi. Jako ilustrację do tego felietonu zamieszczam prace z prezentowanej niedawno w jednej z warszawskich kawiarni wystawy autorstwa popularnego stołecznego fotografa serbskiego pochodzenia. Wystawa miała tytuł „Twarze zasłaniające słońce” i cieszyła się dużym powodzeniem. Zdjęcia wykonano podczas egzorcyzmów jakie odprawiali warszawscy AN pod pomnikiem Romana Dmowskiego, a zatytułowane są „Warszawscy chłopcy i ich małe brudne 88”.

Jak Bolek i Lolek: raz z pieluchami na twarzach (terroryzując przeciwników ACTA) raz “na galowo” pod pomnikiem Dmowskiego wypatrując swoich ofiar – nierozłączna para i ich “patriotyczna” ekipa. Chyba się zgodzicie, że prawdziwe z nich słodziaki i wesołki. Jaka szkoda, że robią takie brzydkie rzeczy.

Przyjaciele i przyjaciółki – nie dajmy się tym błaznom zastraszyć. Lets kiss the Nazis wherever you meet them!

Doceńmy wartość swojej lokalnej Antify.

27 sty

ROLA NIEMIECKICH ANTYFASZYSTÓW W ODKRYCIU POWIĄZAŃ POMIĘDZY NSU A NPD

Seria mordów na imigrantach dokonana przez skrajnie prawicową siatkę terrorystów z NSU (National Sozialistische Untergrund) wstrząsnęła niemieckim społeczeństwem. I trzęsie nim do dziś. Ratowanie ‘Strefy Euro’ i skandal wokół 10 brutalnych, rasistowskich mordów to dwie debaty, które zdominowały zimę u naszych zachodnich sąsiadów. W ramach debaty wokół NSU pojawiło się kilka wielce interesujących wątków. Wśród nich m.in. rola służb specjalnych w zatajaniu działań NSU, powiązania NSU z partią niemieckich narodowców z NPD, rasistowskie implikacje policji, która przez wiele lat starała się dowieść tego, że sprawcy mordów wywodzą się ze środowiska imigrantów (!) czy też stara i problematyczna kwestia delegalizacji NPD w perspektywie kompleksowej inwigilacji jej struktur przez służby specjalne.

W relacjach z Niemiec dotyczących kwestii terroru NSU, w natłoku arcyciekawych dyskusji, coś jednak zdecydowanie utonęło. Chodzi o dyskusję wokół roli,jaką odegrała, tak popularna ostatnio i u nas w kraju niemiecka Antifa w rozpracowaniu samego NSU i jego powiązań z NPD.

Paranoicy, zwolennicy teorii spiskowych i druga strona ekstremy

W latach 90-tych, gdy w całych Niemczech wschodnich jak grzyby po deszczu wyrastały skrajnie prawicowe struktury, jedyną społecznością, która reagowała była Antifa. To Antifa od samego początku monitorowała działania niemieckich narodowców, inicjowała pierwsze protesty społeczne i utrudniała swobodne rozwijanie się skrajnej prawicy.

Dokładnie w roku 1997, kiedy to filary znanej nam już dziś terrorystycznej komórki z Zwickau (Mundlos, Böhnhardt, Zschäpe) oraz ich siatka znana jako NSU właśnie schodziły do podziemia, aby w nim przygotowywać swoje morderstwa, prezydent wydziału służb specjalnych w Turyngii ogłaszał przed kamerami lokalnej telewizji, iż w jego landzie problem skrajnej prawicy nie istnieje. Nagranie to trafiło do jednego z antyfaszystowskich archiwów razem z setkami innych materiałów dotyczących „nie istniejącego problemu”.

Przez kolejne kilkanaście lat skrajna prawica zarówno w Turyngii jak i w innych wschodnich landach rosła w siłę. Na wszystkich poziomach. Rozwijały się jej oficjalne jak i półoficjalne struktury. Formalne organizacje i autonomiczne grupy nacjonalistów (AN). Wszystkie te struktury stanowiły bazę, zaplecze i narybek dla najbrutalniejszej frakcji – podziemnych struktur paramilitarnych i terrorystycznych. W tym samym czasie, tych, którzy nieustannie wskazywali na istniejące zagrożenie, protestowali i organizowali się przeciwko tym strukturom, a więc Antifę, traktowano jako paranoików, zwolenników teorii spiskowych, niepokornych lewaków, ewentualnie jako drugą stronę ekstremy (sic!)

Nie zrażeni społeczną znieczulicą niemieccy antyfaszyści kontynuowali swoją pracę. Rozwinęli wiele różnych form działania. Inicjowali społeczne debaty, organizowali antyrasistowskie kampanie, pracowali z mediami, stworzyli od podstaw antyfaszystowski ruch młodzieżowy i antyfaszystowską kulturę z koncertami, festiwalami czy przeglądami filmów. Publikowali regularnie magazyny, organizowali protesty, demonstracje i blokady. Wydali dziesiątki książek i wykleili na ulicach miast tysiące plakatów wzywających do aktywnego sprzeciwu wobec nacjonalizmu. Jedną z dziesiątek form działania wypracowanych przez Antifę jest tzw. antyfaszystowski research.

DER SPIEGEL oddaje szacunek Antifie

Na przestrzeni lat, w niektórych wschodnich rejonach kraju (Saksonii, Meklemburgii czy w Brandenburgii) skrajna prawica zdołała zdominować lokalną kulturę. Ciężko było stawić jej czoła na ulicach miast. Działalność Antify skoncentrowała się więc w dużej mierze na monitorowaniu jej struktur i działań. Na przestrzeni lat powstawały bardzo skrupulatnie prowadzone archiwa zawierające dokumentację poczynań i dające wgląd w struktury niemieckiej skrajnej prawicy.

Kiedy na początku listopada 2011 okazało się, że sprawcami szokującej całe Niemcy serii morderstw, określanych dotychczas przez prasę i policję mianem „Morderstw w Imbisach” („Donner-Morde”) jest grupa radykalnych narodowców, społeczeństwo załamało ręce. Władze państwowe utrzymywały społeczeństwo latami w przekonaniu, że skrajna prawica nie stanowi żadnego zagrożenia, ewentualnie, że ma nad nią pełną kontrolę. Kiedy jednak okazało się, że NSU (jedna z wielu działających struktur) zamordowała co najmniej 10 osób (9 imigrantów i jedną policjantkę), policja oraz służby bezpieczeństwa nie były w stanie wyjaśnić tego jak mogło dojść do takiego rozwoju sytuacji.

Po dwóch dniach od wypłynięcia brutalnej prawdy o istnieniu i działalności NSU (listopad 2011) okazało się, że to właśnie archiwa prowadzone przez antyfaszystowskie grupy są najlepszym i właściwie jedynym źródłem informacji mogącym pomóc zrozumieć to kim są, jaką drogę przeszli i z jakich struktur wywodzą się skrajnie prawicowi terroryści.

Jeden z reporterów najpopularniejszego niemieckiego tygodnika DER SPIEGEL, w kontekście zaistniałej w Niemczech sytuacji, w takim oto tonie wypowiedział się odnośnie roli Antify:

„Wydaje się, że to społeczeństwo było przez ostatnie kilkanaście lat ślepe na prawe oko. Jeszcze na początku lat 90-tych znacznie więcej organizacji i instytucji zajmowało się tym problemem, ale potem wszyscy znaleźli sobie ciekawsze tematy. Władze i media zajęły się przede wszystkim zagrożeniem ze strony islamistów. Także inne organizacje społeczne machnęły ręką na skrajną prawicę. Jedyną instytucją, która zajmowała się tym problemem konsekwentnie bez przerwy była Antifa. Ale tak naprawdę doceniliśmy to dopiero teraz. Myślę, że ludzie, którzy przez zbyt wiele lat postrzegali Antifę jako ruch marginalny, wyłącznie jako tych którzy zasłaniają twarze i parają się zakłócaniem skrajnie prawicowych zgromadzeń, dostrzegli teraz, jak bardzo to społeczeństwo potrzebuje swojej Antify”

Stieg Larsson i tysiące anonimowych antyfaszystów

Jednym z najbardziej znanych na świecie działaczy Antify zajmującym się antyfaszystowskim researchem był autor bestsellerowego kryminalnego imperium, Stieg Larsson. Pracując w projektach stworzonych przez szwedzką Antifę publikował swoje analizy m.in. w brytyjskim, antyfaszystowskim piśmie SEARCHLIGHT oraz w szwedzkim, antyrasistowskim magazynie EXPO, którego był współzałożycielem i redaktorem.

W Polsce monitorowaniem i dokumentowaniem działań skrajnej prawicy od wielu lat zajmuje się organizacja NIGDY WIĘCEJ. Kilka lat temu wydała ona tzw. „Brunatną Księgę” czyli dokumentację tysięcy aktów przemocy dokonanych przez skrajną prawicę w Polsce. Niestety, ze względu na ograniczone możliwości tej organizacji, a także na ilość tego typu incydentów w naszym kraju, archiwum NIGDY WIĘCEJ to w dużej mierze zbiór informacji z prasy. Jest to więc wprawdzie ważna dokumentacja dająca wgląd w rozmiar problemu, jednak ciężko jest na jej podstawie dowiedzieć się czegoś konkretniejszego odnośnie źródła samego problemu czyli struktur neofaszystowskich i radykalno-narodowych generujących przemoc.

Praca, którą wykonuje u nas NIGDY WIĘCEJ, wykonywana jest w Niemczech przez dziesiątki regionalnych grup. Wśród nich takie jak ABAPIZ (Antyfaszystowskie Archiwum Prasowe i Centrum Kształcenia w Berlinie), AIDA (Archiwum Informacji i Dokumentacji Antyfaszystowskiej w Monachium), GAMMA z Lipska, KNOW YOUR ENEMY z Berlina, KEIN BOCK AUF NAZIS z Berlina i wiele innych. Nazwę tego ostatniego należy tłumaczyć jako ZERO OCHOTY NA NAZIOLI.

Zdecydowana większość osób pracujących w tych antyfaszystowskich podchodzi do swojej działalności na zasadzie woluntariatu i robi to anonimowo. Dzięki większym możliwością w porównaniu do tych jakie ma NIGDY WIECEJ praca niemieckiego antifa research nie opiera się w głównej mierze na wzmiankach w prasie lecz przejawia w inwestygatywnym zbieraniu precyzyjnych informacji, ciągłym ich przetwarzaniu oraz analizie. W większych miastach, takich jak Monachium, Hamburg, Lipsk czy Berlin, swoje antyfaszystowskie archiwa posiadają nawet poszczególne dzielnice.

Antifa-research w służbie lokalnym społecznością

Przykładem takiej lokalnej inicjatywy może być strona antyfaszystowskiego archiwum z berlińskiej dzielnicy Neukoeln. Lokalni działacze antyfaszystowscy zamieszczają na niej informacje o wszystkich aktach przemocy ze strony skrajnej prawicy, które wydarzyły się w obrębie dzielnicy, zostały dokonane przez nacjonalistów na niej zamieszkałych, bądź w jakiś inny sposób są z dzielnicą związane. Dokumentacja sięga początku lat 80-tych i prowadzona jest do dziś. Dzięki niej możliwe staje się między innymi dostrzeżenie ciągłości struktur skrajnie prawicowych, zachodzących w nich przemian, wzajemnych powiązań personalnych, finansowych czy organizacyjnych. Dzięki niej, każdy jeden akt skrajnie prawicowej przemocy, na przykład atak o podłożu rasistowskim bądź homofobicznym dokonany w obrębie tej dzielnicy, który policja traktuje jako zwykły rozbój, jest szybko analizowany na bazie informacji dotyczących charakteru działania sprawców oraz ich opisu ze strony świadków zdarzenia. Zwykle dosyć szybko wyjawia się klarowny obraz tego, która grupa radykalnych narodowców stoi za konkretnym atakiem.

Członkowie lokalnych społeczności mogą korzystać z dostępu do antyfaszystowskich archiwów w momentach, gdy stają się ofiarami bądź świadkami przemocy. Wiele osób współpracuje z lokalnymi grupami antyfaszystowskiego researchu wskazując miejsca spotkań czy aktywności skrajnej prawicy w ich dzielnicy. Dzięki tego typu współpracy struktury narodowych radykałów nie mają łatwego gruntu pod swobodny rozwój. Społeczność jest czujna, ale nie paranoiczna. A przede wszystkim jest bezpieczniejsza. Dzięki antyfaszystowskim projektom, poczucie bezpieczeństwa lokalnych społeczności nie transformuje w ksenofobię (tak jak to często bywa w innych miejscach), ale w solidarną postawę wobec wszelkich przejawów dyskryminacji i będącej ich konsekwencją, zorganizowanej przemocy.

Antifa jako forma samoorganizacji bezpieczeństwa

Odczarowanie Antify było skutkiem opublikowania przez nią ważnych informacji dotyczących przeszłości i powiązań trójki z NSU. Okazało się m.in. że członkowie NSU wywodzili się ze struktur tzw. Anty-Antify, a więc specjalnych grup narodowców specjalizujących się w zamykaniu ust antyfaszystom. Jednak antyfaszystowskie upublicznienia dotyczące skrajnie prawicowej przemocy obejmują dużo więcej struktur niż tylko samo NSU.

Jedna z bardziej znanych tego typu akcji wyszła jakiś czas temu ze strony berlińskiej grupy KNOW YOUR ENEMY, która zareagowała w ten sposób na wydarzenia 14 maja 2011 w Berlinie. Tego dnia duża grupa nacjonalistów wkroczyła niespodzianie i zaatakowała imigrantów na dzielnicy Kreuzberg. Mimo brutalnych ataków, do których doszło, policja przez wiele miesięcy nie wykazała się żadnymi efektami swojej pracy i nie zidentyfikowała, a więc też nie zatrzymała żadnych sprawców. W reakcji na to antyfaszyści skorzystali z zebranych własnymi kanałami materiałów i upublicznili długą listę zidentyfikowanych działaczy radykalno-narodowych, którzy wzięli udział we wspomnianych atakach.

Ten przejaw antyfaszystowskiej samoorganizacji, mimo iż otarł się o pogranicze nielegalności, spotkał się z bardzo przychylnym odzewem mediów, zwłaszcza lokalnych, które także były świadkami majowych wydarzeń i od dawna krytykowały ignorancję i opieszałość państwa w tej sprawie.

Sprawa NSU przełomem

Historia skrajnie prawicowej NSU, która wstrząsnęła społecznością niemiecką w listopadzie tego roku, na dobre wyniosła antyfaszystowskie archiwa na światło dzienne. Kiedy wypłynęły pierwsze informacje dotyczące związku skrajnej prawicy z serią morderstw, policja nabrała wody w usta. Raz ze względu na braki w posiadanych przez siebie informacjach, dwa, ze względu na paraliż jaki wywołały w instytucjach państwowych niejasne do dziś powiązania służb bezpieczeństwa z ruchem neofaszystowskim.

W efekcie, wszystkie liczące się niemieckie dzienniki i magazyny poprosiły antyfaszystowskie archiwa o udostępnienie im posiadanych zdjęć i informacji o nacjonalistach powiązanych z NSU. Członkowie Antify zaproszeni zostali także w roli ekspertów do reportaży największych stacji TV. Udzielili dziesiątki wywiadów, wytłumaczyli fakty, przeanalizowali struktury i powiązania nieczytelne dla większości dziennikarzy. Bez nieocenionej wiedzy antyfaszystów najbardziej utalentowani i ambitni dziennikarze nie byliby w stanie pociągnąć swoich dalszych dochodzeń, które kilka tygodni później doprowadziły ich do sensacyjnych odkryć.

Oto komentarz Tima Brennera, rzecznika prasowego antyfaszystowskiego projektu „ZERO OCHOTY NA NAZIOLI”:

„Nagle wszyscy zaczęli interesować się tematem. Politycy udają wielkie zaskoczenie śmiertelnym wymiarem prawicowej przemocy. A przecież od lat przestrzegaliśmy przed tym, że skrajna prawica jest uzbrojona i niebezpieczna. Dochodzenia największych niemieckich magazynów „Die Zeit” i „Tagesspiegel” dowodzą liczby co najmniej 148 ofiar śmiertelnych z rąk skrajnej prawicy w Niemczech od roku 1990. Rząd mówi jednak dalej z uporem o 48 zamordowanych osobach. Uznajemy to za skandaliczne!”

Dużą rolę w sprawie NSU odegrała praca jednej z saksońskich grup Antify, a zwłaszcza jej ostatnie upublicznienia. Grupa o nazwie GAMMA funkcjonuje od 1998 roku i w centrum jej działalności znajduje się dokumentowanie i oszacowywanie aktualnych tendencji w strukturach skrajnej prawicy w Saksonii. GAMMA upubliczniła ostatnio sekrety dotyczące elitarnej, skrajnie prawicowej struktury o nazwie „Freie Netz” (FN). Informacje przekazał GAMMIE jeden z byłych neofaszystów, który odwrócił się od swoich byłych kompanów (ostatnio coraz częstszy precedens w szeregach skrajnej prawicy). Pochodzące od niego informacje zostały przez Antifę zweryfikowane na podstawie informacji znajdujących się już wcześniej w archiwum grupy. Ukazują one FN jako jedną z najbardziej fanatycznych skrajnie prawicowych struktur w tym rejonie kraju, stawiających przemoc jako podstawową metodę swojej działalności. Udokumentowana została pokaźna ilość bezpośrednich ataków i innych aktów prawicowej przemocy przeprowadzonych przez członków FN. Udokumentowane zostały jej cele (m.in. obalenie demokracji na rzecz skrajnie autorytarnej prawicowej władzy) i aktywności tym celom służące (propaganda, dystrybucja, zawiązywanie struktur, etc ). Dokumentacja zawiera też informacje dowodzące ścisłych powiązań FN z partią NPD. Chodzi m.in. o finansowe wsparcie otrzymywane przez FN bezpośrednio od saksońskiej NPD, ale także o przejmowanie przez członków FN funkcji partyjnych w NPD i ich realnym wpływaniu na procesy wewnątrz partii. Osobnym tematem jest młodzieżówka NPD, Jungen Nationaldemokraten (JN), która jak wynika z upublicznionych przez GAMME informacji jest przesiąknięta aktywistami FN i stała się niejako politycznym instrumentem tego ostatniego środowiska. Oczywiście GAMMA upubliczniła też na swoich Leaks pokaźną ilość informacji na temat konkretnych członków tej struktury.

Informacje upublicznione przez Antifę podchwyciły wszystkie możliwe media, wśród nich DER SPIEGEL, największy niemiecki magazyn informacyjny. SPIEGEL nie tylko opublikował podane przez Antifę informacje, ale poszedł dalej tropem oficjalnych, półoficjalnych i podziemnych struktur skrajnej prawicy, puszczając całą drużynę swoich reporterów na długie inwestygatywne tygodnie.

Nie o splendor tu chodzi Kolejnym interesującym przykładem jest upublicznienie jesienią 2011 informacji o internetowym sklepiku o nazwie „Reconquista“. Jedna z berlińskich grup antyfaszystowskich przygotowała i rozprowadziła po mieście plakaty i ulotki demaskujące politykę tego internetowego projektu. Dodatkowo opublikowała interesujący artykuł na ten temat. Z materiałów w nim zamieszczonych wynika jasno, iż środowisko związane z „Reconquistą” solidaryzowało się z terrorystami z NSU. Ponadto, poniżało ofiarami mordów przez nich dokonanych używając na swoich produktach skandalicznych haseł i grafik. Upublicznienie tych informacji przez Antifę spotkało się z pozytywną reakcją mediów, m.in. stołecznego dziennika BERLINER ZEITUNG, który podchwycił temat. Po dwóch dniach od antyfaszystowskiego upublicznienia, „Reconquista” przestała działać. Kompletnie nieinteresujące się do tej pory prowadzonym przez berlińskich narodowych-radykałów sklepikiem internetowym władze, nie miały wyjścia i przystąpiły do działania.

Wielu dziennikarzy nie podaje w swoich materiałach faktu, że zawarte w nich informacje pochodzą z tego czy innego antyfaszystowskiego archiwum. Części mediów nie bardzo to pasuje do ich politycznej linii. Inni wolą aby splendor za sensacyjne odkrycia spadł tylko i wyłącznie na ich konto. Z drugiej strony samym antyfaszystom nie koniecznie zależy na tym, aby oddawano im za ich pracę cześć i chwałę. Z całą pewnością nie chcą słyszeć w tych dniach wyrazów uznania ze strony tych wszystkich struktur społecznych i instytucji państwowych, które od lat regularnie dyskredytowały lub kryminalizowały ich pracę.

Niemiecka policja oraz służby bezpieczeństwa przyznają bardzo niechętnie, iż wiele razy nie były w stanie zgromadzić informacji, których opublikowania domagało się społeczeństwo. Starają się przemilczeć także fakt, że ostatecznie uczynił to ruch przez nie kryminalizowany, a więc Antifa.

Ze względu na praktyki kryminalizowania ruchu antyfaszystowskiego, niemieccy antyfaszyści nie godzą się na współpracę z represyjnymi organami państwowymi i nie przekazują im nigdy informacji o skrajnie prawicowych strukturach. Informacje te publikują natomiast w swoich pismach, na swoich stronach internetowych, rozpowszechniają w postaci plakatów, broszur i ulotek.

Działacze i działaczki berlińskiego, antyfaszystowskiego archiwum prasowego APABIZ publikują większość rezultatów swojej pracy w wydawanym przez siebie regularnie biuletynie MONITOR. W ten sposób dzielą się wieloma istotnymi informacjami ze społeczeństwem. Wspólnie z innymi stowarzyszeniami i organizacjami APABIZ wydaje też pismo o nazwie „Berlińskie uwarunkowania”, w którym także prezentuje swoje analizy.

W niektórych sytuacjach materiały udostępniane są bezpośrednio dziennikarzom. Tym, do których jest zaufanie. W większości tego typu przypadków, wieloletnia praca wkładana w rozpoznanie pozostaje niedoceniona. Antifa jednak nie płacze. Nie o splendor tu chodzi, ile o skuteczność samej interwencji.

Faktyczny szacunek czy zachowania koniunkturalne?

W ostatnim okresie nastawienie względem Antify uległo jednak zmianie. Antyfaszystowski research prowadzony jest od lat i w sposób bardzo konsekwentny. W przeciwieństwie do zaangażowania w ten temat komercyjnych mediów, których zainteresowanie tematem wydaje się być koniunkturalne. Mimo wszystko, sami antyfaszyści, bogaci w doświadczenia z przeszłości, są nastawieni bardzo sceptycznie wobec szacunku jakim zaczęto ich darzyć z dnia na dzień. Odbierają je jako wynikające wyłącznie z aktualnego zainteresowania i obecności problemu skrajnej prawicy w mediach. Media korzystające ze żmudnej pracy antyfaszystowskich projektów stawiają na pierwszym planie rezultaty, a nie samą wykonaną pracę. Oto wypowiedź działaczki berlińskiego projektu APABIZ:

„To, czy przedstawiciele mediów będą się dalej interesowali pracą Antify, gdy NSU nie będzie już stało w centrum medialnej uwagi, dopiero się okaże. Z pewnością rozwinie się kilka interesujących kontaktów pomiędzy przedstawicielami mediów a Antifą, ale większość pozostanie po staremu. Opinia społeczna dostrzeże same rezultaty, fakty podane w mediach, nie usłyszy ponownie o pracy wykonanej w celu ich zdobycia. Antyfaszystowski research jest wciąż traktowany jako woluntarna praca wykonywana gdzieś na zapleczu świata medialnego, praca za którą nikt nie musi płacić“

Wspierać czy kryminalizować?

