Bękarty Wojny, Quentin Tarantino, Mściciele i antyfaszystowski monitoring

29 Maj

Banalne, ale zarazem co i raz dające do myślenia: nastawienie z jakim wchodzimy do kina wytycza w dużej mierze to co wyniesiemy z danego filmu. Przekonałam się o tym po raz kolejny rozmawiajac ze znajomym o ostatniej produkcji Quentina Tarantino, Inglourious Basterds (Bękarty Wojny). Zdziwiłam się mocno słysząc wówczas między innymi, że to fikcja z dolnej półki i do tego nasączona masą niepotrzebnej przemocy. Wokół tych dwóch odczuć budował on swoją recepcję całego filmu.

Pomyślałam od razu, że skanowanie dzieł Tarantino przez pryzmat scen pełnych przemocy, jest tym samym czym byłoby zarzucenie Dorocie Masłowskiej tego, że pisze tym swoim dziwacznym językiem czy wręcz (nie daj Boże!) Małyszowi, że zakłada na zawody ten komiczny, podkreślający figurę, kombinezon.

Równocześnie zrozumiałam, że mój znajomy nie był poprostu zainteresowany odczytaniem innych wymiarów filmu, podchodząc do niego jak do kolejnej krwawej jatki, która wyszła z pod ręki reżysera. A przecież Tarantino zmierzył się tym razem z wyjątkowo trudnym i niepopularnym fragmentem ogólnoeuropejskiej historii. Sfilmował coś co mało kto przed nim ważył się pokazywać, spędzając nad samym scenariuszem wiele lat nie mogąc znaleźć idealnej ścieżki w dżungli możliwych interptacji tej historii (jak sam przyznaje, pracował nad Ingloriuos Basterds jeszcze zanim się wziął za Kill Bill’