Z pracy Antify korzystają najróżniejsi ludzie i projekty. Wśród nich nie tylko dziennikarze czy ofiary skrajnie prawicowej przemocy, ale też pracownicy społeczni, naukowcy, pisarze i wiele innych osób potrzebujących konkretnych informacji do swojej pracy. To dzięki pracy Antify społeczeństwo otrzymuje wiarygodny obraz potencjału skrajnej prawicy, wgląd w jej struktury, w rozwój ideologii i partii od nacjonalistycznych po neofaszystowskie, wgląd w skrajnie prawicową subkulturę, czy też informacje o klubach i innych lokalach, w których gromadzi się skrajna prawica. Antifa oferuje jednodniowe i weekendowe warsztaty oraz wielodniowe, kompleksowe seminaria dla szkół i projektów społecznych oraz prowadzi najróżniejsze prezentacje. Wśród tematów m.in. historia antysemityzmu w Europie, kobiety w strukturach skrajnej prawicy, współczesne oblicza neofaszyzmu, nowa prawica, prawicowy populizm w Europie, skrajna prawica na niemieckich uczelniach, wzajemne wpływy ezoteryki/okultyzmu i idei skrajnie prawicowych, skrajnie prawicowa publicystyka, skrajna prawica w internecie, oblicza rasizmu w 21 wieku, i wiele innych.

Tymczasem niemiecki Urząd Ochrony Konstytucji wielokrotnie definiował antyfaszystowskie projekty jako niebezpieczne. Prowadzi to do utrudniania ich pracy i prób częściowej ich kryminalizacji. Przykładem może być AIDA, antyfaszystowskie archiwum w Monachium, które mimo wyroków sądowych ukazujących błędność oszacowań Urzędu Ochrony Konstytucji wciąż boryka się z utrudnieniami w swojej pracy. Tymczasem skrajna prawica w rejonie Bawarii od lat jest liczna i niebezpieczna.

Jednym z zarzutów kierowanych w stronę Antify jest ten, że działalność, którą się ona parai powinna być w zasadzie oddana w ręce państwa. Tu niemieccy antyfaszyści nie mają jednak żadnych złudzeń:

„Ta bardzo ważna praca, jaką jest odkrywanie prawdy o strukturach, działaniach oraz procesach zachodzących na skrajnej prawicy, nie może i nie powinna zostać pozostawiona państwu. Musi pozostać od niego niezależna” – mówi antyfaszystka z archiwum ABAPIZ – „Nasze analizy oraz to co z nich wynika różnią się w większości od tych wychodzących ze strony instytucji państwowych. Dla przykładu, my nie zajmujemy się problemem skrajnej prawicy tylko, gdy coś złego się wydarzy i trzeba działać. Pojmujemy ten temat jako problem ogólnospołeczny”.

W ostatnich miesiącach raz jeszcze stało się jasne, iż rola policji oraz służb bezpieczeństwa w chronieniu wszystkich członków społeczeństwa przed skrajnie prawicowym terrorem, kompletnie nie zdaje egzaminu i konieczność oddolnej samoorganizacji, a więc działania ruchu antyfaszystowskiego, jest ciężka do podważenia. Zarazem, swoją pracą Antifa dowiodła, że jakiekolwiek jej kryminalizowanie ze strony państwa jest równoznaczne z oddawaniem swobody działaniom skrajnej prawicy co w obecnej sytuacji mieni się być działaniem szalenie niebezpiecznym i antyspołecznym.

„Jeszcze niedawno nowa minister do spraw rodziny, Kristina Schröder (CDU), uznała wszystkie antyfaszystowskie inicjatywy za podejrzane. Potraktowała je jak niebezpieczną „ekstremę” co jest absurdem. Projekty zajmujące się przeciwdziałaniem skrajnej prawicy powinny być wspierane, a nie kryminalizowane” – komentuje Tim Brenner z grupy ZERO OCHOTY NA NAZIOLI.

Delegalizować czy też nie, bez Antify ani rusz

Pomimo całej krytyki wobec polityki delegalizacji, informacje zebrane przez Antifę przyczyniły się już w roku 2000 do delegalizacji niemieckiej sekcji Blood&Honour, a w 2009 do delegalizacji organizacji HDJ (Heimattreun Deutschen Jugend). Przez wiele lat, pojedynczy działacze Antify oraz antyfaszystowskie projekty monitorowały i gromadziły informacje dotyczące tych neofaszystowskich struktur. Kiedy je upubliczniły państwo samo podjęło decyzję o ich delegalizacji.

Tak emocjonalnie dyskutowana obecnie w Niemczech idea ponownej próby delegalizacji NPD, której domaga się głośno coraz większa część społeczeństwa, w samym ruchu antyfaszystowskim wzbudza dużo kontrowersji. Większość grup antyfaszystowskich uważa ten pomysł za mijający się z celem.

„Nie delegalizowanie, a konsekwentne budowanie antyfaszystowskich postaw oraz napiętnowanie skrajnej prawicy na każdym kroku, powinno być celem tego społeczeństwa” – mówią działacze niemieckiej Antify.

Nie zmienia to faktu, że gdyby do takiej delegalizacji miało dojść, większość informacji, których państwo zamierza użyć do tego celu, to owoce wieloletniej pracy antyfaszystowskich projektów. Chociażby te dowodzące ścisłych powiązań NPD z bojówkami FN oraz siatką prawicowych terrorystów z NSU.

Czy Niemcy odkryli na nowo swoją Antifę? Wygląda na to, że tak. Z całą pewnością mają do niej mniej spaczone podejście niż Polacy. Tymczasem ilość aktów skrajnie prawicowej przemocy w naszym kraju wciąż rośnie podczas, gdy antyfaszystów nazywa się, za głosem prawicowych populistów, lewackimi ekstremistami (sic!!!). Może pora skończyć z tą farsą i spojrzeć prawdzie prosto w oczy, tak jak to robi obecnie społeczeństwo niemieckie. Może pora wesprzeć swoją lokalną Antifę. Skrajna prawica w Polsce pozwala sobie na coraz więcej.

Materiał przygotowany przez grupę Suport Your Local Antifa

450 niewinnych Kowalskich

17 sty

Czy jakiś zespół muzyczny mógłby nagrać utwór o „450 nieświadomych Kowalskich”?! Obiecuję lansować go na moim blogu przez cały ten rok!

A rok 2012 zaczął się od miłego akcentu. Anonymous dobrali się do tyłka skrajnej prawicy w Europie. Jeśli ktoś się zdziwił, że to zrobili, to kompletnie nie rozumiem dlaczego. Anonymous oraz im pokrewne ekipy hakerskie zdają się, z pełną świadomością i godną podziwu konsekwencją, atakować wszystkie po kolei świństwa i zwyrodnienia społeczne i systemowe. Najczęściej ich ataki polegają na denuncjowaniu czegoś co jest niezaprzeczalnie podłe, a co bezkarnie funkcjonuje, serfując wzdłuż fali społecznej ignorancji. Dziwić powinno raczej to dlaczego Anonymous, do tej pory, tak bardzo oszczędzali skrajną prawicę. Osobiście zakładam, że wcale nie oszczędzali, tylko my nic o tym nie wiedzieliśmy.

Tak więc społeczeństwa dostały od Anonymous kolejne bezcenne prezenty, tym razem noworoczne. Pisze społeczeństwa, gdyż opublikowane przez hakerów listy zawierają nazwiska aktywistów i aktywnych sympatyków skrajnej faszyzującej prawicy z całej Europy. Pisze bezcenne prezenty, gdyż nikt inny, żadna organizacja, ani rządowa ani pozarządowa, nie byłaby w stanie wskazać palcem kim dokładnie są ludzie o tych chorych, totalitarnych poglądach mieszkający wśród nas i hołdujący ideom, które ludzkość dawno już chciałaby mieć za sobą. A dobrze jest wiedzieć nie tylko to, że ktoś się w tym kraju organizuje przeciwko mniejszością, ale i wiedzieć kto to jest.

Dobrze jest wiedzieć, kto nie przebiera w środkach, aby uczynić to społeczeństwo karnym, posłusznym, zaszczutym i poddanym wszelkim rozkazom autorytarnej władzy, a do tego czystym rasowo, narodowo i kulturowo.

Dobrze jest wiedzieć, kto jest zdolny do podpalania nocami mieszkań imigrantom.

Dobrze jest wiedzieć, kto jest gotów wybijać szyby w alternatywnych centrach młodzieżowych.

Dobrze jest wiedzieć, kto z taką pasją atakuje osoby trans-, bi- i homoseksualne.

Dobrze jest wiedzieć, kto czyni te rzeczy w myśl oczyszczania narodu z jego „wrogów”.

Dobrze jest wiedzieć, kto szerzy autorytarne lub wręcz totalitarne idee ubrane w nowe chwytliwe hasła o narodowym radykalizmie, walczącym patriotyzmie, ratowaniu cywilizacji łacińskiej, ocalaniu polskiej kultury przed plagą żydowską, ratowaniu ginącej „polskości” za wszelką cenę… tak jakby wszystko na świecie mogło iść do przodu, zmieniać się, rozwijać, na nowo definiować… wszystko tylko nie jakaś zaklęta „polskość”.

Dobrze jest wiedzieć już teraz, kim są ci ludzie, gdy atakują wciąż sporadycznie i zabijają tylko raz na jakiś czas, bo czasami zdarza się i tak, że jest na takie informacje za późno.

Anonymous zdobyli trochę istotnych informacji i tak jak zwykli to czynić, podzielili się nimi ze społeczeństwem. Tacy już są – nie trzymają niczego dla siebie. Zdobyli je w sposób kontrowersyjny. Oczywiście, że tak. Inaczej nie byliby tym kim są, nie byliby niesławnymi Anonymous.

Społeczność hakerska jest częścią współczesnego społeczeństwa i pełni w nim swoje funkcje. Tak jak pełnią je inne progresywne środowiska: ekolodzy, dociekliwi i rzetelni dziennikarze, tradycyjni obrońcy praw człowieka, projekty charytatywne, etc. Hakerzy, a już na pewno ci występujący jako Anonymous, są wirtualną czarną ręką pomagającą społeczeństwu zdobyć informacje, których nie byłoby ono w stanie pozyskać bez nich. Albo pozyskałoby je za 40 lat, po ich przedawnieniu, po kolejnej lustracji zakurzonych akt/plików. Mam tu na myśli wszystkie te bezcenne leaks’y o przekrętach banków, o nadużyciach polityków, o machlojach lobby farmaceutycznych, chemicznych, atomowych czy zbrojeniowych, o korupcji władz, o wścibskości represyjnych organów państwowych, czy właśnie tych dotyczących tożsamości osób aktywnie działających w skrajnie prawicowych, faszyzujących strukturach będących zagrożeniem dla zdrowia i życia wielu osób i zagrożeniem wolności dla większości.

Opublikowana przez Anonymous lista jest bardzo długa. Setki nazwisk. Trudno się dziwić. Skrajna prawica w Europie zyskała w ostatnich latach wielu aktywnych działaczy. Także w Polsce, o czym świadczą nasilające się akty skrajnie prawicowego terroru. Warto zdać sobie sprawę, że akcja Anonymous wywołała zapewne, zarówno panikę jaki i wielkie zimowe porządki w faszystowskich szykach.

Z jednej strony to dobrze, bo faszyzujące bandy muszą wiedzieć, że nie są niewidzialne. Muszą się liczyć z tym, że przynajmniej część społeczeństwa ma na nich baczenie.

Z drugiej strony, porządki jakie musi dokonać w tych tygodniach cała skrajna prawica, tak zagranicą jak i w Polsce, będą miały taki skutek, że wielu faszystów, nacjonalistów i „wojowniczych patriotów” pozmienia swoje nawyki kontaktowania się z jawnie faszystowskimi portalami (jak „Blood & Honour”) czy sklepami propagującymi rasizm poprzez handel odzieżą (jak „Thor Steinar”).

Podobno kilka osób, z tych kilkuset o polsko brzmiących nazwiskach, które znalazły się na listach podanych przez Anonymous, nie mają nic wspólnego ze skrajną prawicą i najpierw znalazły się na faszystowskich forach „z czystej ciekawości”, a zaraz potem zrobiły zakupy w skrajnie prawicowych sklepach „z kompletnej nieświadomości”.

Powiem od razu, że nie wierze, iż ktoś szukający nowej kurtki albo pary skarpetek, w dżungli tysięcy sklepów oferujących swoje produkty w internecie, przypadkiem kupił je w faszystowskim sklepie. Po prostu, nie wierze. Nie w 21 wieku. Nie, gdy w całej Europie wszyscy doskonale wiedzą, że „Thor Steinar” jest biznesem prowadzonym przez i dla faszystów. Nie ma już żelaznej kurtyny i informacje krążą, a wręcz hulają. Zwłaszcza wśród ludzi stosunkowo młodych. Tylko ludzie zahibernowani przez ostatnie 10 lat mogli popełnić taki błąd. Zahibernowani i do tego jeszcze ślepi, gdyż wystarczy kilka kliknięć na stronach „Thor Steinar” czy „Blood & Honour” aby się zorientować co za tymi projektami stoi. Goryl z wrocławskiego Zoo by się w mig zorientował, a 450 Kowalskich nie? B.U.L.L.S.H.I.T !!!

Dlatego: Merci Anonymous! W imieniu tysięcy osób w tym kraju, które padły ofiarą skrajnie prawicowych bojówkarzy i tysięcy kolejnych, które muszą się z tym liczyć.

Brawo KSW! Faszyści wynocha z aren sportowych

10 sty

Blogerska podejrzliwość podsuwa mi niesforną myśl, iż mogła być to decyzja podyktowana względami komercyjnymi. Zbyt dużo osób zaczęło wieszać psy na KSW za to namolne lansowanie zdeklarowanego fińskiego faszysty na swoich imprezach i być może sponsorzy poprosili o przyjęcie konkretnego stanowiska. A może część zawodników i kibiców powiedziała, że nie chce widzieć tego typu gości na imprezach, w których biorą udział?

W każdym bądź razie, pewna świadomość społeczna, konkretnie antyfaszystowska, powoli dojrzewa w tym kraju. Dotychczas, każdorazowa walka Puhakki w Polsce była nie tylko afirmacją jego postaci (a więc i poglądów), ale automatycznie animowała naszych rodzimych krypto-faszystów. I właściwie na tym polegał problem: daj jednemu faszyście arenę do reklamowania się, a już roi się od naśladowców.

Ale nie pora na rozważanie możliwych motywacji. KSW podjęło bardzo słuszną, odważną i niesłychanie ważną decyzję! I chwała im za to. Z całą pewnością, decyzją tą zdobyła sobie wielu nowych fanów i ucieszyła wielu starych.

Faszyści, rasiści i homofobi – wynocha z aren sportowych!
Onyszko not welcome!
Puhakka not welcome!

Nowy śmierdzący tygodnik. Niebawem w twoim kiosku!

10 sty

Pogłoski o nowym tygodniku prawicy chodziły po kraju już od kilku tygodni, ale w ostatnich dniach zaczęły się konkretyzować. A nim więcej doniesień, tym ciekawszy obraz nowego projektu się wyłania. Jeśli wierzyć informacjom podawanym przez sam Nowy Ekran, w rocznicę powstania internetowego portalu, a więc na przełomie stycznia i lutego 2012, na rynek wejdzie nowy, wysokonakładowy tygodnik pod tytułem „Nowy Ekran”.

Za wszystkim stoi właściciel/prezes NE, milioner Ryszard Opara, którego majątek kilka lat temu oszacowano na 180mln USD. Rysiek dorobił się go na ciężkiej, wieloletniej pracy polegającej na nieustannym lokowaniu, inwestowaniu i ciągłym pomnażaniu dolarów. Ale do rzeczy…

Sam portal NE ujawnił projekt nowego tygodnika jeszcze przed świętami. Już samo stwierdzenie „Na fali 11 listopada – widzę szansę na sukces tygodnika”, które pojawiło się w ramach dyskusji wokół nowej publikacji (do wglądu na stronie NE) mówi już wiele o politycznych korzeniach pisma. Fala faktycznie przeszła. Fala skrajnie prawicowego terroru. Sam właściciel i sponsor nowego tygodnika, Rysiek Opara, postrzega 11.11 w taki oto sposób:

„Byłem 11.11.2011 na pokojowej manifestacji Dnia Niepodległości (…) Było spokojnie, rodzinnie, prawdziwie po POLSKU”

A skoro rodzinnie i prawdziwie po polsku to Rysiek uznał, że chłopcy, którzy tak dzielnie zorganizowali i przeprowadzili akcję, z placu Konstytucji pod pomnik Dmowskiego, zasługują na coś więcej niż tylko propagandowe wsparcie prowadzone na łamach portalu. Zasłużyli na gazetę. Taką z prawdziwego zdarzenia. Najlepiej od razu tygodnik, w nakładzie 100 do 150 tys, ogólnopolski, dostępny we wszystkich punktach prasowych. Taki, na łamach którego, wytyczą nam drogę ku „Wielkiej Polsce Katolickiej” spod znaku falangi i krzyża celtyckiego.

Oczywiście „elita narodu”, nowo ochrzczeni dziennikarze z ONR, polegliby już przy próbie wydania pierwszego numeru, a samo pismo utknęłoby w maszynach drukarskich od ogromu ich uczuć do ojczyzny, ich tolerancji dla inności, od subtelności ich patriotyzmu i od niewinności ich nacjonalizmu. Aby uniknąć takiej klapy powołano do redakcji ludzi, którzy posiedli dziennikarski fach do perfekcji. I tak, redaktorem naczelnym tygodnika będzie Tomasz Parol. Jak daleko Tomkowi do ONR możemy zobaczyć przy okazji „wywiadu rzeki”, który Parol przeprowadził z wodzem ONR, Przemysławem Holocherem, gdzie wspólnymi siłami opowiadają o tym, jak to Hitler był lewakiem, jak niesłusznie ukradł polskim narodowcom symbol swastyki, jak to hajlowanie jest „fajnym gestem uniwersalnego pozdrowienia”, jak „większość członków z ONR to ludzie, którzy ukończyli już wyższe uczelnie” :))) i o tym, że ONR to nie są „tryglodyci z łysymi głowami” :))) (podczas gdy dzielny wódz ONR od lat nie zapuścił ani centymetra fryzury). Wywiad do wglądu na youtube.

Twórcy nowego pisma są jednak hojni:

„Tygodnik będzie miał charakter zarówno ogólnopolski jak i lokalny (…) każdy z naszych blogerów będzie miał szansę dotrzeć ze swoim przekazem o wiele szerzej niż dotychczas”

Wiecie, o których blogerach mowa? Znacie ten język i argumenty typowe dla skrajnie prawicowej nagonki i to bezrefleksyjne gloryfikowanie postaw dyskryminujących, charakterystyczne dla większości tekstów autorstwa „bloggerów” publikujących na NE.

„20% treści będą dostarczały redakcje lokalne. Obecnie je tworzymy. Zamiarem naszym bowiem jest by tygodnik miał swój charakter lokalny w kilkunastu, a może 20 ośrodkach w Polsce”

I faktycznie, po kraju poszła fama o naborze wśród skrajnie prawicowych oszołomów na dziennikarzy nowego tygodnika. Wysokonakładowy tygodnik otwarty na teksty pisane rękoma “ludzi z ruchu” – o tym zaczęto mówić, od zakopiańskich karczm po gdańskie puby. I bardzo dobrze, że zaczęto głośno o tym mówić. Dzięki temu dowiadujemy się powoli, jakie brunatne pisemko zawita niebawem w kioskach. Otóż, jak wieść niesie, do lokalnych redakcji tygodnika zgłosili się członkowie ONR. Właściwie to niewiadomo czy się zgłosili czy wręcz poproszono ONR o stworzenie tych redakcji. Ludzie bliscy NE sami nie są tego pewni. Jedną z lokalnych redakcji na południu kraju przejmuje podobno wódz ogólnopolskiego ONR we własnej osobie. Chodzą słuchy o „dziennikarzach” z ONR zasiadających w grupach redakcyjnych nowego tygodnika w co najmniej kilku większych miastach. Kto wie, być może w każdej z 20 lokalnych redakcji są członkowie oenerowskich brygad.

Słysząc takie wieści, aż chciałoby się zadzwonić do Ryśka Opary i spytać czy ideą nie było stworzenie mainstreamowego organu prasowego ONR i tylko ze względu na dziennikarską (i intelektualną) niewydolność oenerowców w redakcjach zasiadają też osoby spoza ich szeregów. Wrocławską redakcję poprowadzić ma Robert Winnicki, szef MW.

Trzeba sobie wyobrazić, że na wieść o takim projekcie zagotowało się w niektórych środowiskach. W ONR musiało zapewne dojść do euforii. W Młodzieży Wszcechpolskiej (przynajmniej tej włączonej w projekt jej części) panuje póki co względny sceptycyzm (trudno się dziwić, MW ma i tak dosyć dobry dostęp do mediów, tymczasem nowy tygodnik to przełom dla części konkurencji). W NOP zdecydowanie niepokój. Trudno się dziwić. Wszystko odbywa się bez udziału NOP, którego to oenerowcy, na to wygląda, najchętniej by się jak najprędzej pozbyli z nacjonalistycznej mapy kraju. Wygląda na to, że dobry wujek ONRu, milioner Rysiek Opara, nie zamierza dać NOPowcom dostępu do swojego tygodnika. NOP musi więc poszukać swojego własnego milionera albo zacząć pisać do Gazety Polskiej, której to nowy oenerowski tygodnik, poprzez swoją radykalną treść, planuje odebrać czytelników i wcale się z tym nie kryje. Być może, GP nie będzie miała niebawem innego wyjścia jak również pójść jeszcze bardziej w prawo i oddać swoje łamy jakimś wciąż dostępnym na rynku nacjonalistycznym, krypto-faszystowskim blogerom. Szansa dla NOP na wejście do kiosków?

Nie podejrzewam aby właściciel nowego tygodnika pozwolił sobie i oenerowcom na artykułowanie zbyt radykalnych poglądów już w pierwszych numerach pisma. Raczej będzie to powolny proces szkolenia kadr w bezpiecznym i quasi-dziennikarskim przemycaniu nacjonalistycznego jadu w nowej, strawnej formie. Inaczej, nie porywano by się od razu, jak sądzę, na aż tak wielki nakład.

Zastanawia w tym wszystkim jedna rzecz. Czy cała ta „ofensywa na kioski ruchu”, w wykonaniu ONR i MW, wyjdzie im na dobre. Coraz więcej osób na prawicy, tak w środowiskach politycznych jak i stadionowych, traktuje Nowy Ekran jako konia trojańskiego podrzuconego prawicy przez służby państwowe. Z natury źle trawię teorie spiskowe, ale nie da się ukryć, że oszołomy zgromadzone w NE śmierdzą prowokacją na odległość.

Anyway, czy to krypto-faszyzmem czy też prowokacją bezpieki, nowy tygodnik śmierdzi na odległość. I po tym właśnie poznacie, że dotarł już do kiosków w waszej dzielnicy.

No to przyjemnej lektury życzę ;)))

ONR pedałuje po sądach

8 gru

Wszyscy już chyba musieli zauważyć, że ostatnimi czasy skrajna prawica wypełzła ze swoich tajnych spotkań, obozów treningowych oraz pozamykanych forów internetowych i zaczęła przesiąkać ze wszystkich stron do przestrzeni publicznej. Robi to doprawdy na wszystkie sposoby. Tacy na przykład ONR-owcy przesiąkneli ostatnio nagminnie… do sądów. Nie, nie w roli prokuratorów czy sędziów. Póki co składają obfite zeznania na temat swoich wyczynów, ewentualnie wyczynów swoich kolegów. Najciekawsze sprawy toczą się obecnie w Kielcach i Lublinie. W procesie kieleckim chodzi o przemoc o podłożu homofobicznym. W Lublinie dla odmiany o antysemityzm. Hmm… patrioci jak ich znamy.

Marian „Siłka” Kowalski – ekspert separatysta z Lublina

Proces w Lublinie jest o tyle ciekawy, że w antysemicki plot wokół skrajnie prawicowego pisemka „Biuletyn Narodowy” wydawanego przez niejakiego Grzegorza Wysockiego, wmieszany jest sam rzecznik prasowy ONR, Marian „Siłka” Kowalski. Kumpel Mariana, Grzechu, oskarżony jest o znieważenie i nawoływanie do nienawiści wobec narodu żydowskiego. W sprawie zeznawać będą też takie tuzy jak pierwszy show-man i twórca TV-Narodowej dr.Eugeniusz Sendecki oraz niezniszczalny prezes NOP Adam Wojciech Gmurczyk (ten od pedałowania). Marian „Siłka” Kowalski także występuje w tym procesie w charakterze świadka tłumacząc przed sądem, że taki antysemityzm jaki zarzucany jest Grzechowi to żaden antysemityzm. A skoro mówi to sam rzecznik prasowy ONR to ciężko się z tym nie zgodzić, bo rzecznik zna się zapewne na rzeczy. Świadczyć o tym może jego bardzo konsekwentna kariera polityczna.

Marian za młodu dość szybko wyleciał ze szkoły (lata 80-te). Co podkreślają jego koledzy z klasy: za nieuctwo a nie za poglądy polityczne, których nie miał! Następnie szlifował swoje humanistyczne kompetencje pracując jako ochroniarz na dyskotekach i jako instruktur na siłowni co prawdopodobnie czyni do dziś. Zanim skończył w ONR, Marian kandydował z ramienia PiS w wyborach samorządowych, a po tej porażce został lubelskim prezesem UPR. Gdy i tu się nie sprawdził założył tzw. Ligę Wschodnią, organizację separatystyczną na lubelszczyźnie. Jako, że separatyzm lubelski póki co nie wyniósł go na piedestał, Marian próbuje się jako autor pisując do pisma protestanckiego, „Idź pod prąd”. Wydawcą pisma jest “Kościół” Nowego Przymierza z Lublina, który jest niezależnym ewangelikalnym kościołem protestanckim. Kościół ten identyfikuje się z nurtem chrześcijaństwa fundamentalnego i nie za bardzo po drodze było mu z ostatnimi papieżami.

Jako człowiek propagujący kościół protestancki, organizujący ruch separatystyczny na lubelszczyźnie oraz obijający się od lat po wszystkich możliwych prawicowych partiach (a więc nie mający konkretnych poglądów politycznych) mógł zostać rzecznikiem prasowym tak radykalnie-narodowo zdeklarowanego ONR, pozostaje zagadką. Należy podejżewać, że w szeregach ONR mało kto potrafi sklecić kilka sensownych zdań, a wówczas nawet taki Marian „Siłka” Kowalski, ekspert od separatyzmu i antysemityzmu, jest na wagę złota.

Sam proces w Lublinie jest bardzo godny uwagi, przede wszystkim z tego powodu, że zarówno cała skrajnie zagubiona prawica (ONR, NOP) jak i ta skrajnie szalona (TV-Narodowa) traktuje go bardzo priorytetowo i próbuje nim wywalczyć sobie przyzwolenie na antysemityzm 2.0 Kolejne rozprawy na początku przyszłego roku.

Mirek Gębski na spacerze po Kielcach

Z kolei w Kielcach nasi dzielni narodowcy dostali zaproszeni do sądu za to, że 16 maja 2010 roku, jak zwykle w takich wypadkach, dreptali nerwowo wokół tamtejszego Marszu Milczenia (przeciwko Homofobii), zorganizowanego przez lokalną KPH (Kampanię Przeciw Homofobii). Uczestnicy marszu nieśli tansparent “Milczenie naszym krzykiem” oraz mieli zaklejone plastrami usta. Z kolei narodowcy dreptali, dreptali, no i wymyślili: “Dobry gej – martwy gej!”, “Jak złapiemy – połamiemy!” no i wreszcie, krótko i na temat „Do gazu!” . To w sumie chyba i tak jedne z bardziej wyrazistych postulatów społeczno-politycznych jakie można usłyszeć z ust „narodowych-radykałów”. Do tych mniej wyrazistych za to bardziej popularnych zaliczyć należy „Kto nie skacze jest pedałem, hej”.

Również w procesie kieleckim mamy do czynienia z prawicową śmietanką. Otóż wśród ośmiu oskarżonych jest oprócz członków ONR również radny powiatowego PiS, pan Mirosław Gębski. Do aresztowań doszło między innymi dlatego, że „narodowcy” bardzo byli dumni ze swojej akcji na forach intenetowych. Samego Gębskiego rozpoznało wielu mieszkańców miasta. W sprawie zeznaje kilkudziesięciu świadków. Gębski, zapytany przez dziennikarzy o to czemu się plącze po ulicach z typami z ONR odpowiedział zaskakująco szczerze, że „jest politologiem i człowiekiem ciekawym takich wydarzeń”, a na pytanie o to dlaczego stał w grupie skandującej „Dobry gej – Martwy gej” wytłumaczył nie mniej szczerze, że „blisko mu do tych przekonań”. Później w sądzie już twierdził, że znalazł się tam zupełnie przypadkiem, będąc na spacerze. Co za kraj?! Tylko człowiek na spacer wyjdzie, a tu już za rogiem manifestacja gejów się na niego zaczaiła. Ehhh….

Proces w Kielcach trwa już ponad rok i jest monitorowany przez kieleckie środowiska wolnościowe. Sąd, jak to polskie sądy, bada szkodliwość głoszenia tego, że geje w zasadzie powinni zdechnąć, być może nawet przy pomocy gazu. Gębski jest jedynym, który idzie w zaparte i nie przyznaje do winy. Reszta chłopaków współpracuje z policją jak się patrzy. Tymczasem solidarność w ruchu narodowym najwyraźniej słabiutka. Na rozprawach ONRowców przez kilka miesięcy nie stawili się koledzy z organizacji. Mało tego, mimo iż wszyscy w Kielcach wiedzą, że niektórzy z oskarżonych są lub do niedawna byli członkami kieleckiej frakcji ONR, sama organizacja nigdzie tego nie podała. Oni się normalnie wstydzą swoich ludzi!

A może wstydzą się tego, że niektórzy z oskarżonych pozostawieni bez wsparcia kolegów z brygady postanowili zdecydować się na odruch skruchy i przeprosić osoby, którym życzyli śmierci? Fakt pozostaje faktem, że na pierwszych kilku rozprawach ONRowców nie wsparł także ani jeden kibic Korony Kielce. To akurat nie dziwi skoro niektórzy ONRowcy złożyli podobno tak soczyste zeznania, że obciążyli nimi obecnych na akcji kibiców Korony. Takie praktyki nie są zbyt dobrze postrzegane na trybunach. Kibice pojawili się na rozprawie podobno dopiero wtedy, gdy zeznawali świadkowie ze strony KPH. Ich wizyta miała prawdopodobnie te osoby zastraszyć. Jednak nic takiego nie miało miejsca. Kibice pozwolili się sfilmować policji jako jawni sympatycy ONR, a osoby zeznające i tak wykazały się odwagą, a wręcz dobrą znajomością lokalnych struktur skrajnie prawicowych i dały jasno do zrozumienia, którzy z zamieszanych w sprawę chłopców bawią się w ONR.

Ciekawą informacją krążącą po Kielcach jest to, że jeden z głosicieli „dobrego martwego geja” dostał lotkę z pracy, gdyż pozostali pracownicy nie chcieli obcować na co dzień z takim typem. Jeśli to prawda, jestem z nich dumna. Solidarność między pracownikami kończy się tam, gdzie zaczyna się „zakaz pedałowania” i inne skrajnie prawicowe przypadłości.

Ciekawe rzeczy na procesach opowiada też sam Gębski. Zapytany, które z haseł skandował (jako przypadkowy spacerowicz! – przyp.) odpowiedział: „Mogłem też krzyczeć ‘Sierpem i młotem czerwoną hołotę’ ponieważ byłem ciekawy, czy inni podchwycą te hasła” ;-) Lukrecja mówi: Ciekawość pierwszym stopniem do pierdla, Gębski!

Gębski wyjaśnił też, że stał w grupie kontrmanifestantów, ale gdy krzyczeli oni wulgarne hasła, to od razu odchodził. No to chyba się troche nachodził tego dnia radny PiS. Jak to niewinny spacer niespodziewanie potrafi się zamienić w trening kondycyjny…

Proces toczy się dalej. Linia obrony oskarżonych polega na tym, że nie pamiętają czy krzyczeli „Do gazu!”, ale wszyscy powtarzają z uporem, że śpiewali hymn narodowy ;-) Prawda jak zwykle leży pewnie gdzieś po środku, a więc najprawdopodobniej robili i jedno i drugie na zmiane. To by się nawet dobrze wpisywało w obecną linię polityczną ONR.

Kolejna rozprawa w Kielcach jest zaplanowana na marzec 2012. Zapowiadają się dalsze atrakcje, zapraszam wszystkich do śledzenia tej sprawy i wspierania przyjaciół z LGBTQ z Kielc!

xxx

Naprawde warto obserwować wszystkie te procesy, gdyż wiele można z nich wynieść. Na przykład powiązania i wzajemną lojaność pomiędzy szaleńcami z TV-Narodowa, skrajnie prawicowymi mediami z „Biuletynu Narodowego”, politykami PiS a awandgardą skrajnej prawicy z ONR. Warto je śledzić także dlatego, aby zobaczyć czy nasi „narodowcy” przypadkiem nie dostaną do ręki kolejnych pozytywnych „ekspertyz” i patentów, w postaci orzeczeń sądowyach, dla swojego antysemityzmu czy też pedałowania.

No właśnie, apropos pedałowania. Koleżanka z pracy spytała mnie ostatnio co to za ludzie biegają i krzyczą wszędzie o tym pedałowaniu. Zanim zdążyłam zareagować, odpowiedziała sobie sama: „Pedały?”.

Pomyślałam, że chyba faktycznie ci od tego pedałowania to po prostu pedały. Choć jest coraz więcej takich, którzy uważają, że to geje!

Lukrecja Sugar

Dwa symetryczne ekstremizmy?

8 gru

Poniższy tekst powstał w styczniu 2010 roku. Publikuje go ponownie, w skróconej wersji, w reakcji na debatę publiczną zaistniałą po wydarzeniach 11 istopada 2011

***

Na ulicach Warszawy 11 listopada starły się dwa ekstremizmy

Oto co usłyszeliśmy z ust wielu polityków i dziennikarzy po skutecznej blokadzie wejścia marszu skrajnej prawicy do centrum Warszawy w dzień Święta Niepodległości. Ten punkt widzenia wytyczył tory wielu debat. Oczywiście nie była to jedyna deformacja obrazu jedenasto-listopadowych wydarzeń. Jest to jednak fragment narracji, któremu warto przyjrzeć się dokładniej. Bowiem stał się on w międzyczasie priorytetowym narzędziem prawicy do marginalizowania, delegitymizowania, a nawet kryminalizowania ruchu antyfaszystowskiego w tym kraju.

Na zdrowy rozsądek, wydawałoby się, że wszelkie stwierdzenia sugerujące jakoby antyfaszyści byli drugą stroną tego samego medalu co faszyzująca prawica są z historycznego punktu widzenia czymś nieakceptowalnym.

Wydawałoby się, że na stwierdzenia insynuujące jakąkolwiek symetrię pomiędzy pozycjami egalitarnymi, emancypacyjnymi i wolnościowymi, a nacjonalizmem, ksenofobicznym agresywnym patriotyzmem, neofaszyzmem mogą pozwolić sobie tylko najwięksi oszołomi polskiej sceny politycznej.

Wydawałoby się, że wypowiedzi definiujące antyfaszystów jako „lewicowych ekstremistów” (czy poprostu jako „ekstremistów”) poprzez swoją potworną ignorancję, dyskredytują bezterminowo ich autorów w roli komentatorów procesów społecznych.

Niestety. Nie w tym kraju. Nie, gdy stoją za tym konkretne cele.

Tego typu retoryka jest niczym innym jak strategią. Jest bardziej usystematyzowana niż nam się czasami wydaje. I nawet jeżeli nie wszyscy posługujący się nią prawicowi populiści zdają sobie z tego sprawę, stoi za nią bardzo konkretna quasi-naukowa teoria.

Teoria, którą należy poddać ostrej publicznej krytyce. Pierwszym krokiem w tym kierunku jest nazwanie jej po imieniu.

Teoria ekstremizmów

Chodzi tu o teorię na zamówienie. O polityczny instrument. O knebel, który ma zamknąć antyfaszystom usta. O mechanizm mający sparaliżować ruch antyfaszystowski.

Chodzi o niechlubną teorię ekstremizmów. Samo pojęcie „ekstremizmu” ma bardzo długą historię sięgającą czasów antycznych. Jednak współczesna polityczna teoria zbudowana wokół tego pojęcia ma już o wiele krótszą brodę. Jej skonstruowanie zlecono kilkadziesiąt lat temu międzynarodowej grupie prawicowych politologów i ekspertów z dziedziny bezpieczeństwa wewnętrznego. Zlecone, co warto podkreślić, z ramienia wywiadowczych służb specjalnych ówczesnych rządów. Brzmieć to może jak kolejna teroria spiskowa. Niestety taką nie jest.

Teoria ekstremizmów bazuje na stworzonej na jej potrzeby matrycy. Przedstawia ona polityczną świadomość społeczną jako linię przebiegającą z lewej do prawej strony. Po środku tej linii umieszczono domniemany środek społeczeństwa. Na jej obu końcach, w odpowiedniej odległości, znajdują się dwa ekstremizmy. Odpowiednio: prawicowy i lewicowy. Środek, definiowany jest jako szczęśliwa kraina harmonii i normalności, natomiast wspólną cechą dla obu biegunów jest stwarzanie zagrożenia dla systemu demokracji. Bieguny definiuje się wprawdzie jako spolaryzowane, ale równocześnie są ze sobą utożsamiane. Właśnie poprzez zdiagnozowanie ich jako symetrycznych do siebie „ekstremistycznych” odłamów społeczeństwa.

Jak zrobić z antyfaszystów ekstremistów?

Dzięki temu quasi-naukowemu narzędziu, tzw. środek społeczeństwa może (i powinien!) w wygodny i „naukowo” podbudowany sposób, dystansować się w stosunku do ekstrem. Mało tego, dzięki tej teorii, sam może on te ekstremy określać, wskazywać czy wręcz konstruować!

I konstruuje. Posługując się tą teorią udowadnia się, że skoro ugrupowania postfaszystowskie (skrajnie prawicowe) są jednym ekstremistycznym biegunem, to ruch który tendencje te zwalcza jest ich symetrycznym odpowiednikiem. Efekt takiej logiki? Skrajna prawica i antyfaszyci to dwie ekstremy stanowiące obustronne zagrożenie dla demokracji…

Nie trzeba być antyfaszystką, aby zdać sobie sprawę z perfidności tego typu symetrii. Antyfaszyzm jako zagrożenie dla demokracji?!! Nawet jego najbardziej upolitycznione oblicze, a więc środowiska anarchistyczne czy lewicowe, krytykują panujące status quo za organizowanie ekonomicznego wyzysku, nadużywanie koncepcji władzy czy podtrzymywanie dyskryminującego patriarchatu. Takie oblicze antyfaszystów jest zapewne niewygodne dla elit politycznych, ekonomicznych czy kościelnych, ale w rzeczy samej jest w dalszym ciągu pro-demokratyczne. Taki radykalny antyfaszyzm, rozumie demokrację jako proces budowania społeczeństwa na zasadach antyautorytarnych, na bazie struktur horyzontalny i takowych procesów społecznych. A zarazem, z wykluczeniem wszelkich form dyskryminacji. Oto na czym polega antyfaszystowski „ekstemizm”.

I jak to się ma do idei postfaszystowskich, skrajnie prawicowych, narodowo-radykalnych i im pochodnych, do których odwołują się ONR, Młodzież Wszechpolska, NOP, Falanga, Autonomiczni Nacjonaliści i reszta nacjonalistycznego frontu? Te atakują demokrację w imię wydumanej wyższości jednych ludzi nad innymi, w imię podporządkowania słabych silniejszym, w imię podporządkowania kobiet mężczyzną, w imię tego że jedni są z natury więcej warci od innych, w imię konieczności posegregowania ludzi wbrew ich woli i przy użyciu brutalnej siły, w imię wyższości kultu siły i władzy nad pozostałymi ideami, w imię potrzeby egzekwowania od ludzi narzuconego im odgórnie nacjonalistycznego zestawu wartości, w imię potrzeby kompletnego podporządkowania jednostki wspólnocie narodowej, rasowej czy kulturowej… etc. Czy takie idee spoleczne są w jakikolwiek sposób porównywalna, symetryczne lub analogiczna do tej idei antyfaszystowskich? Czy w związku z tym, i jedne i drugie zasługują na definiowanie ich jako „ekstremizm” i będące tego konsekwencją ich delegitymizowanie i kryminalizowanie?

Kilka słów o legendarnym środku społeczeństwa

Same podwaliny pod teorię ekstremizmów przygotowała jej starsza siostra, teoria totalitaryzmów. Ta z kolei, zacna idea, której przyświecać miało przeprowadzenie kompleksowego porównania obu totalitarnych systemów, faszyzmu i autorytarnego komunizmu, oddana została w ręce prawicowych naukowców, historyków i znawców nauk politycznych. Jak łatwo było przewidzieć, przepoczwarzyła się błyskawicznie z bardzo ambitnej i wartościowej teorii porównawczej, w upraszczającą i tendencyjną teorię zrównującą oba systemy. Stawiając tym samym fundament pod o wiele dalej idąca, teorię ekstremizmów.

Pierwszym problemem teorii ekstremizmów jest insynuowanie i upowszechnianie istnienia czegoś takiego jak „środek społeczeństwa”. Istnienie takowego dałoby się dosyć szybko i na wiele sposobów zdekonstruować. Jednak dajmy się ponieść fantazji, przenieśmy na moment w perspektywę wyznawców teorii ekstremizmów, i uznajmy, że takowe centrum społeczeństwa istnieje. Otóż po krótkim oględzinach, okazuje się, że ów środek społeczeństwa znajduje się nie gdzie indziej, ale dokładnie tam gdzie stoją poglądy polityczne środowiska, które go definiują. A więc środowiska konstruktorów teorii ekstremizmow. Tak więc, przyglądajac się ponownie temu kto i na czyje zlecenie teorie tę konstruuje, zaczynamy rozumieć, że ów „normalny i harmonijny środek społeczeństwa” jest konserwatywnym, prawicowym, nierzadko nacjonalistycznym pępkiem świata…

Tak więc, stojący w normalnym i harmonijnym środku panowie (o wiele rzadziej panie, co daje dodatkowo do myślenia) definiują ze swojego auto-arbitralnego stanowiska także to co tym środkiem nie jest. To oni wyznaczają też dystans jaki dzieli owe ekstremy od środka społeczeństwa, a dalej, także to, jak należy się z nim obchodzić. Przy użyciu teorii ekstremizmu można więc dziarsko zamiatać na lewo i prawo. A przedewszystkim na lewo…

Teoria ekstremizmów narzędziem w rękach prawicy

I tak, klarują sie dwa zasadnicze cele dla których prawica teorię tę wykorzystuje.

Po pierwsze, przy użyciu jej logiki wspaniale można dyskredytować pewne społeczne tendencje, na przykład te demaskujące i konfrontujące skrajną prawicę. Poprzez koncentrowanie się tylko i wyłącznie na stosowanych środkach (zresztą koncepcyjnie wyselekcjonowanych…) i unikanie jak ognia poruszenia problemu kolosalnych różnic w motywach, ideach i celach, tworzy się symetrię mającą sprawiać wrażenie „naturalnej”. Podczas gdy przyjrzenie się, choćby powierzchowne, owym różnicą, zmieniło by założenia teorii ekstremizmów w ruiny.

Jednak to w ramach tej logiki blokowanie przemarszu ludzi głoszących potrzebę oczyszczenia polskości ze słabych, kolorowych, nie-heteroseksualnych, innych, nie-katolickich czy nie-prawicowych, to akt symetryczny do blokowania przez NOP „Parady Równości”.

To w ramach tej logiki stawianie fizycznego oporu atakującym „narodowcom” jest czynem analogicznym do fizycznego ataku na geja, lewicowca czy żyda, podyktowane homofobią, antysemityzmem, ksenofobią czy nacjonalizmem…

W ramach tej logiki, antyfaszyści i skrajna prawica to ta sama para butów. Jeden lewy, drugi prawy. To w ramach tej logiki antyfaszystowski opór zrównuje się ze skrajnie prawicowym terrorem i wkłada do jednej szuflady z napisem „starcia ekstremistów i huliganów”.

Jednak próby zdyskredytowania ruchu antyfaszystowskiego to dopiero początek. Dyskredytuje się go przecież w jakimś konkretnym celu. Mianowicie po to, aby go odizolować. A taki odizolowany od reszty społeczeństwa ruch antyfaszystowski pasuje wręcz idealnie do przygotowanego dla niego miejsca na matrycy teorii ektremizmów. W ten sposób teoria ta pracuje sama na siebie.

Z której strony zagrożenie?

Efekty działania teorii ekstremizmów mogliśmy w ostatnich tygodniach zaobserwować gołym okiem. Prawicowi populiści zgodnym chórem okrzyknęli antyfaszystów lewicowymi ekstremistami. Wprowadziło to sporo zamieszania w społecznych debatach. Społeczeństwo, które od początku lat 90-ych konsekwentnie ignoruje problem skrajnej prawicy w tym kraju (mającej na swoim koncie już ponad 40 ofiar śmiertelnych i idącą w tysiące ilość innych aktów przemocy) nie zareagowało krytycznie i tym samym zezwoliło na kontynuowanie tej absurdalnej narracji. Postawy antyfaszystowskie są w ten sposób spychane na peryferie. W tym samym czasie, skrajna prawica, po raz kolejny zadomawia się na salonach „społecznego środka”.

To ostatnie jest drugim zasadniczym celem posługiwania się przez prawicę teorią ekstremizmów. Koncentrując uwagę społeczeństwa na problemie antyfaszystowskiego (czy lewicowego) ekstremizmu odwraca się jego uwagę od równoległego procesu narastającego wpływu idei skrajnie prawicowych na życie społeczne. 11 listopada w Warszawie, skierowanie uwagi na antyfaszystów z Niemiec miało odwrócić uwagę od ogromu skrajnie prawicowej przymocy jakiej byliśmy świadkami. Także od problemu coraz bardziej swobodnego zazębiania się i wzajemnego przenikania sił konserwatywnych (PiS) ze skrajnie prawicowymi (ONR, MW). Maszerowanie osób publicznych o poglądach konserwatynych w jednym szeregu z bojówkarzami ugrupowań neofaszystowskich, wcale nie jest szczytem tego procesu, a jedynie jego najzwyklejszym przejawem. Tak samo jak przemianowanie marszu, którego hasłem przewodnim przez kilkanaście lat był slogan „Polska dla Polaków” na „Marsz Niepodległości”. Dzięki temu to polscy neofaszyści stają się tymi, którzy określają czym jest dla tego społeczeństwa niepodległość. A antyfaszyści muszą się tłumaczyć dlaczego blokują tego typu (anty)społeczne procesy.

I tak, krok po kroku, antyfaszyzm staje się ekstremą, a skrajna prawica rozgaszcza się w przestrzeni publicznej knując powoli jak zasiąść ponownie w parlamencie (patrz tekst „Skrajna prawica ponownie w polskim parlamencie?”). Nienawiść do obcych, innych, słabych, a także antysemityzm i homofobia, podtrzymywane są jako część „społecznego środka”, a więc ogólnospołecznej kultury (nie tylko tej politycznej). Jako, że postawy te są zarazem elementami faszystowskiej spuścizny, nasza kultura przesiąku samym neofaszyzmem. Propagowanym bez żadnego zażenowania przez tą „lepszą ekstremę” oraz wspieranym intelektualnie i quasi-naukowo w mediach przez prawicowych populistów.

W tym miejscu wyłania się przed nami jeszcze jeden efekt funkcjonowania teorii ekstremizmów. Wmawiając opinii publicznej, że zagrożenie dla demokracji (czy też „harmonii środka społeczeństwa”) idzie „z lewa” czy „z prawa” (przeważnie „z lewa”…) utrudnia się dostrzeżenie zagrożenia płynącego ze strony elit bądź też właśnie z samego środka społeczeństwa. Ale też dostrzeżenie tego, że zagrożenie to, nie tylko stamtąd płynie, ale też tam często się rodzi.

Ciche przyzwolenie

O teorii ekstremizmów w Polsce się nie mówi. Mówi się za to wiele o samych ekstremizmach. Jeżeli już ktoś w ogóle podejmuje się analizowania tematu to wychodzą z tego opracowania psychologiczne biorące bezkrytycznie samą teorię za punkt wyjścia do dalszych psycho-społecznych rozważań. W ten sposób, całkiem bezinteresownie, teoria ekstremizmów jeszcze bardziej ugruntowywana. Jeżeli zaś chodzi o media to obecnie płynące z nich analizy są przesiąknięte nią na wskroś. Prawda jest taka, że nikt nie podejmuje tematu krytycznie. Nikt nie obnaża istoty tej teorii jako czysto politycznego instrumentu.

Myśląc o tym wszyskim, dziwi postawa niektórych lewicowych celebrytów, którzy dają się co i raz wciągnać w dyskurs narzucony przez teorię ekstremizmów. Nabierają, ciężkiego do wytłumaczenia w jakikolwiek inny sposób, dystansu do ruchu antyfaszystowskiego. Nie dostrzegają oni w niej analogii do słynnej „maczugi komunizmu”, ktorą to samozwańczy i zdefiniowany przez prawicę „środek społeczeństwa” wali po łbie każdego kto skrytykuje kapitalizm z wolnościowej czy lewicowej perspektywy. Dziwi to o tyle, że wydaje się jasne, iż gdy „maczuga komunizmu” przestanie funkcjonować (a przestanie niebawem, gdyż kapitalizm co i raz sam się o to prosi, aby go już więcej nie reanimować), skrajna prawica będzie potrzebowała nowego narzędzia, aby marginalizować jakiekolwiek wolnościowe idee. Teoria ekstremizmów znakomicie się do tego nadaje.

Jej użyteczność jest właśnie ponownie testowana. I to bardzo perfidnie. Na jednym z historycznie najważniejszych ruchów społecznych. Na antifie. Na ruchu antyfaszystowskim.

Lukrecja Sugar

Powstanie Warszawskie w łapskach ONR?

30 lis

Upłynęło już kilka tygodni od najazdu skrajnej prawicy na Warszawę, od dnia narodowo-radykalnego terroru nad jej mieszkańcami. Wciąż jednak odnajdują się ciekawe materiały dotyczące inicjatyw, które wpisały się w różnorodność form antyfaszystowskiego oporu tego dnia.

Dwa dni temu opublikowałam nadesłany niedawno fotoreportaż z akcji jednej z warszawskich grup antyfaszystowskich, która uczciła pamięć kilku żydowskich rodzin zamordowanych z rąk antysemickich elementów w szeregach AK. Fotoreportaż, czy też raczej sama akcja, spotkała się z bardzo pozytywnym odzewem.

Tym razem prezentuję fragment ulotki, która krążyła w drugim tygodniu listopada po Warszawie. Dotyczy instrumentalizowania Powstania Warszawskiego przez współczesną skrajną prawicę z ONR. Zapraszam do lektury.

„(…) Plakat nawołujący do udziału w Marszu Niepodległości, na którym pojawiła się między innymi sylwetka łączniczki z Powstania Warszawskiego, to powód skłaniający do protestu przeciw wykorzystywaniu Powstania w promowaniu poglądów, które nie mają z nim nic wspólnego (…)

Nie można pozwolić, aby ludzie reprezentujący poglądy ksenofobiczne (ONR czy MW), przywłaszczali sobie tradycje wydarzenia, które zjednoczyło ludzi o różnych poglądach, narodowości a nawet kolorze skóry. Dla przykładu, ważny wkład w walki powstańcze mieli żołnierze 104 Kompanii Syndykalistów, którzy najcięższe boje toczyli na Starówce, czy powstańcy z brygady słowackiej, którym pozwolono walczyć z okupantem pod własnymi sztandarami. Próżno szukać w Warszawie śladów walki powstańczej organizacji, do której dziś odwołują się młodzi sympatycy ONR, tymczasem wspomnianym syndykalistom w rejonie najcięższych walk mieszkańcy miasta poświęcili tablice upamiętniające ich bohaterstwo.

To zresztą tylko jeden z przykładów, a pamięć o powstańcach wywodzących się z różnych środowisk politycznych, społecznych i religijnych obecna jest w wielu częściach Warszawy. Czy uczestnicy Marszu Niepodległości wykrzykujący hasła nienawiści w stosunku do innych poglądów czy narodowości mogą wyobrazić sobie na własnym plakacie powstańca o lewicowych poglądach czy sanitariuszkę mówiącą innym językiem niż polski? Nie chemy nikomu odbierać prawa do nawiązywania do tradycji powstańczych, ale my, mieszkańcy Warszawy, musimy solidarnie zaprotestować przeciwko instrumentalnemu wykorzystywaniu tego wydarzenia (…)
Warszawiacy”

Prosta 10

28 lis

Na 48 godzin przed najazdem skrajnej prawicy na Warszawę…

…w dzień, wspomnienie daty którego wywołuje niepokój od 73 lat…

…członkowie jednej z warszawskich grup antyfaszystowskich…

…uczcili pamięć kilku warszawskich rodzin.

Mamy rzecznika niemieckich neofaszystów w Polsce (?)

18 lis

Podczas, gdy w naszym kraju wciąż jeszcze echem odbijają się nasiąknięte ksenofobiczną agresją wypowiedzi prawicowych polityków odnośnie niemieckich antyfaszystów, w samych Niemczech wkład ruchu antyfaszystowskiego w procesy społeczne staje się coraz klarowniejszy i coraz bardziej doceniany.

Kiedy tylko pojawiły się nazwiska działających 13 lat w podziemiu narodowo-radykalnych terrorystów z siatki NSU okazało się, że najbardziej wartościowymi i precyzyjnymi źródłami informacji na temat całej trójki są archiwa grup antyfaszystowskich.

Setki dziennikarzy, wśród nich największe tuzy niemieckiej prasy, ale też instytucje zajmujące się najnowszym odcinkiem skrajnie prawicowego terroru, wszyscy zaczęli dobijać się do drzwi licznych antyfaszystowskich projektów. Projektów zajmujących się od wielu lat researchem i archiwizowaniem materiałów dotyczących struktur skrejnej prawicy w Niemczech. Tam spodziewano się odnaleźć ślady, przeszłość i powiązania prawicowych terrorystów.

I słusznie. Antyfaszystowskie archiwa w ledwie kilka dni po opublikowaniu nazwisk i pierwszych fotografii trójki niemieckich nacjonalistów, mających na koncie co najmniej dziesięć ofiar śmiertelnych, potrafiły przygotować na bazie swoich zbiorów kompleksowe materiały na temat prawicowych terrorystów. Pokaźna ilość zdjęć obu zabitych narodowców (nie jest jasne czy popełnili samobójstwo czy zostali zabici) ukazujących ich w momentach, gdy biorą udział w nacjonalistycznych marszach czy neofaszystowskich zgromadzeniach, trafiła do mediów.

Najlepsi inwestygatywni dziennikarze niemieccy będący na tropie całej sprawy mogli skorzystać z informacji dotyczących korzeni nacjonalistów, ich drogi przez konkretne struktury skrajnej prawicy, ich kontaktów i powiązań z pokrewnymi strukturami, a przede wszystkim, ze zdjęć dokumentujących wszystkie te informacje.

Było to możliwe tylko dzięki pracy ruchu antyfaszystowskiego, który od lat para się m.in. monitorowaniem i archiwizowaniem poczynań skrajnej prawicy. Z tych materiałów korzystają na co dzień setki osób zajmujących się zawodowo bądź woluntarnie tematyką rasizmu, antysemityzmu, ksenofobii, nacjonalizmu czy neofaszyzmu.

Antyfaszystowskie archiwa są nieocenionym źródłem rzetelnej informacji. Nie posiadają ich ani prasowe ani nawet policyjne archiwa, które pracują bądź na zasadach komercyjnych bądź mają swoje własne, niekoniecznie pro-społeczne motywacje. Często brakuje im też niezbędnej wiedzy przy przetwarzaniu zdobytych materiałów. W ten sposób informacje zdobyte czy to przez służby bezpieczeństwa czy dziennikarzy okazują się społecznie bezużyteczne.

Są one społecznie bezużyteczne także z innego powodu. Do informacji gromadzonych przez instytucje państwowe mają dostęp wyłącznie one same, a nie społeczeństwo, którego to członkowie, koniec końców, stają się ofiarami skrajnej prawicy. Praktyka ta prowadzi często do takich sytuacji jak właśnia ta w przypadku narodowo-radykalnych terrorystów z NSU. Działali oni w zasadzie pod okiem, czy wręcz pod parasolem, niemieckich służb bezpieczeństwa.

Innym przykładem miernoty efektów monitorowania skrajnej prawicy przez służby państwowe jest znana od lat sytuacja dotycząca policyjnych informantów w szeregach NPD. Ci, od lat nie tylko dostarczają służbom bezpieczeństwa bezużytecznych informacji, ale też paraliżują swoją obecnością i rolą jaką odgrywają w NPD proces delegalizacji tej skrajnie prawicowej partii.

Antyfaszystowskie zaangażowanie w kwestie monitorowania działań skrajnej prawicy wynika z zupełnie innych pobudek niż te represyjne (państwowe) czy komercyjne (medialne). Niemiecki ruch antyfaszystowski stworzył bazę informacji z myślą o wszystkich stowarzyszeniach i projektach społecznych zajmujących się problemami rasizmu, ksenofobii i innych objawów dyskryminacji.

Antyfaszystowska baza danych jest punktem odniesienia dla ofiar skrajnie prawicowej, nacjonalistycznej przemocy. Jest źródłem informacji dla dziennikarzy chcących zajmować się w progresywny, rzetelny sposób tematyką skrajnej prawicy. Jest adresem, pod który udają się szkoły i uczelnie zainteresowane prowadzeniem prezentacji, warsztatów i seminariów uświadamiających zagrożenia płynące ze strony ruchów nacjonalistycznych, narodowo-radykalnych, neofaszystowskich.

W tych tygodniach, gdy niemieckie społeczeństwo wciąż otrząsa się z szoku jaki wywarła na nim prawda o działaniach skrajnej prawicy, coraz większym społecznym uznaniem cieszy się wkład ruchu antyfaszystowskiego w walkę z brunatnym zagrożeniem. Jego wkład okazuje się nieoceniony i niezastąpiony.

Przedstawiciele świata polityki i służb bezpieczeństwa w Niemczech tłumaczą się dziś bardzo intensywnie przed społeczeństwem. Tłumaczą się zarówno z własnej ignorancji wobec zagrożenia ze strony ruchów radykalno-narodowych, jak i z błędów polegających na próbach kryminalizowania ruchu antyfaszystowskiego. Demonstracje antify przyciągają w tych tygodniach coraz więcej ludzi. Dziennikarze pracują dniami i nocami na materiałach otrzymanych z antyfaszystowskich archiwów. Znani działacze społeczni chylą czoła przed aktywistami ruchu antyfaszystowskiego zastanawiając się głośno nad tym, jak wyglądała by obecnie sytuacja w tym kraju, gdyby nie obecność tego ruchu. Społeczństwo odkryło na nowo ważną część swojej tkanki. Odkryło swoją antifę.

Ta ostatnia gościła też 10 dni temu w Warszawie. Niemieccy antyfaszyści przejechali wiele kilometrów aby okazać swoją solidarność z tymi Polakami, którzy nie chcą biernie patrzeć na rozwój skrajnej prawicy w naszym kraju. Aby okazać swoją solidarność zarówno z ofiarami skrajnie prawicowej agresji w Polsce jak i z tymi, którzy z nią walczą; z polskimi antyfaszystami.

Pewien polski polityk, znany ze swojej antyniemieckiej fobii, publicznie nazwał tych ludzi niemieckimi bandytami, którzy przyjechali bić Polaków… Nie będę raz jeszcze tłumaczyła tego kto kogo i z jakich powodów bił na ulicach Warszawy 11 listopada. Chciałam napisać jedno. Mianowicie to, że jedynymi obywatelami Niemiec, którzy byliby w stanie podziękować za te słowa są dziś niemieccy neofaszyści.

Polityk, którego mam na myśli, stał się więc przez moment samozwańczym, nieoficjalnym rzecznikiem niemieckich neofaszystów w Polsce.

Przy okazji animuje on też swoimi słowami działania rodzimej skrajnej prawicy, której potencjał przemocy różni się od potencjału tej niemieckiej, jedynie niektórymi formami wyrazu. Wkład pana Jarka w swobodny rozwój skrajnej prawicy w Polsce stał się w międzyczasie tematem w polskim parlamencie. Nie ulega wątpliwości, że przyjdzie też moment, gdy będzie musiał wytłumaczyć swoją agresję wobec działaczy i działaczek ruchu antyfaszystowskiego oraz z prób kryminalizowania tego ruchu.

Skrajna prawica niebawem ponownie w polskim parlamencie?

17 lis

Poniższy tekst pojawił się kilka dni po 11.11.11 na stronie antyfaszystowskiej koalicji “Porozumienie 11 listopada”. Powstał na bazie informacji uzyskanych od członków Młodzieży Wszechpolskiej oraz zebranych przez działacza antyfaszystowskiego, który przeniknął na kilka miesięcy do struktur ONR</em

xxx

SKRAJNA PRAWICA NIEBAWEM PONOWNIE W POLSKIM PARLAMENCIE?

„Marsz na Warszawę” miał służyć narodzinom nowej skrajnie prawicowej partii politycznej, a nie obchodom Święta Niepodległości. Wszystko było już zaplanowane, ale…

„Dziś, jak nigdy wcześniej widać, że Polsce potrzebna jest alternatywa dla systemowych rządów. Taką alternatywą może i powinien być zjednoczony Ruch Narodowy, a zwłaszcza jego Organizacje Młodego Pokolenia”
ONR-Podhale

Falstart pod pomnikiem Dmowskiego

Panowie Winnicki, Żaryn czy Bosak, zapewniali wszystkich, że tzw. „Marsz Niepodległości” jest niczym innym, jak próbą uczczenia pewnej tradycji, demonstracją patriotyzmu przez zwykłych Polaków. Tymczasem sam Marsz okazuje się być tylko przykrywką. I to nie tylko dla zgromadzenia skrajnie prawicowego tłumu. Polacy, którzy przybyli na MN, nieświadomie brali udział w spektaklu służącym powołaniu nowego ruchu skrajnych nacjonalistów pod nazwą „Ruchu Narodowego”.

11 listopada pod pomnikiem Dmowskiego miało zostać ogłoszone powstanie zalążka czegoś, co trzeba nazwać polską partią faszyzującą. Nie wyszło, bo jej przyszli adepci, zamiast czekać na ceremonię ogłoszenia, rozbiegli się siać terror w mieście. Być może nie zrobiliby tego, gdyby wiedzieli jak wzniosłe wydarzenie ich czeka. Ale nie wiedzieli. Tylko liderzy ONR i MW znali te plany. Wyszedł więc swoisty falstart. Ceremonia ogłoszenia nowego tworu została przełożona na najbliższą przyszłość. Być może dojdzie do tego lada dzień, gdyż wszystko było już przygotowane. Jedno jest pewne. Tak jak przemarsze skrajnej, faszyzującej prawicy ukryto obecnie pod nazwą „Marszu Niepodległości”, tak proces prowadzący skrajną prawicę do parlamentu dostanie lada dzień mylącą nazwę „Ruchu Narodowego”.

Żniwa po tumulcie w Święto Niepodległości

Skrajna prawica na swoich forach internetowych ogłosiła 11.11.11 dniem przełomowym. Pisze o narodzinach wielkiego narodowego ruchu. Oblicze tego ruchu oglądaliśmy już setki razy. Na Podlasiu, w Białymstoku, na obozach integracyjnych z faszystami z całej Europy na Węgrzech i raz jeszcze na ulicach Warszawy 11 listopada tego roku. O tym, że ma on faktycznie liczne zaplecze i brutalny potencjał nikt już nie może mieć wątpliwości. Skrajnie prawicowe bojówki organizują się na stadionach i poza nimi w całym kraju. Teraz potencjał ten ma zostać zagospodarowany poprzez wepchnięcie go w ramy nowego ruchu – „Ruchu Narodowego”. Formalizacją i strukturami tego ruchu zajmą się wspólnie neofaszystowski ONR i skrajnie prawicowa Młodzież Wszechpolska.

Właściwie ogłoszenie „Ruchu Narodowego” miało się odbyć na zakończenie tzw. „Marszu Niepodległości” pod pomnikiem Dmowskiego. Jednak nieustanne ataki uczestników Marszu na Warszawiaków, antyfaszystów, media i policję nie były atmosferą, w której mogło się odbyć „uroczyste” ogłoszenie nowego, skrajnie prawicowego tworu. Moment ten przeniesiono wiec taktycznie o kilka dni, kiedy zgliszcza i atmosfera strachu, pozostawione po skrajnie prawicowym terrorze, nieco opadną. Będzie to zebranie żniw atmosfery uniesienia, jaka panuje w ugrupowaniach skrajnej prawicy po tumulcie wywołanym w Święto Niepodległości w Wwie. Spodziewajmy się tego lada dzień.

Na wzór węgierski

Nowe Stowarzyszenie „Ruch Narodowy” (RN) ma być przykrywką dla nowego ruchu. Jego zadaniem jest przykrycie biało-czerwoną flagą wylęgarni skrajnie prawicowych i neofaszystowskich bandytów w tym kraju. To kontynuacja strategii przykrywania marszu organizowanego przez ONR i MW formułą i nazwą „Marszu Niepodległości”. Nowy „RN” ma być na zewnątrz „patriotyczny” (podobnie jak tzw. „Marsz Niepodległości”), a do wewnątrz skrajnie prawicowy. Na zewnątrz ma głosić idee umiarkowano-prawicowe (nowoczesna ksenofobiczno-homofobiczna nowomowa), zaś do wewnątrz organizować skrajnie prawicowe struktury i krzewić przy ich pomocy najskrajniejsze prawicowe postawy. Właśnie te, które dały kolejny pokaz „patriotyzmu” 11 listopada tego roku.

Członkowie MW od kilkunastu tygodni opowiadają w swoim środowisku, że chodzi o zagospodarowanie niezorganizowanej do tej pory rzeszy zwolenników środowisk nacjonalistycznych i skrajnie prawicowych. Nowy ruch miałby dotrzeć i zaanimować skrajnie prawicowe środowiska we wszystkich zakątkach kraju. Liderzy MW debatowali ostatnio głośno na temat idei stworzenia gęstej sieci struktur powiatowych tego ruchu. Wszystko po to, aby na mapie Polski nie było już miejsc, w których mniejszości narodowe, seksualne czy kulturowe mogłyby czuć się swobodnie i bezpiecznie. Ruch miałby pełnić dokładnie tę samą rolę, którą pełni neofaszystowski Jobbik na Węgrzech. Wspólny wyjazd członków ONR i Młodzieży Wszechpolskiej na neofaszystowskie zgromadzenie na Węgrzech latem tego roku służył zbieraniu doświadczeń. Obecność węgierskich neofaszystów z organizacji Jobbik na tegorocznym „Marszu Niepodległości” w W-wie jest potwierdzeniem kierunku.

Z placu Konstytucji prostą drogą do parlamentu

Dyskusje o nowym tworze trwają na skrajnej prawicy już od dawna. Jego schemat powstał jakiś czas temu. Strona internetowa jest właściwie gotowa.

Samą decyzję o zawiązaniu konkretnego stowarzyszenia podjęto już wiele miesięcy temu na wspólnym zamkniętym zjeździe ONR i Młodzieży Wszechpolskiej we Wrocławiu. Członkowie MW głoszą, że stowarzyszenie ma działać 2 lata jako ruch, a następnie przekształcić się w partię.Ktoś mógłby zapytać czemu nie od razu partia? Pewnie dlatego, że wpychanie w ramy partii rozbuchanej masy, która odnalazła swoje powołanie kilka dni temu na Placu Konstytucji, mogłoby skończyć się awanturą w szeregach skrajnej prawicy. „Kibole” jako pierwsi dostaliby szału, być może większego niż pod pomnikiem Dmowskiego (plac na Rozdrożu). Głodni władzy członkowie MW zdając sobie z tego sprawę stwierdzili, że dopną swego w czterech taktach. Tak więc najpierw z jawnie faszyzującego, corocznego 11-listopadowego marszu zrobiono „Marsz Niepodległości” (jesień 2010). Następnym krokiem jest rejestracja Stowarzyszenia „Marsz Niepodległości” (do końca nie wiadomo, czy się do tej pory udało). Wreszcie stowarzyszenie to ma przekształcić się w stowarzyszenie „Ruch Narodowy”. Stowarzyszenie „RN” ma mieć na tyle elastyczną formułę ideową, aby zgromadzić wokół siebie całą skrajną prawicę i okolice. Taki twór ma stać się faktycznym ruchem, by wreszcie przekształcić się w partię polityczną. Jej celem byłoby wejście do parlamentu. Według pewnego działacza MW, na wszystko dano sobie od 12 do 24 miesięcy – ważne, aby zdążyć ze wszystkim przed kolejnymi wyborami (2014). To logiczne. Nowy faszyzujący twór o nazwie „Ruch Narodowy” przekształci się w partię zapewne dokładnie wtedy, gdy właśnie dojrzeje do wyborów. Tempo ładowania się skrajnej prawicy do parlamentu jest więc istnie węgierskie, jeśli nawet nie bawarskie. Prosto z „rozpierduchy pod pomnikiem Dmowskiego” na pełnym gazie do sejmu. Oto jak Młodzież Wszechpolska, która miała już swoje 5 minut w parlamencie jako młodzieżówka LPR, zamierza do niego powrócić zainspirowana drogą jaką przyjęła skrajna prawica na Węgrzech.

Oto w jaki sposób również ONR oraz ich przyjaciele od Autonomicznych Nacjonalistów, przez „White Legion” po „Blood&Honour”, którzy będą się mogli swobodnie czuć w elastycznej strukturze „RN”, zamierzają wkroczyć po raz pierwszy do polskiego parlamentu. Oto jak ludzie z ONR, obecni skini i „bohaterzy z placu Konstytucji”, chcą mieć wpływ na losy tego kraju.

Pod czyim przywództwem?

Jeżeli chodzi o podział władzy w „Ruchu Narodowym” to, jak słychać z obu środowisk, ma to być „sprawiedliwy układ” pomiędzy ONR i MW. W zarządzie zasiąść ma po tyle samo osób z obu organizacji. Pozostałymi kluczowymi stanowiskami ONR i MW również podzielą się pół na pół. Tyle tylko, że nie od dziś wiadomo, że ONR tworzą raczej chłopcy od bicia „wrogów narodu”, a MW produkuje raczej kadry gotowe do przejmowania władzy (skąd my znamy te struktury od przejmowania ulic i przejmowania władzy równolegle…). Wystarczy spojrzeć na same twarze i przeszłość obecnych władz obu organizacji. Liderzy MW, Winnicki i Tumanowicz, jeżdzą po Europie i spotykają się z przywódcami skrajnej prawicy, m.in. na Węgrzech oraz brylują we wszystkich stacjach telewizyjnych wypowiadając słowo „lewacki” we wszystkich liczbach i przypadkach. Natomiast rzecznikiem prasowym ONR (i wschodzącą gwiazdą organizacji) jest były skinhead, bramkarz z dyskoteki i instruktor z siłowni, niejaki Marian Kowalski z ONR-Lublin, zamieszany w sprawy sądowe związane z szerzeniem antysemityzmu. Czy w takich okolicznościach „sprawiedliwy podział władzy” pomiędzy obiema organizacjami jest w ogóle możliwy? ONR zdaje się w to wierzyć. Członkowie MW twierdzą, że wyjdzie dopiero w praniu kto tak naprawdę jest zdolny do zarządzania tak dalekosiężnym przedsięwzięciem.

„Ruch Narodowy” ma za zadanie zgromadzić całą formalnie niezorganizowaną skrajną prawicę (grupy, projekty, środowiska, bojówki), a także wchłonąć wszystkie organizacje skrajnie prawicowe w kraju. Tylko czy zgodzi się na to Narodowe Odrodzenie Polski (NOP), które ma równoległe do ONR i MW aspiracje do przewodzenia skrajnej prawicy w Polsce? Członkowie MW twierdzą, że NOP jest w kryzysie i niedługo po powstaniu „RN”, albo będzie zmuszony się przyłączyć, albo kompletnie zniknie z mapy skrajnej prawicy w kraju. Nie wiadomo do końca jak zapatruje się na to sam ONR, ale wiadomo, że unia z MW oznacza zostawienie NOP z tyłu i odcięcie w ten sposób konkurentom tlenu. Może faktycznie NOP nie będzie miał wyjścia i dołączy do nowej inicjatywy, ale biorąc pod uwagę fakt, że podział władzy jest już ustalony, będzie się musiał podporządkować odwiecznej konkurencji. Niezbyt interesująca perspektywa dla struktury mającej zdecydowanie największe międzynarodowe poparcie spośród całej skrajnej prawicy w kraju.

Kto w to wejdzie?

Członkowie MW twierdzą, że zgarną do „RN” m.in. wszelkich monarchistów, nowe środowisko Giertycha oraz resztki LPR. Dla tych ostatnich to idealny sposób na reinkarnację. Kolejnym motorkiem napędowym „RN” będą zapewne „Solidarni 2010”. Dla ONR jest to zbyt kontrowersyjne, mało radykalne i zbyt oszołomiarsko-klerykalne towarzystwo, ale wizja rośnięcia w siłę i nadchodzących dni władzy może okazać się silniejsza od zdrowego, faszyzującego rozsądku. Tym bardziej, że podpisany „sprawiedliwy układ władzy” w przyszłym „RN” gwarantuje przywództwo nad tymi wszystkimi prawicowymi elementami. O ile MW ich nie wykiwa ze „sprawiedliwego podziału władzy” używając swoich wygadanych głów. Gdyby nie odraza do faszyzmu to należałoby właściwie martwić się o los ONR w tym całym tworze.

Oczywiście do „RN” przystąpi zapewne i Korwin-Mikke, który wzywa do bicia lewaków bardziej dobitnie niż sam RedWatch. Z drugiej strony ciążko jest sobie wyobrazić fakt podporządkowania się Korwina liderom ONR. Nie tyle ze względów ideowych, ile fetyszu władzy jakim człowiek ten emanuje.

Jedno jest pewne: w nowo powstałym „Ruchu Narodowym” jego zarząd będzie musiał trzymać całe to towarzystwo krótko za ryj. Inaczej się wszystko rozleci w drobny mak. Tyle tylko, że każda faszyzująca organizacja tak właśnie działa: terror na zewnątrz i terror do wewnątrz. Dlatego, mimo wszelkich paradoksów, twórcy „RN” optymistycznie patrzą w przyszłość. Ciekawym pytaniem jest jednak to, kto zostanie polskim Fuhrerem: prezes Winnicki (MW) czy jednak były skinhead i bramkarz z dyskoteki Marian Kowalski (wschodząca gwiazda i rzecznik ONR).

Jak połączyć i wykorzystać do tego samego celu potencjał kibiców i Jarka Kaczyńskiego?

„RN” ma zagospodarować na stałe i wykorzystać wybuchowy potencjał kibiców. Problem w tym, że władze MW z Winnickim na czele oficjalnie się od „kiboli” odcięły bezpośrednio po 11-listopadowych zadymach. Teraz jest problem. Trzeba ich jakoś za to przeprosić, bo przecież potrzebni są na listach „Ruchu Narodowego”, gdyż najbardziej liczą się liczby („11 tysięcy na 11 listopada”). Potrzebni są też na następnych akcjach MW i ONR, aby latali za antifą, bo sami faszyści (ci w glanach i ci w garniturach) mają jednak troche pietra. I słusznie. Członkowie MW liczą, że przeprosiny/podziekowania dla kibiców wyjdą ze strony ONR i w ten sposób mimo jawnego odcięcia się od nich samej MW, pozostaną oni dalej do dyspozycji tych dwóch faszyzujących ugrupowań.

Tak właśnie liderzy MW i ONR, mimo że kadry obu organizacji nie bardzo za sobą przepadają, wspierają się nawzajem w ciężkich momentach. Jedni się od kibiców odetną, drudzy ich przeproszą i na przekór wszelkim paradoksom, towarzystwo trzyma się dalej razem. Pozostaje pytanie jak długo będą to tolerowali sami kibice. MW i ONR już teraz współpracują z policją co jest dla większości kibiców problematyczne. Stanie się jeszcze bardziej, gdy „Ruch Narodowy” przekształci się w partię. Chyba, że faszyzująca partia będzie reprezentacją „kiboli” w parlamencie. Tyle tylko, że ta reprezentacja już istnieje, a jest nią sam PiS.

Tu właśnie pojawia się pytanie czy w proces tworzenia projektu polskiej partii faszystowskiej włączy się też prawe skrzydło PiS. Sądząc po wypowiedziach niektórych posłów dotyczących wydarzeń 11 listopada, nie jest to wykluczone! Podobno MW prowadziła na ten temat rozmowy z kimś z „Ziobrystów”, co jest już znamienne, niezależnie od ostatecznego efektu tych rozmów. Narzuca się też pytanie o to, jak blisko skrajnej prawicy znajduje się obecnie sam Jarosław Kaczyński. To zastanawiające dlaczego, mimo jego wypowiedzi dotyczących ataków na Podlasiu („To prowokacja”), sympatii do autorytarnego Budapesztu, oraz antyniemieckich i antyrosyjskich fobii, taki Marian Kowalski (rzecznik z siłowni ONR) wciąż uważa go za zbyt umiarkowaną prawicę. Świadczy to chyba tylko o tym jak daleko na prawo sam ONR się znajduje.

Na dziś dzień wydaje się całkiem prawdopodobne, że Jarosław Kaczyński, który przekroczył już chyba wszelkie granice dobrego smaku, mógłby zostać honorowym członkiem nowego faszyzującego ruchu. Do MW nikt go nie przyjmie ze względu na wiek. ONR go nie przygarnie, gdyż jego stosunek do „kiboli” jest zmienny w zależności od tego na ile ich w danym momencie potrzebuje.

Jednak twór o tak abstrakcyjnej nazwie jak „Ruch Narodowy”, a więc skrajna prawica ukryta pod kolejną warstwą pudru, może się okazać idealnym ogniwem łączącym poglądy Jarosława i ONRowców. I właśnie po to ten twór powstaje. Aby każdy Kowalski (nie tylko Marian) i każdy Kaczyński (nie tylko Jarosław) oraz wszyscy inni „urodzeni 11 listopada 2011 pomiędzy Placem Konstytucji a placem na Rozdrożu”, mogli wejść w ten nowy twór o nazwie „Ruch Narodowy” jak w masło.

Czy mamy jeszcze przyszłość?

Cała idea stowarzyszenia, ruchu i partii „RN”, której materializacji świadkami staniemy się lada dzień, jest dowodem na to, że skrajna prawica w Polsce nie odwołuje się już tylko do przeszłości. Nie odwołuje się już tylko do czasów, gdy wolno było gonić ulicami za Żydami i nie jest zainteresowana jedynie sianiem w miastach terroru jak podczas swoistego „najazdu na Warszawę”, ale coraz śmielej spogląda w przyszłość. Oznacza to m.in. nawarstwianie się takich wydarzeń z jakim mieliśmy do czynienia 11 listopada 2011 w Warszawie, oraz nasilanie się zdecentralizowanych aktów prawicowego terroru, takich jak te na Podlasiu.

Tylko, że przyszłość skrajnej prawicy wyklucza przyszłość wielu innych. I to przede wszystkim dlatego twór o nazwie „Ruch Narodowy” jest zagrożeniem dla nas wszystkich!

ONR 2011. Ofensywa trwa! Od pudrowania do upupienia!

14 lis

W październiku popełniłam felieton, w którym opisałam obecne zabiegi skrajnej prawicy w Polsce jako „pudrowanie się”. Ten tekst odnosił się przede wszystkim do ONR, gdyż faszyści w garniturach (Młodzież Wszechpolska) jest upudrowana niejako programowo, zaś pozostali gracze skrajnej prawicy w kraju – NOP, Falanga, środowiska NS czy Autonomiczni Nacjonaliści AN – albo już dawno wypieli się na ONR, albo wzięli do ręki inne narzędzia niż puderniczkę.

Termin „pudrowanie” niesie w sobie pewną relatywizację w odniesieniu do posunieć organizacji, która historycznie i programowo jest ugrupowaniem tendencyjnie zbrodniczym, aczkolwiek pewną polityczno-antropologiczną ciekawostką stało się iż chłopcy, którzy tak szczerze nienawidzą gejów poświęcają więcej czasu makijażowi niż większość rodzimych Dragqueens.

W każdym razie charakterystyka ta została podchwycona przez innych oserwatorów skrajnej prawicy w kraju, także przez media i zaakceptowana w ramach czegoś co nazwę na wyrost „społeczną analizą zachowań skrajnej prawicy w Polsce”. Sam termin „pudrować się” używany jest obecnie już nawet przez samych nacjonalistów i (krypto)faszystów w ich własnej retoryce obronnej (na którymś z dostępnych ogólnie forów nacjonalistów pojawiła się ostatnio krytyczna wypowiedź „Starczy już tego pudrowania!”)

Samo nazwanie pewnej praktyki skrajnej prawicy „pudrowaniem własnego wizerunku” na potrzeby propagandowego wydarzenia jakim był „Marsz (Spustoszenia i Terroru w dzień) Niepodległości” to jednak dopiero wstęp do dalszych refleksji wokół tego zjawiska.

Nazwijmy raz jeszcze różne przejawy onr-owskiej pudrowanki. Do roku 2009, (krypto)faszystowski ONR nie wstydził się ani centymetra swojego brunatnego ciałka. Poczynając od haseł wznoszonych na wystąpieniach („Polska tylko dla Polaków”, „Znajdzie się kij na żydowski ryj”, „Polska cała tylko biała”, i wielu innych utrzymanych w tej tonacji), poprzez ultra-ksenofobiczne hasła na transparentach, wzory na koszulkach i naszywkach noszonych na kurtkach, skinheadowski styl ubierania się, agresywne teksty na stronach internetowych, hajlowanie w każdym niemal momencie „narodowego uniesienia” i wiele innych mniej zauważalnych praktyk.

Od roku 2009 wszystkie te szczere przejawy myśli i woli onr-owskiej zaczęły się po kolei chować. Dlaczego? I dlaczego właśnie akurat w tym okresie?

Otóż rok 2009 jest rokiem silnego wzrostu aktywności ruchu antyfaszystowskiego w Polsce. Ówczesna analiza działań skrajnej prawicy prowadzi m.in. do dostrzeżenia coraz bardziej natrętnego przenikania skrajnej prawicy do przestrzeni publicznej. Jako jedna z metod tego przenikania zdiagnozowana zostaje strategia organizowanych przez ONR przemarszy. Natychmiastową reakcją antyfaszystów jest publiczne zdemaskowanie owej strategii oraz przystąpienie do ofensywnego blokowanie samych marszy.

W latach 2009-2011 dochodzi do wielu blokad lub ich prób: w Warszawie, Lublinie, Wrocławiu, Łodzi czy Poznaniu. Jedne są bardziej skuteczne inne mniej. Jeszcze inne niewypalają kompletnie. Dwie z warszawskich blokad wypchnęły marsze z centrum miasta, kilka innych doprowadziło do zakócenia ich przebiegu. Jednak niezależnie od skuteczności każdej blokady z osobna zwróciły one uwagę społeczeństwa na problem maszerujących nacjonalistów i (krypto)faszystów.

Zarówno media jak i najróżniejsi komentatorzy społeczni zaczęli baczniej przyglądać się temu zjawisku. Z miesiąca na miesiąc narastała krytyka, wzmagając się dodatkowo w trakcie trwania antyfaszystowskich kampanii przed blokadami. Każde hajlowanie jest odnotowywane w mediach i ostro krytykowane. Każdy rasistowski okrzyk publicznie napiętnowany. Niejeden antysemicki transparent odebrany przez antyfaszystów i wyrzucony do śmietnika. Niejedna faszystowska koszulka opluta, a jej dumny „nosiciel” publicznie skonfrontowany z reakcją na nienawiść i przemoc, którą szerzy.

ONR ląduje pod presją. Ciężkim stało się robienie wszystkiego tego co wcześniej wykonywano tak dumnie, szczerze, naturalnie i prowokacyjnie. Przywódcy ONR nie mają wyjścia. Presja społeczna wywołana działaniami antyfaszystów stała się na tyle nieprzyjemna, że zaczęło się strofowanie własnych szeregów.
Od 2009 roku padają kolejne odgórne tyktyczne dyrektywy, do których doły muszą się dostosować. Nie można już sobie hajlować na lewo i prawo. Nie w trakcie marszy, nie pod pomnikiem Dmowskiego, nie na widok kogoś o innym kolorze skóry. W domu, w lesie, na obozach integracyjnych czy zamkniętych imprezach jak najbardziej, ile wlezie. Ale już nie publicznie, a już na pewno nie w koszulce ONR. Nie wolno już krzyczeć na marszach o żydach, gazie, o tym co zrobił Hitler i co należałoby zrobić i tutaj, o Polsce całej i białej, etc. Zaczyna się kontrola symboli, transparentów, flag i naszywek na ubraniach. Onr-owcy zaczynają się sami na wzajem strofować negując kolejno swoje niedawne praktyki. Zapinane są kurtki tych, którzy mają na sobie koszulki Ku-Klux-Klan, Blood&Honour i temu podobne. Wszystko jest to ok, ale już nie publicznie. To wstyd, obciach i przede wszystkim zagrożenie dla organizacji, gdyby ktoś to zobaczył/usłyszał.

Nie wolno już też wypisawać niektórych rzeczy na forach internetowych. A jeśli się komuś wymsknie, a dzieje się tak co i raz, ma zostać natychmiast zdjęte przez administratora forum. Byle tylko nikt tego nie odnotował. Anitfa jest przecież czujna. Od teraz należy wyglądać na przyzwoitych patriotów. W ten sposób łatwiej będzie odpierać słuszne skojarzenia z faszyzmem.

ONR musi jakoś przetrzymać ciężki okres dla (krypto)faszystów. Ustalona zostaje linia propagandowa, której wszyscy członkowie ONR-u mają się wykuć na pamięć i bezwzględnie trzymać. Wodzowie ONR-u nakazują powtarzania jak mantry kilku, spreparowanych w celach propagandowych, sloganów:

- „jesteśmy narodowymi radykałami a nie faszystami” (choć różnica jest niesłychanie mglista i adekwatna do tego jak kto interpretuje hajlowanie, czy jako serdeczne narodowe pozdrowienie czy gest wpisany w tradycje faszyzmu i europejskiej skrajnej prawicy);

- „faszyzm to doktryna lewicowa, a my jesteśmy prawicowcami, więc nie możemy być faszystami” (zabieg w iście onr-owskim stylu, tak kreatywny jak absurdalny, budzący politowanie u historyków i politologów);

- „nazywanie nas faszystami to wymysł samego Stalina” (nikt ze współczesnych antyfaszystów odnajdujących w polskiej skrajnej prawicy faszyzujące tendencje, nawet nie słyszał o słynnej stalinowskiej dyrektywie, a faszystowskie korzenie ONR są do wyczytania w ich własnych tekstach historycznych, nie mówiąc już o wielu współczesnych praktykach i udokumentowanych doświadczeniach);

- „Polak nie może być faszystą, bo 70 lat temu padliśmy ofiarą hitlerowców” (a swastyki na pomniku w Jedwabnem namalowali zapewne „niemieccy antyfaszyści”…).

Nawet tak umiłowane przez onr-owców krzyże celtyckie (symbol białych rasistów) zaczęły znikać z ich marszy (co być może zmieni się ponownie po tym jak NOP „zalegalizował” sobie ten symbol i zechce dzielić się nim z ONR-em, co nie jest wcale tak pewne jakby się mogło wydawać…).

Same marsze, które jeszcze niedawno były klarowną wizytówką organizacji, pod naciskiem śliskich wspólników z Młodzieży Wszechpolskiej nazwano „niepodległościowymi” i wycofano z nich oficjalnie wszystko co było w miarę radykalne. I tak onr-owcy zniknęli w tłumie krzyżowców, słuchaczy Radia Maryja, nastawionej na awanturę stadionowej młodzieży, wyznawców „Smoleńska” i elektoratu PiS. Zresztą pierwsze oznaki zadeptania onr-owca w tłumie miały miejsce już rok wcześniej, ale uwiecznili się jeszcze na kilku pamiątkowych zdjęciach. Podczas ostatniego tzw. „Marszu Niepodległości” nikt już chyba nie zauważył, że było na nim też 150 chłopców z ONR.

Wszystkie naturalne odruchy, zachowania, stroje, hasła i formy wyrazu zostały więc onr-owcom odebrane. Cała organizacja upupiona. Dokonali tego sami jej przwódcy. Jednak nie bójmy się powiedzieć, że cały proces upupienia organizacji należy zapisać na konto tak kochanej przez „narodowców” antify. Jeżeli dziś coraz ciężej jest odróżnić onr-owca od zwolennika Kowina Mikkego czy LPR-owca to jest to zasługa antyfaszystów i wymuszonej ich działaniami społecznej presji i wreszcie auto-pudracji ;-) narzuconej przez przywódców ruchu.

Oczywiście cały ten proces od stygmatyzacji przez pudrowanie po upupienie, musi wzbudzać w szeregach ONR-u niepokój i frustrację. Prawdopodobnie niejeden „prawdziwy” onr-owiec popadł już w polityczną schizofrenię odnajdując się nagle jako członek młodzieżówki Jarka Kaczyńskiego, opuścił szeregi organizacji, zastanawia się nad przejściem do nieco bardziej konsekwentnego i ideowo pokrewnego NOP, bądź po prostu odkrył swoją naiwność, sposób w jakim manipulują nim liderzy ruchu, wkurwił się i zajął zupełnie czymś innym. Na przykład współpracą z antifą…

Przed ruchem antyfaszystowskim w tym kraju jest jeszcze dużo pracy. Ale niewątpliwie cieszyć powinien jego skuteczny powrót na społeczną arenę w momencie, gdy Kaczyński i Winnicki na zmianę majaczą coś o „węgierskim modelu państwa”. ONR był i jest zbiorem zer. Ostatnie dwa lata pokazały, że antifa jest w stanie skutecznie skracać prawe ramie. To od tych pięciu rzymskich piw ;-)

Poziom intelektualny ruchu narodowo-radykalnego rośnie!

25 paź

Mam na to niezbite dowody! Oto krótki przegląd komentarzy nadesłanych w ostatnim okresie przez członków ruchu narodowo-radykalnego na mój blog. Są one tak słodkie i tak wymowne, że nie mogłam się oprzeć, aby się z wami nimi nie podzielić. To oczywiście tylko mały wycinek kompleksowej „korespondencji”. Powinien jednak starczyć, aby rozpoznać zdycydowany rozwój myśli narodowo-radykalnej w naszym kraju.

Jako, że nie miałam do tej pory czasu odnieść się do przytoczonych poniżej komentarzy, czynię to teraz jednym ciągiem…

Komantarz 1: „Ty homonazistko!”

Odpowiadam: „Co misiaczku?”

Komantarz 2: „Leczyć się lewackie bydło!”

Odpowiadam: To jak w końcu: mydło czy bydło?

Komantarz 3: „Wypierdalać brudaski, przejedziemy po was jak walec po maśle”

Odpowiadam: Walcem po maśle? Nie za dużo w tym radyklano-narodowego heroizmu?

Komantarz 4: „Wiem, że chciałabyś żeby cię Puhakka wytarmosił, ale jesteś taka brzydka, że nawet les-koleżanki ciebie nie chcą”

Odpowiadam: Po pierwsze, Puhakka niech tarmosi swojego małego Adolfa. Po drugie, moje les-koleżanki lecą na mnie na maxa, więc pudło. Po trzecie, skąd mogłeś wiedzieć czy jestem brzydka czy nie, skoro ostatnim razem, gdy ci skopałyśmy (z moimi les-koleżankami) tyłek, miałyśmy hustki na twarzy, naziolku?”

Komantarz 5: „Tak w ogóle to jak spędzasz czas wolny?”

Odpowiadam: Patrz odpowiedź powyżej.

Lukrecja Sugar

Nie Warszawa…

23 paź

Zastanawiałam się ostatnio co nas czeka, gdyby marsz “narodowych bohaterów” ruszył przez miasto.

Nie ma wątpliwości, że będzie ich ponownie wielu i jeszcze więcej piany na ustach. Piana była zawsze, ale będzie jej jeszcze więcej po zeszłorocznym, wymuszonym blokadami, zwiedzaniu nadwiślańskiej skarpy. A skoro będzie i piana i masa, w co może się to przerodzić? Zwłaszcza z perspektywy zbiórki w takim miejscu jak plac Konstytucji?

Nie wiem jak wy, ale ja czuję dosyć wyraźnie, że skrajnie prawicowej, agresywnie homofobicznej i rasistowskiej tłuszczy, śni się przemarsz w stronę centrum naszego miasta. Być może ulicą Marszałkowską? Być może Poznańską? Być może Alejami Jerozolimskimi? Być może zechcą wejść na Nowy świat? Dojść na Krakowskie Przedmieście? A może dotrzeć aż na Muranów, byłą dzielnicę żydowską?

Wielkie stado szowinistcznych faszyzujących typów, sunących centrum Warszawy? Nie, do tego nie wolno dopuścić! I już nie chodzi tylko o to o czym pisze Porozumienie 11.11, czyli o zawłaszczenie przestrzeni publicznej do propagowania autorytarnych, ksenofobicznych i rasistowskich treści. Tu chodzi o bezpieczeństwo kilkudziesięciu miejsc, które czynią obecną multikulturową i wolnościową Warszawę tak odmienną od koszmaru konserwatywnej monokultury, którą chcieliby siłą narzucić nam “prawdziwi polacy”.

Mam na myśli znajdujące się w centrum miasta alternatywne kawiarnie, bary i kluby gejowskie, miejsca spotkań imigrantów, puby afrykańskie, wolnościowe centra społeczne, siedziby progresywnych organizacji i lewicowych projektów, etc. Czy na pomniku bohaterów getta pojawią się swastyki? Czy na drzwiach afrykańskich barów namalowane zostaną krzyże celtyckie? Czy z ambasady Litwy zdjęte zostaną tabliczki? Czy pęknie szyba w gejowskim barze?

Centrum Warszawy jest pełne potencjalnych celów dla faszyzującego czy jak kto woli, nacjonalistycznego mobu. Rok w rok 11.11 dochodzi w Warszawie do ataków na tle rasistowskim czy ksenofobicznym. Tak na ludzi jak na objekty. Bo kiedy już skrajnie prawicowy mob rusza, to wolne miasto znajduje się w niebezpieczeństwie. Taka jest prawda.

To dlatego byłoby fatalnie, gdyby taki marsz ruszył. I szczerze powiem, nie sądzę że ruszy. Bo dzisiejsza Warszawa to nie dzisiejszy Białystok (który zawsze lubiłam i nie mogę zrozumieć co się w tym mieście dzieje!). Byłam w ten weekend w kilku klubach i muszę przyznać, że jestem z mojego miasta dumna. Przynajmniej pod tym względem. Warszawa już dziś tętni gotowością odparcia najazdu faszyzujących zasrańców. I wierzę, że nie odda ulic ksenofobicznym hordom, nie pozwoli im maszerować i szerzyć rasowej, narodowej czy jakąkolwiek innej nienawiści. Nie Warszawa! Wybaczcie mi ten lokalny patriotyzm, ale musze to napisać: Warszawa nie da się zastraszyć!

Lukrecja Sugar

Cyrk w mieście

22 paź

Szczerze wam powiem, spodziewam się cyrku w mieście. Patrząc na zdeterminowanie z jakim skrajna prawica stara się ukryć na ten jeden jedyny dzień swoje prawdziwe oblicze gotowa jestem sobie wyobrazić, że stać ich na osiągnięcie szczytów hipokryzji i absurdu. Po zmianie nazwy marszu, utworzeniu plastikowego stowarzyszenia, staraniach, aby ilość rasistowskich i faszystowskich okrzyków była stosunkowo niska w porównaniu z tymi „radykalnie-umiarkowanymi” czy zakazaniu jawnie faszystowskich symboli i zezwoleniu jedynie na rasistowskie (m.in. krzyże celtyckie) i faszyzujące (m.in. znaki falangi) napewno coś jeszcze w najbliższych tygodniach wymyślą. Zastanawiam się właśnie co?

Być może śladem skrajnej prawicy w niektórych europejskich krajach pokażą się 11.11.11 na ulicach z hasłem „to my jesteśmy antyfaszystami” (sic!!!) i z przekreślonymi swastykami. Po tym jak starają się wmówić wszem i wobec, że ich hajlowanie to tylko pozdrawianie na sposób rzymski (sic!) przekreślenie swastyk i opowiadanie, że ich dziadkowie walczyli z Hitlerem, jako dowód na to ich idee i czyny nie mają z faszyzmem nic wspólnego, leży jak na dłoni.

Większość z naszych dziadków walczyła z Hitlerem. Ale i większość z nas wyciągnęła z historii jakąś naukę. Oni najwyraźniej żadnej. A nauka jest przecież prosta: nacjonalizm, narodowy radykalizm, patriotyczny szowinizm i wszelkie odmiany faszyzmu nie mogą na nowo zdominować życia publicznego! W żadnym kraju i pod żadną flagą. Punkt.

Z przekreśloną swastyką na transparencie i faszystowskimi/rasistowskimi hasłami na koszulkach – tak spodziewam się ujrzeć faszyzujących błaznów za trzy tygodnie. Cyrk przyjeżdża do miasta. Wstęp wolny więc przybywajcie na występy masowo. Zajmujcie miejsca w pierwszych rzędach!

Lukrecja Sugar

Marsz Niepodległości: anarchia i chaos?

20 paź

No prosze. Tegoroczny najazd skrajnie prawicowego mobu na stolicę zaczyna nabierać powoli kształtu. Jest to forma tradycyjnie bardzo toporna i kanciasta, nie mająca w sobie za nic uroku czy subtelności, ale tego też chyba nikt się nie spodziewał. Wiadomo już, że mimo całego makijażu z nazwą „Marsz Niepodległości” i powołaniem sztucznego tworu o nazwie „Stowarzyszenie Marszu Niepodległości”, organizatorami, strategami i przywódcami całego przedsięwzięcia są nasi „rzymscy salutownicy” z ONR i Młodzieży Wszechpolskiej.

Gdzieś w przerwie pomiędzy szlifowaniem marszowego szyku, a głowieniem się nad tym jak dogadać się z policją, aby nie odstraszyć tym kibiców, którzy powinni robić ONR-owi i MW za tłum, raczyli wreszcie powiadomić o miejscu i porze swojej zbiórki. I tak, w tym roku padło na Plac Konstytucji. Godzina 15.

Oczywiście każdy kto śledził specyfikę tych przemarszy w ostatnich latach, wie doskonale, że chłopcy z ONR/MW będą jeszcze długo debatowali z komendą stołecznej policji nad tym czy ewentualnie tego miejsca nie zmienić. Ale póki co, padło na plac Konstytucji.

Przy okazji opublicznienia tej informacji miało miejsce coś bardzo ciekawego. Wielu osobom mogło umknąć uwadze, ale nie takiej nałogowej internautce jak ja. Otóż informacja o miejscu zbiórki naszych (krypto)faszystów ukazała się jakieś 5 dni wcześniej na stronie antyfaszystowskiego Porozumienia 11.11. Tak, tak! Mało tego, w warszawskich klubach, barach i kawiarniach, w których od dobrych kilku tygodni aż tętni od rozmów o nadchodzącym najeździe skrajnie prawicowego ciemnogrodu na stolicę, hasło „Plac Konstytucji” chodziło od stolika do stolika i zrobiło naprawdę sporą karierę. Dopiero po kilku dniach ogłosili ją sami chłopcy z ONR.

Oczywiście całe miasto zastanawiało się nad tym, o co chodzi: środowiska antyfaszystowskie ogłaszają miejsce zbiórki nacjonalistów i faszystów?! W między czasie wygląda na to, że utarła się już następująca interpretacja: sztab generalny MN, czyli fuhrerzy ONR i Młodzieży Wszechpolskiej, tak długo kisili w tajemnicy przed swoimi brygadami to, na którym z warszawskich placów zamierzają się objawić, że któryś z naczelnych pękł i fama poszła w miasto. Wyszła z tego całkiem niezła szopka: najpierw przywódcy MW/ONR powiadomili policję, potem dowiedziała się o tym cała antyfaszystowska Warszawa, następnie całe miasto rozmawiało o „placu Konstytucji” i dopiero na samym końcu informację tę otrzymały krótko-włosiste szwadrony och!-ach!-bohaterów-i-patriotów…

Teraz już nikt nie może powiedzieć, że nie wiedział! ;))))

Ktoś ostatnio zastanawiał się nad tym jak poczuli się zapraszani przez ONR kibole, dowiadując się, że faszyści którzy nakręcają całe przedsięwzięcie pertraktują za ich plecami z policją i w ogóle nie mają do nich zaufania trzymając przed nimi w tajemnicy informacje. Tyle, że to już nie mój problem, ile koalicji MW/ONR/komenda-stołeczna-policji i zaproszonych na marsz kibiców.

Co mnie osobiście intryguje, to fakt, co tam się do cholery dzieje w strukturach tych zdyscyplinowanych, umundurowanych, zwartych i gotowych do oczyszczania kraju z „niepolskiego elementu” organizacji? Anarchia i chaos?!

Lukrecja Sugar

Marsz bohaterów?

13 paź

Rety, rety, ale się w tych dniach dzieje. Przed wyjściem do pracy wrzuciłam na bloga swój ostatni felieton, wracam 10 godzin później, zaglądam w internet, a tu już organizatorzy Marszu “Doległości” zdążyli ruszyć ze swoją ognistą propagandą. Pierwszy plakat nie jest wprawdzie jeszcze tak dobry jak mógłby być, nie ma na nim ani Korwina Mikke ani Romana Dmowskiego, ani Andersa Breivika czy Rudolfa Hessa, postaci do których wzdychają różne frakcje obecne na 11-listopadowych przemarszach, ba, nie ma nawet kogoś z nabojki Jezioraka Iława, która organizuje w tym roku autokar pełen “niepodległościowych patriotów”… ale najważniejsze, że wreszcie jest! Wierzcie mi albo i nie, ale już się niepokoiłam, że chłopcy sobie graficznie nie poradzą. A jednak dali radę. Zuchy!

Lukrecja Sugar

Nie doceniamy Młodzieży Wszechpolskiej!

12 paź

Wszyscy się czepiają biednego ONR-u. Ja również, bo jest o co. Od kiedy NOP stać już tylko na kompromitowanie kibiców Sląska i Sparty Wrocław poprzez ciąganie ich za sobą na coraz bardziej debilne akcje, ONR jest najaktywniejszą strukturą na polskiej scenie (krypto)faszystowskiej. Ale skupiając się na tej formacji zdecydowanie zaniedbujemy inne rodzime ugrupowania tego charakteru, m.in. te uczestniczące i organizujące Marsz “Niepodleglosci”. A przez to, pozostają one, niesłusznie, coraz bardziej w cieniu. Zdecydowanie niedocenione. A przecież też mają się czym pochwalić. To niesprawiedliwe – pora to nadrobić.

Ot, na przykład taka Młodzież Wszechpolska. Znana i lubiana z wielu działań z przed kilku lat, spędziła w bardzo interesujący sposób te lato. Całe przywództwo tej organizacji, a w nim takie tuby jak Robert Winnicki czy Witek Tumanowicz, pojechało sobie tego sierpnia na arcyciekawy zlot/festiwal na Węgry.

Węgry to intrygujący kraj, co przypomniał wszystkim ostatnio Jarek Kaczyński proponując, aby zrezygnować z Warszawy na rzecz Budapesztu. Nie wszystkim się ten pomysł spodobał, ale uradował z całą pewnością chłopców z MW.

No właśnie, co prezes Robert Winnicki, jego prawa ręka Witek Tumanowicz i cała świta robili na Węgrzech? Otóż wybrali się razem z kolegami z ONR i tzw. “sympatykami” (to określenie maskuje zwykle najciekawsze postaci środowisk neofaszystowskich w kraju) na festiwal o nazwie Magyar Sziget. Cóż, lato to sezon na festiwale, a każdy jedzie na ten, na którym mu najbardziej zależy.

Magyar Sziget to nic innego jak międzynarodowy zlot ogranizacji skrajnie prawicowych, faszystowskich i faszyzujących. Oprócz MW, ONR i “sympatyków” (jak ja ich lubie…) oraz oczywiście węgierskich Jobbik’u i młodzieżówki ’64 Komitaty’ (Hatvannégy Vármegye Ifjúsági Mozgalom), w zlocie brały udział także chorwacka Partia Czystych Praw (Hrvatska Cista Stranka Prava), włoska Forza Nuova, francuski HVIM, hiszpańska Democracia Nacional, flandryjski Voorpost oraz niezliczona ilość mniejszych struktur i organizacji faszyzujących i skrajnie prawicowych. W ramach spotkań wiele dyskutowano, zacieśniano więzy, dyskutowano strategie i umacniono się w swoich poglądach. Zapraszano też na marsz do Warszawy 11.11.

Na stoiskach propagandowych festiwalu do znalezienia wszystko w czym lubują się współcześni faszyści: jest Rudolf Hess, jest Ku-klux-Klan, jest Biała Siła, Adolf Hitler, symbolizujące rasizm krzyże celtyckie, jest Skrewdriver (legenda muzycznej sceny faszystowskiej), emblematy SS i wielu innych historycznych i współczesnych, faszystowskich formacji militarnych, etc. Gdzieś wśród tych stoisk rozstawili się też nasi Wszechpolacy, ONR-owcy i ich “sympatycy” (moi ulubieńcy).

Najciekawsze były jednak wieczory, które spędzano na koncertach kolejnych faszystowskich, rasistowskich i ultra-nacjonalistycznych zespołów i wykonawców. Każdy jeden z nich zasługiwałby na wzmiankę, ale trzeba przyznać, że chłopcy z MW mają wysublimowane gusta. Największą miłością zapałali do szwedzkiej wokalistki Sagi. Do tego stopnia, że nie tylko świetnie bawili się na jej koncercie, ale również poprosili ją do wspólnego pozowania do pamiątkowych zdjęć. Rodzinna pamiątka.

Ale kim jest właściwie Saga? Saga to pochodząca ze Szwecji najbardziej obecnie w Europie znana wokalistka odnosząca się wprost do faszyzmu. Saga występuje regularnie na koncertach jawnie faszystowskiego ‘Blood & Honour’, na których zwykle cała publiczność ‘hajluje’ od pierwszej do ostatniej piosenki. Saga udziela wywiadów (wiele z nich do znalezienia na internecie), w których przekonuje dlaczego jest faszystką i zachęca swoich fanów do przyjmowania tej postawy. Wygląda na to, że chlopców z Mlodzieży Wszechpolskiej przekonywać do niczego nie musiała skoro sami wychwalają jej twórczość i proszą o wspólne zdjęcia.

Myślę, że czasem nie doceniamy panów Winnickiego, Tumanowicza i spółki. Tak więc, zwracam niniejszym hołd: Młodzież Wszechpolska dalej w samym sercu europejskiego ruchu faszystowskiego! A może nawet – jeszcze silniej z nim powiązana niż kiedykolwiek wcześniej.

Lukrecja Sugar

Nie bójmy się nazywać rzeczy po imieniu

11 paź

ONR strasznie się ostatnio pudruje. Nim bliżej Marszu “Niepodległości” tym grubsza warstwa pudru. Jak tak dalej pójdzie to niedługo nie będą nic widzieli na oczy i pomaszerują w niewłaściwym kierunku. Pytanie o to czy poza swoją obsesją na “Polskę tylko dla Polaków” cokolwiek kiedykolwiek widzieli, pozostawiam bez komentarza.

Pokusiłam się ostatnio poczytać raz jeszcze ich deklaracje ideowe i programowe, wypowiedzi członków, odniesienia, sprostowania oraz relacje własne z organizowanych przez nich wydarzeń. Muszę przyznać, że się zawiodłam. Nie znalazłam tam niczego o czym nie napisano by już wielokrotnie wcześniej. Puder pudrem a gęba cały czas ta sama…

ONR – Korzenie, inspiracje i współczesna forma

Dzisiejszy ONR to kontynuacja przedwojennego faszystowskiego Obozu Narodowo-Radykalnego Falanga. Od historycznych protoplastów przejął on bezpośrednio nazwę, idee, symbolikę (znak falangi), a nawet umundurowanie. W swoich pierwszych krokach, obecny ONR zajął się testowaniem tego na ile i w jakiej formie idee faszystowskie przyjmą się na współczesnym polskim gruncie. Okazało się, że owszem, mogą się przyjmować jeżeli nieco się je przypudruje. W międzyczasie, ONR zajmuje się już ofensywnym wprowadzaniem w życie konkretnych idei i rozbudowywaniem swoich struktur. Przypudrowany ONR działa, rozwija się i organizuje swoje marsze.

ONR a faszystowskie pozdrowienie czyli tzw. hajlowanie

Zacytujmy samych obecnych działaczy ONR:

„Gest ten wywodzi się ze starożytnego Rzymu, używało go wiele różnych ruchów narodowych, oprócz niemieckich narodowych socjalistów także działacze polskich formacji SN, ONR i RNR, włoscy faszyści, legioniści Michała Archanioła z Rumunii, belgijscy reksiści, a nawet syjoniści”

No właśnie. I to dlatego i ONR używa tego pozdrowienia!

ONR – Hasła regularnie wznoszone na marszach

Słyszeliśmy je już setki razy na ulicach wielu polskich miast, a więc tylko dla formalności:

„Polska tylko dla Polaków” „Żydzi won z polskich stron” „Wielka Polska Katolicka” „Znajdzie się kij na żydowski ryj” „Narodowy, narodowy radykalizm”

… oraz wiele innych, których cytować już chyba nie warto.

ONR – Ramy ideowo-programowe

Wśród tych oficjalnych znajdziemy m.in:

- odrzucenie wszelkich zasad demokracji i zwalczanie idei egalitarnych na rzecz władzy autorytarnej;
- dyskryminowanie homoseksualistów i narzucanie konserwatywnych obyczajów w ramach walki z postępowymi idami społecznymi;
- atakowanie idei praw człowieka i zwalczanie świeckości w ramach chrześciańskiego fundamentalizmu;
- dyskryminowanie wszelkich mniejszości i atakowanie idei multikulturowości w ramach ultra-nacjonalistycznej ksenofobii;
- propagowanie zaostrzania prawa i represyjności państwa w ramach skłonności do państwa totalitarnego;
- propagowanie wprowadzenia kary śmierci i kompletnego zakazu aborcji;
- głoszenie walki z “komunizmem”, pojmowanym de facto jako bolszewizm, służące jako reklamówka, a odbywające się w ramach nienawiści i zwalczania wszelkich idei lewicowych, wolnościowych i społecznie postępowych;

Aby nie było zbyt totalitarnie, ONR mówi okrutnie dużo o patriotyźmie. Jaki patriotyzm mają na myśli, zrozumiemy jak przeczytamy raz jeszcze powyższe zarysy programowe tej formacji.

Co członkowie ONR głoszą nieoficjalnie nie mieści się już w głowie normalnego człowieka i szkoda czasu na cytowanie i analizowanie.

ONR – Działalność uliczna

Opisanie aktów skrajnie prawicowej przymocy, których dokonali historyczni i aktualni członkowie oraz sympatycy ONR wymaga formatu książki nie krótkiego tekstu.

Czy w związku z tym wszystkim co poważej, można mieć jakąkolwiek wątpliwość, że mamy do czynienia ze strukturą faszyzującą czy jeśli ktoś woli, ze względu na obecną strategię ONR, krypto-faszystowską? Z formacją stojącą w centrum skrajnie prawicowego, faszyzującego ruchu w tym kraju? Strukturą, która używa wymiennie symboliki i haseł radykalno-narodowych, ultra-nacjonalistycznych i faszystowskich, w zależności od potrzeb i okoliczności?

Nie bójmy się nazywać rzeczy po imieniu:
ONR TO POLSKA ORGANIZACJA FASZYZUJĄCA niezależnie od kompletnego braku klarownych odniesień co do kwestii gospodarczych czy realnych problemów społeczeństwa.
A więc traktujmy ją tak jak zasługują na to tego typu organizacje.

Lukrecja Sugar

BRYGADA MA OKRES! Wywiad z zeszłorocznym uczestnikiem kontry marszu niepodległości

25 wrz

marsz niepodległości

Ostatnio na stronie Marszu „Niepodległości” pojawił się, nie boję się tego określenia, spektakularny materiał. Organizatorzy marszu, jak twierdzą, nawiązali kontakt meilowy ;-) z niejakim Jackiem, rzekomym uczestnikiem zeszłorocznej blokady Marszu „Niepodległości”. Otóż Jacek doznał w trakcie blokowania olśnienia. W jego skutek zdecydował się przejść na stronę narodowców i faszystów!

Wow! Takiego blefu nie wymyśliły do tej pory ani SuperExpress, ani Fakty. Metodyka (krypto)faszystów zaczyna być coraz bardziej nerwowa i nieprzemyślana. W spazmatyczny sposób wymyślają sposoby na przefarbowanie się z koloru brunatnego na jakikolwiek inny. Szczytem spazmatycznej kreatywności stało się wymyślenie postaci Jacka, przytaczającego w „swoich” wypowiedziach wszystkie argumenty, którymi od miesięcy organizatorzy marszu starają się manipulować na lewo i prawo.

Ale dzięki tej spazmatyczności ich metodyka stała się wreszcie wesoła. Wyssany z palca wywiad z wyimaginowaną postacią jest tak dobry, że od tygodnia nie schodzi z pierwszego miejsca „antyfaszystowskiej listy przebojów najbardziej żenujących skrajnie-prawicowych urojeń”. A warto dodać, że na liście tej, dzień w dzień, pojawiają się hity nie z tej ziemi i nie łatwo trafić nawet do pierwszej setki.

Efektem ubocznym radości jaka zapanowała wszech i wobec po pojawieniu się tego nieudanego paszkwila, było to, że liczba wejść na stronę Marszu „Niepodległości”, na potrzeby której ów wywiad został spreparowany, chwilowo gwałtownie wzrosła. No cóż, każdy chciał to cudo przeczytać.

Ale na tym nie koniec. Jako dociekliwa bloggerka i felietonistka, dotarłam drogą mejlową :-))))) do kolegi pana Jacka i przeprowadziłam z nim rozmowę. Kopię wywiadu przesłałam sztabowi generalnemu Marszu „Niepodległości”. Nie mogąc jednak zawieść stałych czytelników mojego bloga zdecydowałam się na opublikowanie go także tutaj. Zapraszam na przedpremierową prezentację. Po Jacku pora na Janka. Miłej lektury…

xxx

BRYGADA MA OKRES – wywiad z kolejnym człowiekiem, który blokując Marsz Faszystowski został narodowcem

Lukrecja Sugar: Powiedz kilka słów o sobie. Skąd wzięło się w Tobie przekonanie, że ONR i MW są neofaszystowskie? Czy podobnie jak u Jacka, wszystkiemu jest winien nauczyciel WOS-u?

Janek: Nie, moje losy są inne niż Jacka. Na moim osiedlu od lat pojawiały się rasistowskie napisy podpisane tajemniczymi skrótami jak ONR czy NOP. Widziałem setki zdjęć i filmików, na których ludzie z tych organizacji maszerowali umundurowani i w zwartym szyku, wykrzykując hasła dyskryminujące i reklamujące totalitarne metody rządzenia społeczeństwem. Zajrzałem na ich strony internetowe i przyczytałem programy, teksty, posty. Wszystko nasiąknięte faszystowskim tonem i argumentami na miarę lat 30-ych. Widziałem nie raz jak ich bojówki wyłapytały jakichś „wrogów narodu” na ulicach mojego miasta. Wreszcie, zajrzałem do Brunatnej Ksiegi i zrozumiałem ile ofiar śmiertelnych w tym kraju mają już na koncie. Mimo wszystko zaczęłem mieć wątpliwości, bo na stronie Marszu Doległości, mienili się być ludźmi zupełnie innymi – czynnymi patriotami. Zaczęłem się wahać. Jednak na moje 18 urodziny dopadli mnie homoterroryści i jakieś feministki z wąsami, wywiesili mnie za nogi przez okno z 30-piętra Pałacu Kultury i powiedzieli, że jeśli nie uwierzę, że ONR to organizacja faszyzująca to obetną mnie na Mao-Tse-Tung’a. Nie miałem wyjścia, uwierzyłem.

Lukrecja: Podobno zrewidowałeś jednak ponownie swoją percepcję?

Janek: Tak. Zeszłego listopada przyłączyłem się do blokady. Kiedy faszystowskie bojówki, czyli jak teraz już wiem – jedyni czynni patrioci, próbowali wpaść w naszą blokadę, zrobiłem to co zrobiło wielu. Złapałem co było pod ręką, aby ich pogonić. Kiedy rzucili w nas kamieniami, nie było wyjścia: rzuciłem i ja w ich stronę. I wtedy, właśnie wtedy, obserwując lot rzuconego przeze mnie kamienia, doznałem olśnienia. Ujrzałem go na tle flagi falangi. Pięknej zielonej flagi z chrobrowskim mieczem i krzyżem celtyckim, symbolem białej rasy. Poczułem jakbym zaczął unosić się w powietrzu. Zawieszony na wysokości kilku metrów nad tłumem dostrzegłem po drugiej stronie barykady coś, czego się niespodziewałem.

Lukrecja: Co takiego? Korwina Mikke krzyczącego „Geje to importowana zza granicy formacja faszystowska!”?

Janek: Tak, to też, ale nie tylko. Myślałem, że dostrzegę tam armię faszystów w mundurach gestapo, a dostrzegłem różnorodny tłum. Kogo tam nie było?! Byli tam rasiści, neofaszyści, radykalni narodowcy, narodowi socjaliści, fanatyczni militaryści, agresywni patrioci, nacjonaliści, ultra-konserwatyści, katoliccy fundamentaliści, nabuzowani homofobi i ci ludzie w szalikach zdający się nie do końca wiedzieć, która frakcja jest im najbliższa. Ta męska różnorodność mnie zachwyciła. I ta jedność – wszyscy ramie w ramie!

Lukrecja: Czy tak jak kolegę Jacka, uwiódł cię gąszcz biało-czerwonych flag?

Janek: Och tak, to było bardzo teatralne. Nic nie jest w stanie rozsierdzić serca i głowy młodego chłopaka jak morze flag! A pod flagami dostrzegłem ten tłumek ogolonych głów. Głowy należały do młodych chłopców. Takich jeszcze z pryszczami na twarzach. Dostrzegłem niewinne, nieskazitelne buzie kwiatu młodzieży polskiej, wszechpolskiej, nadpolskiej, nadludzkiej, nadwszystkiej… Ich czerwone od zacietrzewienia lica i białą jak śnieg pianę na ich ustach; pełne czynnego patriotyzmu spojrzenia wzywające naród do powstania przeciwko żydowskiemu i arabskiemu potopowi… Nie będę ukrywał, temperatura mojego ciała wzrosła tak gwałtownie, że przez moment puściły mi wszystkie zawory. Mimo chłodnego listopadowego popołudnia zrobiło mi się ciepło z majtkach. Zrozumiałem. To ich właśnie kochałem! Mój kamień leciał w niewłaściwą stronę! W ostatniej chwili dostrzegłem go prującego wciąż w ich kierunku. Całą siłą nadczłowieka, którą w sobie poczułem, zapragnęłem, aby kamień zawrócił. I tak się stało! Kamień gwałtownie zahamował, zatrzymał się w powietrzu na kilka metrów przed moimi patriotycznymi braćmi i zrobił coś czego nie zrobił do tej pory chyba żaden polski kamień: wyciągnął w ich stronę prawą rękę pozdrawiając ich rzymskim pozdrowieniem! Tak tak, nie hajlował po niemiecku tylko pozdrowił ich po włosku! Wtedy oni wszyscy, jak jeden mąż, zrobili to samo. Mój Boże! Cóż to był za widok! Wszyscy chłopcy zjednoczeni wokół polskiego brukowca! Widząc to poczułem jeszcze więcej ciepła i obciążenia w moich majtkach. W potwornym uniesieniu, które mną zawładnęło, krzyknąłem ile tchu w płucach w jego stronę: „Polska cała tylko biała – hej kamieniu bij pedała!”. W tym samym momencie zawartość moich majtek okazała się cięższa od siły radykalno-narodowego uniesienia. Spadłem na ziemię.

Lukrecja: Jak potoczyły się dalej losy polskiego kamienia?

Janek: Spadając zdążyłem jeszcze kątem oka dostrzec, jak kamień zmienił kierunek i chwilę potem uderzył w pierwszego napotkanego homoterrorystę. Następnie odbił się rykoszetem i trafił w plecy stojącą obok feministkę z wąsami, by wreszcie odnaleźć jakieś lewackie ścierwo i trafić je prosto w zgniłe serce.

Lukrecja: Janku, na stronie Młodzieży Wszechpolskiej pojawiła się informacja, że było jeszcze więcej trafień.

Janek: Tak, faktycznie, o mały włos nie zapomniałem. Kamień, który w międzyczasie zrozumiał tak jak i ja, że chłopcy z ONR to przyszłość tego narodu, zamienił się następnie w banana i rozpoczął poszukiwania ofiary o czarnym kolorze skóry. Z tego co mi mówili koledzy z ONRowskiej brygady mazowieckiej, odbijał się od setek osób, gdyż większość ludzi na blokadzie miała zasłonięte twarze. Wreszcie zaginął. Telewizja narodowa podała ostatnio, że znajduje się w posiadaniu redaktora Ziemkiewicza, który osobiście wypuści go ponownie w powietrze, w ramach tegorocznego Marszu Doległości.

Lukrecja: No właśnie. Po której stronie będziesz w tym roku wyczekiwał powrotu banana?

Janek: Oczywiście po jedynej właściwej. Już w zeszłym roku, 12 listopada, pobiegłem zapisać się do lokalnej brygady ONR. I to z nimi wyjdę w tym roku na ulice. Zrobię cokolwiek komendant brygady mi nakaże. Pójdę w Marszu Doległości. Tam od teraz moje miejsce. W zwartym szyku. W nim będę maszerował aż do śmierci. W nowej piaskowej koszuli. Ze schludną fryzurą. W nowych bojowych spodniach i z pieluchą pod nimi… uniesienie radykalno-narodowe jest silniejsze od czegokolwiek innego. To dlatego w naszej brygadzie rozkazy są klarowne: Na marsz bierzemy noże i pieluchy! Innymi słowy: jesteśmy gotowi na wszystko! W imię białej Polski.

Lukrecja: Jakie jeszcze dostaliście rozkazy od swoich komendantów na tegoroczny Marsz?

Janek: Po pierwsze: nie krzycz o żydostwie, gdy w pobliżu znajdują się kamery telewizji. Ci, którzy już teraz zgłosili, że nie będą w stanie się powstrzymać, mają wziąść do ust całą paczkę gum do żucia. Po drugie: wolno, a wręcz należy, jechać po pedalstwie, homoterrorystach, lewackim ścierwie i żydokomunie, tylko, że bez „żydo”. Po trzecie: w obszarach zaciemnionych parków, gdy atakujemy z zaskoczenia, wolno nam będzie krzyczeć co tylko chcemy. Albo z krzaków, przyczajeni do ataku, gdy boimy się wyjść. Wtedy mamy się najbardziej ostro wydzierać. Bo jak nie, to się nas nie przestraszą i pomyślą, że jesteśmy silni tylko w internecie. Aha… w internecie też nie wolno nam przed 11 listopada atakować żydów. To jest w sumie najcięższe do utrzymania. Chłopaki ciągle robią jakieś babole i sztab generalny ma pełne ręce roboty czyszcząc całymi dniami te wszystkie posty, aby nie było obciachu. Zatrudniliśmy do tego kilkudziesięciu bezrobotnych, którzy robią to za 3zł za godzinę. Przy okazji likwidujemy więc bezrobocie w kraju wywołane masowym napływem muzułmanów. Ehh… przydałby się i u nas taki Breivik, albo przynajmniej Brajwikiewicz. No właśnie, mamy głosić wszech i wobec, że nie mamy nic wspólnego z Breivikiem. W sumie trochę za późno po tych wszystkich meilach, które z nim wymieniliśmy i po tym jak on sam przyznał z dumą, że jesteśmy jego nadzieją. No, ale jak trzeba go nielubić to się zrobi… No nie jest łatwo. Chłopaki mają straszną chcicę, niektórzy mało nie eksplodują. Ale sztab generalny Marszu Doległości wie też jak zadbać o dobre samopoczucie w brygadach. Obiecał nam Wolność Słowa od 12 listopada. Już teraz chłopaki mówią, że tego dnia nie wymówią innego słowa jak żyd… żyd, żydzi, żydostwo, żydokomuna, żydki, żydzić… Yeah! Niech żyje wolność słowa! Ale póki co to mamy taki okresowy radykalno-narodowy-celibat, pościmy. W brygadzie mówimy, że mamy właśnie okres.

Lukrecja: Co z chłopakami z Blood & Honour i Combat18, którzy tradycyjnie mają gdzieś strategiczne wytyczne komendantów brygad ONR i politycznych liderów MW?

Janek: No właśnie… będzie ciężko. Ci nie bardzo lubią jak im się coś nakazuje i mogą wyjechać komuś od nas w papę jak zaczniemy ich pouczać. Nie raz już się zdarzało… Nie lubią tych taktycznych zagrywek pod publiczkę stosowanych na Marszu Doległości. „Jak Rudolf Hess to Rudolf Hess, a nie jakiś zasraniec Dmowski” mówią. I nie chcą słuchać jak im chłopcy z brygady tłumaczą, że „Roman też by zrobił porządek z żydostwem w Europie, ale Adolf był o kilka lat szybszy”. W każdym razie, rozkaz jest, żeby za każdym razem jak Combat 18 pojedzie po żydach zagłuszyć ich hasłem ‘Wielka Polska Katolicka!’ Obawiam się, że będziemy musieli to krzyczeć przez cały dzień…

Lukrecja: A jak z kibicami w tym roku? Zaprzęgniecie ich sobie do wozu jako darmowych bojówkarzy? Przecież wcześniej czy później się zorientują, że robicie sobie pijar ich kosztem i będzie przysłowiowy wpier…ol.

Janek: Komendanci mówią, że póki co wszystko jest pod kontrolą. Są pozytywnie nakręceni. Kilkuletnia indoktrynacja na stadionach zrobiła swoje. Gebbels i Gomułka by się takiej kampanii propagandowej nie powstydzili! Co mniej kumaci szybko łyknęli, że z braku laku trzeba czymś się zająć, np. oczyszczaniem narodu. Więc są zawsze tam gdzie im pokażemy, aby byli. Jedzą nam z ręki. Mamy naszych agentów na kibolskich forach i ciągle podrzucamy im tematy, a część z nich bierze je jak swoje. Najlepiej idzie nam z młodą wiarą kibolską, starsi są trochę bardziej podejrzliwi i kilka razy jak się za bardzo narzucaliśmy były bęcki… Mamy też nasze własne kibolskie blogi, gdzie sprytnie miksujemy tematy piłkarskie z propagandą… Rozumiesz: “nasi znowu dobrze zagrali, na stadionie był niezły młyn, a najważniejsze są Roman Dmowski i polskie obowiązki” i takie tam pierd…nie. Ale jest dobrze. Prawda jest taka, że bez kiboli, bylibyśmy internetowymi krzykaczami i środowiskiem faszyzująco-performensowym… ale to ostatnie prosze wyciąć, bo tego też zakazano nam mówić.

Lukrecja: Dobra. Co z tą antifą? Czy w trakcie blokad miałeś okazję poznać kogoś w antify? Wasi ludzie twierdzą na każdym kroku, że nie istnieje. Równocześnie ciągle nażekają, że ktoś ich gdzieś pogonił i manipulują kibiców, aby ich przed chronili przed antifą. To jak to w końcu jest?

Janek: Oczywiście, że żadnej antify nie ma! Był rozkaz, że jej nie ma, to nie ma. Te kilka tysięcy ludzi, z którymi przez pomyłkę poszedłem na blokady w zeszłym roku, to sami homoterroryści, feministki z wąsami, staliniści i ży… hmm, był rozkaz więc nie powiem dokładnie kto, bo nie krzycze akurat z krzaków tylko pisze z komputera mojego taty. Ci o których się mówi, że są antifą, nie przyszli na blokady, bo albo się bali albo akurat wstrzyknęli sobie haszysz do żyły i nie mogli się ruszać. Narkomani i zboczeńcy. Ale jakby jednak przyszli to nasza brygada uznała, że nie będzie ich biła, bo nie chcemy się czymś zarazić. To dlatego wysługujemy się kibicami. Niech się wytłuką jedni wsiarze z drugimi. Ale tak poza tym to powtarzam: żadnej antify nie ma!

Lukrecja: Jak planujesz więc spędzić nadchodzące Święto Niepodległości.

Janek: Tym razem wzniosę się po właściwej stronie, ponownie poczuje nadczłowiekiem, i tam, w górze, ponownie zrobie swoje.

Lukrecja: Dziękuje za wywiad i życzę powodzenia.

Brunatne kameleony

12 wrz

Trwało to blisko trzy tygodnie, ale wreszcie coś się ruszyło.

Od trzech tygodni trwa w kraju, głównie na Podlasiu, seria ataków ze strony polskich faszystów. Cała reakcja społeczna, jak do tej pory, była bardzo słaba, przede wszystkim internetowo-oświadczeniowa. Pasywność społeczna na wszystkich obszarach dała o sobie znać raz jeszcze. Doszło do tego, że Jarosław Kaczyński, jak zwykle najlepiej zorientowany człowiek w kraju, mógł zdobyć się na oświadczenie, że to nie akty faszystowskiej przemocy, ale prowokacja i „ktoś chce tworzyć wrażenie, że w Polsce jest zupełnie inaczej, niż jest”. Pytanie brzmi oczywiście kto i dlaczego? ;-)

A jednak coś się ruszyło. W tym tygodniu ukazał się w telewizji TVN reportaż, w którym do głosu dopuszczono po raz pierwszy ludzi, którzy mają informacje, niejako z pierwszej ręki. Głos zabrali działacze antyfaszystowscy. Nie, że nie zabierali go wcześniej. Był on jednak marginalizowany, uznawany za niekompetentny. Musiało dojść do podpaleń i serii innych atków faszystowskiego terroru, aby media zrozumiały, że poza politykami, socjologami i policjantami (tradycyjnie nie mającymi zielonego pojęcia o skali i formie tego na temat czego się wypowiadają) istnieje w tym kraju pewne źródło informacji, które ma najlepsze rozeznanie co do działań skrajnej prawicy. A to z tego powodu, że na codzień się tym zajmuje.

Innym, wręcz przełomowym elementem tego krótkiego reportażu, było świadome użycie wymiennego nazewnictwa wobec opisywanego zjawiska. Nazwano je po imieniu mówiąc, że mamy do czynienia z faszystami, nacjonalistami, narodowcami. Tak, tak. Wymiennie, równolegle, wręcz synonimowo. I nie ma w tym ani żadnego błędu, ani uproszczenia, ani efektów niezrozumienia czy zaniedbania. Wprost przeciwnie. Ruch antyfaszystowski używa już od wielu lat, zupełnie świadomie, owego wymiennego nazewnictwa. Z kolei sami faszyści oraz ludzie nie rozumiejący zjawiska, zarzucają antyfaszystom, że „wszystko upraszczają” oraz „wrzucają wszystko do jednego worka”.

W rzeczywistości, takie wymienne posługiwanie się tymi określeniami, jest wynikiem obserwacji i analizy tego z czym mamy doczynienia. Albowiem to nie antyfaszyści wrzucili te wszystkie nurty do jednego worka. To współczesna polska skrajna prawica wymieszała i utożsamia w sobie obecnie to wszystko. W wielu działaniach, symbolice, historycznych odniesieniach i konstruktach ideowych mamy jak najbardziej do czynienia z polskimi faszystami. Już chwilę później na publicznych portalach internetowych i przemarszach, ci sami ludzie chcą być postrzegani jako nacjonaliści, bo tak im bardziej pasuje. I równolegle do tego, gdy potrzebują przyciągnąć do siebie raz na jakiś czas szersze grono osób, na przykład po to, aby przemaszerować przez Warszawę, wybielają się jeszcze mocniej stając się narodowcami czy wręcz „aktywnymi patriotami”. W pewnym antyfaszystowskim piśmie jakiś czas temu, ktoś słusznie określił ich po prostu brunatnymi kameleonami.

To nie my wrzucamy wszystko do jednego worka. To oni to robią nieustannie strategicznie lawirując. Dążąc do zjednoczenia na skrajnej prawicy przemieszali, tak kadrowo jak ideowo, wszystkie odcienie brunatności jakie reprezentowali. Dziś każdy kto słyszy określenie „radykalny narodowiec” czy „patriota-nacjonalista”, musi się liczyć z tym, że ma doczynienia z polskim faszystą. Brunatnym kameleonem.

Lukrecja Sugar

Dziewięć mitów wokół problemu skrajnej prawicy, które sieją spustoszenie w świadomości społecznej

29 lip

Oto dziewięć mitów generowanych i rozpowszechnianych przez polską skrajną prawicę. Mitów służących trzem celom: społecznej dezorientacji wobec postaw (krypto)faszystowskich, dyskredytowaniu ruchu antyfaszystowskiego oraz umożliwianiu swobodnego rozwoju skrajnie prawicowych idei.

Mit 1: Faszyzm i czerpiące z niego polityczne idee, skończyły się w Europie wraz z odejściem Mussoliniego, Hitlera i Franco

W połowie XX wieku faszyzm został w większości europejskich krajów skutecznie rozbrojony. Idee faszystowskie i im pochodne zostały w dużej mierze wypchnięte z przestrzeni publicznej. Jednak nigdy nie zniknął całkowicie i nie przestał mieć swoich zwolenników. Czy to w ramach formalnych organizacji, czy nieformalnych struktur, kultywowany jest do dziś we wszystkich bez wyjątku europejskich krajach. Wiele współczesnych ugrupowań neofaszystowskich nie odnosi się bezpośrednio do tego terminu (albo wręcz zaprzecza swoim inspiracjom faszyzmem), propagując jednak analogiczne, skrajnie prawicowe, dyskryminujące idee. Ten terminologiczny unik jest spowodowany obecnością negatywnych odczuć, które historyczne pojęcie faszyzmu wciąż wywołuje u ludzi. Aby nie musieć się z nim zmagać, współcześni faszyści ukrywają się pod różnymi neologizmami. Dzisiejsza skrajna prawica to nic innego jak (neo)faszyzm początku XXI wieku. W Europie działa kilkaset tego typu organizacji, z czego część w Polsce.

Mit 2: Polak nie może być faszystą

Spora część polskich (krypto)faszystów rozpowszechnia taki właśnie pogląd. Ich retoryka opiera się na absurdalnym mniemaniu, że skoro Polska padła ofiarą hitlerowskiej okupacji, to wśród Polaków nie może być faszystów (sic!). Ponadto, wskazują na różnice pomiędzy swoimi poglądami, a tym, co sami uznają za faszyzm, odwołując się do jednej jego definicji z przed 90 lat. Prawda jest taka, że zawsze byli Polacy, którzy utożsamiali się z faszystowskimi ideami: przed wojną, w jej trakcie, po dziś dzień. W ogóle faszyzm oraz jemu pochodne, skrajnie prawicowe koncepcje, nie są „specyficzne” dla żadnego narodu ani warstwy społecznej. Wręcz przeciwnie: to właśnie tożsamość narodowa jako taka, gdy jest wynoszona do rangi świętości, prowadzi do narodowo-kulturowego fundamentalizmu, postaw ksenofobicznych i rasistowskich, formując szkielet (neo)faszyzmu. Tak, faszyzm może szerzyć się w każdym społeczeństwie, a najszybciej właśnie w takim o silnych tendencjach nacjonalistycznych. Społeczeństwo polskie wciąż do takich należy i ilość aktów przemocy ze strony osób o poglądach skrajnej prawicowych potwierdza, że faszyzujących Polaków jest na pęczki.

Co do faszyzmu, to doczekał się on już tylu definicji, wśród nich wielu poważnych, że przybierał i przybiera tyle samo różnych form. Od włoskiej doktryny politycznej, przez pokrewne mu ruchy z lat 30-tych, powojenne systemy w Portugalii czy Chile, prawicową część ruchu skinheads w latach 80/90-tych, aż po różnorodne współczesne nurty. Polskie ugrupowania faszyzujące, m.in. ONR, które stosują wybiórcze przywoływanie jednej z tych form po to, aby ukazać brak tożsamości względem własnych idei, jest taktyczną próbą wybielania swojego prawdziwego oblicza. Faktem jest, że wspólnymi mianownikami wszystkich definicji faszyzmu są: dyskryminacja, autorytaryzm, kult siły, opresyjność i narodowy szowinizm. Wszystkie koncepcje są elementarne dla współczesnych ugrupowań skrajnej prawicy w Polsce. Wszystkim niedowiarkom zaleca się zajrzenie chociażby na strony polskiego Blood & Honour. To ugrupowanie, w przeciwieństwie do ONR czy NOP, które przyjęły strategię „faszyzmu w kamuflażu”, jawnie obnosi się ze swoim faszyzmem. Wszystkie te frakcje, niezależnie od przyjmowanych strategii, ze sobą współpracują. Wspólnie też maszerują pod biało-czerwonymi flagami 11 listopada, próbując zawłaszczyć sobie Dzień Niepodległości. I kto jeszcze powie, że Polak nie może być faszystą?

Mit 3: Wszystkie przekonania polityczne zasługują na tolerancję, a więc i te skrajnie prawicowe

Polscy neofaszyści próbują postawić siebie w roli dyskryminowanych ofiar, gdy blokujemy ich marsze. To bezczelne odwoływanie się do idei tolerancji, której gwałcenie wymalowali na swoich sztandarach, wpisali w swoje programy i praktykują na co dzień. Tak zwane ‘społeczeństwa obywatelskie’ całej Europy już jakiś czas temu uznały pewną rzecz za konsens: Faszyzm ma kształt zbrodni, a nie do opinii! Chyba tylko w naszym kraju skrajna prawica może sobie pozwolić na tak kuriozalne odwoływanie się do demokracji. Wymaga wręcz, aby demokratyczne społeczeństwo tolerowało poglądy i fakt przejmowania przestrzeni publicznej przez ugrupowania, których celem jest wykluczanie i odbieranie wolności wszelkim mniejszościom. To absurd. Osobom praktykującym dyskryminację nie udostępnia się przestrzeni publicznej do jej propagowania, tak jak notorycznemu mordercy nie podaje się do ręki karabinu maszynowego. Tylko społeczeństwo na wskroś przeżarte przez skrajnie prawicowe idee może uważać, że tolerowanie rasizmu czy innych form dyskryminacji ma cokolwiek wspólnego z wartościami demokratycznymi.

Mit 4: Zajmując się aktywnie problemem skrajnej prawicy robimy tym ugrupowaniom tylko reklamę

To kolejny, fatalny w skutkach, mit. Po pierwsze, naznaczony jest kompletnym brakiem zrozumienia historii. Wszędzie tam, gdzie zbyt długo pozwalano skrajnie prawicowym ideom na swobodny rozwój, miało to fatalne skutki. Po drugie, jest to pogląd utrwalający postawy ignorancji i pasywności wobec wszelkich opresyjnych tendencji społecznych. Bardzo łatwo jest się za takim poglądem schować i wiele osób nagminnie z tego korzysta. A więc jest to pogląd pro-faszystowski, gdyż na jego rozpowszechnianiu skrajnej prawicy bardzo zależy. Zresztą, stał się on integralną częścią jej strategii i szerzy go ona namiętnie wśród co bardziej naiwnej części społeczeństwa. Dzięki funkcjonowaniu tego mitu, skrajna prawica może swobodnie się rozwijać i sukcesywnie rosnąć w siłę, bo mało kto stawia jej realny, ofensywny opór „nie chcąc robić jej w ten sposób reklamy”. W efekcie, dążymy do sytuacji, w której idee te faktycznie nie będą już potrzebowały reklamy z zewnątrz. Wówczas dopiero osoby podzielające dziś ów pogląd, uznają za stosowne zabrać głos. Lecz wtedy okaże się to już niezwykle trudne i niebezpieczne. A więc, nawet jeśli niektóre działania antyfaszystowskie przyczyniają się do debaty publicznej wokół skrajnej prawicy, to jest to w najgorszym wypadku efekt uboczny, w rzeczywistości jednak nie-istotny w kontekście potrzeby monitorowania tych tendencji, reagowania na nie, oraz szerzenia antyfaszystowskiej kultury sprzeciwu.

Mit 5: Skrajnie prawicowa przemoc i bezpośrednie interwencje ruchu antyfaszystowskiego to dwie strony tego samego medalu

Kolejny mit będący próbą manipulacji społecznej percepcji. Skrajnie prawicowe poglądy są przemocą samą w sobie, a wynikające z nich działania są ich brutalnym przedłużeniem. Antyfaszystowska reakcja staje się wobec nich koniecznością. Antyfaszyzm jest więc w rzeczywistości formą obchodzenia się ze skrajnie prawicową przemocą i nie jest przemocą samą w sobie, nawet jeśli w niektórych przypadkach dochodzi do użycia siły fizycznej. Tak zwane bezpośrednie interwencje ruchu antyfaszystowskiego są niewielką częścią szerokiego zakresu działań jakimi para się ten ruch. Jeśli do nich dochodzi to dlatego, że muszą zostać podjęte, aby móc się oprzeć, powstrzymać, zneutralizować, uprzedzić, bądź zdławić w zarodku – skrajnie prawicowy terror. Bezpośrednie interwencje antyfaszystów należy postrzegać w kategorii samoobrony przed skrajnie prawicowym zagrożeniem, pamiętając jednak o tym, że zagrożenie to powstaje już w momencie, gdy ruch skrajnie prawicowy zaczyna się swobodnie organizować, inscenizuje pokazy siły w postaci przemarszów, gromadzi się en masse na obiektach sportowych czy organizuje koncerty muzyczne dla swoich kadr. Antyfaszystowska samoobrona nie może się więc ograniczać do wyczekiwania, aż banda nacjonalistów zacznie bić swoje ofiary – często, a w zasadzie – ZAWSZE powinna ubiegać takie sytuacji. Szerzenie poglądu, jakoby antyfaszystowskie interwencje były drugą stroną medalu skrajnie prawicowego terroru jest kolejną faszystowską strategią dyskredytowania swoich oponentów. W rzeczywistości, nie ma tu żadnego medalu, ale dwie antagoniczne tendencje: skrajnie prawicowy kult siły i wyższości jednych ludzi nad innymi, oraz ruch na rzecz egalitarnego społeczeństwa. Ruch antyfaszystowski rozumie się jako część tej drugiej tendencji.

Mit 6: Antyfaszyzm to domena młodzieży, w większości subkulturowej

To kolejny mit podtrzymywany chyba tylko w naszym kraju. W całej Europie ruchy antyfaszystowskie przyciągają ludzi w najróżniejszym wieku, z różnych kultur i środowisk. Ich szkielet stanowią często środowiska będące najbardziej zagrożone przez neofaszystów (wolnościowcy, imigranci, mniejszości seksualne, lewicowcy, środowiska feministyczne, etc), ale organizują się w nim masowo także ludzie w tych środowiskach nie-funkcjonujący. Jedni czynią to z pobudek solidarnościowych (z ofiarami skrajnie prawicowego terroru), inni z czystej świadomości tego, dokąd prowadzi pobłażanie tym tendencjom. Tak więc, antyfaszyzm nie ma nic wspólnego z wiekiem, a o wiele więcej z wyczuleniem społecznym, świadomością społeczną, z negacją autorytaryzmów. Najlepszym dowodem na to, że antyfaszyzm nie jest domeną młodzieży jest fakt, iż w wielu krajach w grupach i strukturach antyfaszystowskich organizują się masowo związkowcy, kombatanci oraz osoby ocalałe z faszystowskich obozów zagłady. Także skład blokad antyfaszystowskich w Warszawie w listopadzie 2010 roku, w których wzięło udział kilka tysięcy osób, kompletnie zaprzeczył młodzieżowo-subkulturowemu charakterowi ruchu antyfaszystowskiego w kraju. Na blokadach pojawili się zarówno dwudziestoletni antyfaszyści i antyfaszystki jak i ich 40-50 letni rodzice… także antyfaszyści.

Mit 7: Antifa to „bojówka”

Ten mit mógł zostać zasiany przez skrajną prawicę tylko dlatego, że sam ruch antyfaszystowski w Polsce zbyt długo unikał samodefiniowania się. I choć antifa (czyli skrót od „antyfaszyści”) to nie żadna bojówka, to trudno się dziwić, iż polskim faszystom udało się na jakiś czas tę etykietkę antyfaszystom przylepić, skoro nie przylepili sobie oni wcześniej żadnej innej. Ale skoro sprawy potoczyły się tak, a nie inaczej, to trzeba i tego typu bzdurę zdementować: Antifa to tysiące ludzi w tym kraju, którzy nie chcą tolerować skrajnie prawicowego terroru. Antifa zajmuje się wieloma formami przeciwdziałania, od edukacji po bezpośrednie interwencje. W Antifie znajdziesz pracowników fizycznych, studentów, bezrobotnych, nauczycieli, kibiców, prawników i wykonawców hip-hopowych. Łączy ich jedno: świadomość konieczności zwalczania tendencji faszystowskich w tym kraju. Antifa to wielotysięczny antyfaszystowski ruch pochodzący z najwrażliwszej tkanki tego społeczeństwa. I jeżeli już ktoś chce koniecznie widzieć w tym „bojówkę” to w takim razie jest to najliczniejsza i najwartościowsza bojówka jakiej to społeczeństwo się doczekało!

Mit 8: Napiętnowanie i zwalczanie rasizmu, homofobii czy antysemityzmu to „terror poprawności politycznej”

Jeśli nie ma się wystarczającego tupetu, aby przyznać, że ma się poglądy homofobiczne czy rasistowskie, to najłatwiej jest uznać, że reakcja na własne wypowiedzi lub czyny jest terrorem poprawności politycznej. To niemal spazmatyczny odruch, występujący, gdy brak jakiegokolwiek racjonalnego argumentu na uzasadnienie własnej głupoty. W ten sposób można skwitować każdą krytykę twierdząc, że coś jest zbyt poprawne czy zbyt dosłownie interpretowane. Wymachiwanie koncepcją politycznej poprawności jest najczęstszą zasłoną dymną prawicowych populistów, którzy co chwilę testują granice do jakich mogą się posunąć ze swoimi uprzedzeniami. Skoro rasizm biologiczny (ten wysnuty na podstawie teorii o rasowo słabszych genach i podobnych pseudonaukowych, konserwatywnych głupotach) jest passe i można na nim dużo stracić, to próbuje się ten rasizm uwspółcześniać. Balansując na granicy tolerancji skrajna prawica odnosi się do rasizmu kulturowego (atakującego nie konkretne osoby, np. imigrantów, ale całe kultury z których pochodzą, np. muzułmańską albo Synti i Roma), czy jeszcze bardziej „subtelnego” rasizmu socjalnego (rozróżniającego w swej łaskawości imigrantów „użytecznych” i tych „nieużytecznych”), czy tzw. nowego nacjonalizmu (tego „tolerującego” imigrantów z klasy średniej). Krytykowanie, denuncjowanie i obnażanie wszelkich form dyskryminacji i rasizmu nie wynika z poprawności politycznej tylko z tego, że właśnie poprzez codzienne rasistowskie i inne dyskryminujące nawyki, koncepcje takie stają się normalnością, będąc zarazem wodą na młyn dla skrajnej prawicy.

Mit 9: Marsz „Niepodległości” to przemarsz patriotów

Polska skrajna prawica maszeruje 11 listopada już od po nad 20 lat. Rasistowskie hasła, antysemickie okrzyki i faszystowskie pozdrowienia były przez całe te lata integralną częścią tych pokazów siły. Wprawdzie długo to trwało, ale od roku 2008, kiedy doszło do pierwszej antyfaszystowskiej blokady tego marszu, stanęły one wreszcie w ogniu krytyki społecznej. Dalsze ich organizowanie z neofaszystowskimi i rasistowskimi hasłami stało się trudniejsze. Ale dla skrajnej prawicy marsze te mają zbyt duże znaczenie, żeby tak łatwo odpuścić. To inscenizacje siły, których potrzebuje, aby przyciągać kolejne kadry do swoich szeregów. Liderzy tych ugrupowań zdecydowali się więc na taktyczną zagrywkę: nakazali swoim kadrom formułowanie dyskryminujących sloganów w mniej agresywny sposób, zarządzili nie-hajlowanie w obecności kamer, przemianowali nazwę marszu na „Marsz Niepodległości”, oraz rozpuścili wokół niego „patriotyczną” zasłonę dymną. W ten sposób, te same ugrupowania, głoszące dalej te same poglądy, próbują zapewnić ciągłość swoich przemarszów. W pierwszym odruchu, niektóre osoby dały się nawet na ten haczyk złapać. Jednak każda tego typu manipulacja ma krótkie nóżki. Wyrafinowana strategia stała się oczywista. Niezależnie od tego czy w najbliższych latach marsz ten zostanie nazwany marszem „Miłości”, „Wolności” czy „Młodości”, w społecznej świadomości pozostanie defiladą ugrupowań, od neofaszystowskich po nacjonalistyczne, służącą wspomnianym wyżej celom. A to, że nasi rodzimi faszyści uważają się równocześnie za patriotów, niczego tutaj nie zmienia. Ciężko im tego zabronić. Natomiast należy odebrać im możliwość chowania się za patriotyzmem w celu szerzenia skrajnie prawicowych, neofaszystowskich idei.

PS. Obawiam się, że większość z nas nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, jak wielkie, mentalne spustoszenie niesie za sobą funkcjonowanie tych mitów w świadomości społecznej. Pora wsadzić je z powrotem tam, skąd wyszły – do ust skrajnie prawicowych populistów.

Przepraszam wszystkie szczury w mieście. Mowa nienawiści a faszyzm

8 sty

“Poszli jak szczury, kanałami” padło przez megafon na antyfaszystowskiej blokadzie 11 listopada 2010, gdy marsz polskich nacjonalistów i neofaszystów podreptał zamiast Krakowskim Przedmieściem, w dół, w stronę Wisły.

Następnego dnia, zawsze czujni humaniści, którzy z pewnością jeszcze nigdy nie poczuli na własnej skórze na co stać naszych „narodowców” (bo kto by atakował starszych ludzi o polskim wyglądzie trzymających się, do tego, z dala od miejsc, w których dzieją się brzydkie rzeczy) uznali, że to nie było ładne. Zaczeła sie nagonka. Efekt?

“Przedstawiciele koalicji Porozumienie 11 Listopada przeprosili za mowę nienawiści na organizowanych przez nie manifestacjach antyfaszystów w Dzień Niepodległości” podały media dzień później.

Faszystowskie misie przybiły piątki: “ruch antyfaszystowski będzie teraz zajęty przepraszaniem; lewactwo zwalcza samo siebie; aby tak dalej…”

***

A oto co myślę na ten temat.

Po pierwsze – oberwało się szczurowi. I nikt go nie przeprosił. A więc czynię to ja, w imieniu milionów ludzi na tej planecie. W imieniu wszystkich ofiar prześladowań, dyskryminacji i przemocy o podłożu rasistowskim, ksenofobicznym, antysemickim, homofobicznym i narodowym.

Jak wszyscy wiemy, szczurek to całkiem inteligentne stworzenie. Człowiek od lat kożysta z jego “usług”, aby uporać się ze swoimi własnymi problemami. Jednak ze względu na specyficzne warunki w jakich prowadzi swoją egzystencję, wywołuje u tego samego człowieka odczucia wstrętu i odrazy. Swoją drogą to ciekawe jak wygląda perspektywa szczurów na życiowe warunki jakie na przestrzeni wieków stworzył sobie (a zarazem i całemu ekosystemowi, nie wyłączając z niego szczurów) człowiek…

W każdym razie, z perspektywy człowieka, szczur, ze względu na warunki w jakich żyje, często pojawia się w pejoratywnych kontekstach, odniesieniach, metaforach. Na przykład, niedawno użyto go do opisania losu warszawskiego przemarszu polskich “narodowców”. Ta skrajnie prawicowa defilada nienawiści wypchnięta została przez antyfaszystów z centrum miasta nad Wisłę. “Poszli jak szczury, kanałami” padło wówczas z ust jednej z osób przemawiających na triumfującej antyfaszystowskiej blokadzie na Krakowskim Przedmieściu.

Pamiętam, że słysząc te słowa nienawiści przykro mi się zrobiło, że stworzenie, któremu człowiek tyle zawdzięcza, a do tego często tak niewdzięcznie się z nim obchodzi (np. w laboratoriach) zostało niesłusznie zdegradowane i oszkalowane. Użyto wizerunku szczura do opisu niedoli maszerujących krypto-faszystów (w tym roku przemalowali się na patriotów). Pocieszałam się tym, że być może chodziło jednak o kanały, a nie o szczury. Niesmak jednak pozostał, bo szczur zawsze człowiekowi służył, nawet jeśli wbrew swojej woli, podczas gdy nacjonalizm, skrajna prawica i generowane w jej szeregach wszelkie wcielenia faszyzmu, wprost przeciwnie.

Zastanawiałam się wręcz wówczas czy nie poprosić antyfaszystowskiej koalicji „Porozumienia 11 Listopada”, organizatorów wspaniałej blokady na Krakowskim Przedmieściu, o zdystansowanie się od tego ubliżającemu szczurom porównania, jednak uprzedzono mnie. I to w sposób, który mnie zszokował.

Okazało się bowiem, że przyrównanie defilującego agresywnego nacjonalizmu do szczurzej wędrowki kanałami, zostało sklasyfikowane przez kogoś, przyjmującego pewne pozycje jeszcze zanim się dobrze nad nimi nie zastanowi, jako “mowa nienawiści”. Prawica podchwyciła. Działaczy „Porozumienia 11 Listopada” poproszono o tłumaczenie się właśnie z tego zarzutu…

***

Po drugie – “mowa nienawiści” to polityczny termin o korzeniach sięgających historii walk i teorii ruchów emancypacyjnych (antyrasistowskiego, feministycznego, antyfaszystowskiego, antyhomofobicznego). W związku z tym, jest to termin dosyć jasno zdefiniowany i służący od lat (ogólnikowo bo ogólnikowo, ale jednak) do określania konkretnych, momentów i narzędzi, dyskryminacji. Za “mowę nienawiści” uznaje się więc wypowiedź uwłaczającą osobie bądź grupie ludzi na podstawie ich pochodzenia, wyznania, kultury czy orientacji seksualnej. Często “mowa nienawiści”, mniej lub bardziej bezpośrednio, namawia do stosowania przemocy wobec tych osób.

Nie od dziś wiadomo, że współczesna państwowa liberalna demokracja nie daje sobie kompletnie rady z rozwiązaniem stworzonego samoczynnie knota. Knot polega na sprzeczności w jakiej leżą, ustalone w ramach tego systemu prawa z hierarchią społecznych wartości oraz z respektowaniem ludzkiej godności. Knot ma wiele supłów, a jednym z tych najciaśniejszych i zarazem fatalnych w skutkach, jest ten, na którego istnieniu żerują współczesne ruchy neofaszystowskie.

Dlatego też, tam gdzie publiczne i zorganizowane szerzenie nienawiści i dyskryminacji (ONR, NOP, MW, Falanga…) podlega ochronie prawnej, co lepiej rozgarnięte społeczności rozwiązują ten supeł samoczynnie, stawiając, słusznie, pewne społeczne wartości i przede wszystkim ludzką godność, ponad prawem. Także tam, gdzie współczesny faszyzm poleruje sobie buty liberalno-demokratycznymi chorągwiami, “wolnością słowa” i “wolnością do zgromadzeń”. A także tam, gdzie absorbuje na potrzeby własnego dyskursu, a więc na potrzeby ideologii nienawiści, historycznie wolnościowe koncepcje. Takie jak na przyklad idee “obywatelskiego nieposłuszeństwa”, blokując pod jego sztandarem “Parady Równości” (NOP i spółka) czy koncepcje “mowy nienawiści”, zarzucając ją swoim przeciwnikom reagującym gwałtownie na ich obecność w przestrzeni publicznej.

Ta strategia skrajnej prawicy, strategia polegająca na absorbowaniu i re-definiowaniu zdobyczy wolnościowych ruchów emancypacyjnych została przejżana, przeanalizowana i skonfrontowana przez grupy antyfaszystowskie już wiele lat temu. Także, jej kolejne inwencje, polegające na przejmowaniu przez tzw. “wolnych nacjonalistów”/”autonomicznych nacjonalistów” stylistyki ruchów autonomiczno-lewicowych, anarchistycznych czy antyfaszystowskich.

W wielu miejscach odpowiednio się na te strategie reaguje. Niestety, u nas, w pewnych środowiskach, potrzeba zaprezentowania własnej erudycji i poprawności politycznej (och ach… ależ to jest przecież “mowa nienawiści”…) jest silniejsza od czegokolwiek innego. Na przyklad, silniejsza od własnej godności, albo godności byłych i współczesnych ofiar ideologii skrajnie prawicowych. A to już postawa, której niczym innym jak ignorancją, wytłumaczyć się nie da.

Po trzecie – mojej nienawiści wobec faszystów, i ich kumpli po fachu – nacjonalistów, nie zamienię nigdy na żaden zapis w konstytucji ani na żaden paragraf prawny. I nie pozwolę na jej zdewaluowanie strategicznym dyskursom skrajnej prawicy, tak jak pozwalają niektórzy, wpuszczając się w pułapkę debatowania “mowy nienawiści” w kontekście antyfaszyzmu.

Puszczanie na antyfaszystowskiej blokadzie utworów muzycznych wzywających do bezkompromisowych postaw wobec najokrutniejszej ideologii w jaką zapuściła się kiedykolwiek ludzkość, albo wyrażanie się o działaniach skrajnej prawicy w kategoriach emocjonalnych, wręcz agresywnych czy wulgarnych (nie mylić z seksistowskimi) uważam za swoista cnotę, za wartość samą w sobie. Zwłaszcza w czasach, gdy “wolność słowa” materializuje się w postaci kilkuset gardeł agresywnie wydzierających się “Polska tylko dla Polaków!” albo „Zakaz pedałowania!”.

***

Nie każdy musi lubić szczury. Ale ja w dalszym ciągu uważam, że nie godnym jest używanie ich, ani warunków w jakich żyją, jako metafory dla tego, co czujemy wobec faszystów. Dla mnie, przemarsz (krypto)faszystów pod pomnik Dmowskiego, kanałami, wzdłuż Wisły, pozostanie wciąż gorszy, niż zbiórka połtora tysiąca szczurów na placu Zamkowym.

Lukrecja Sugar

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 89 other followers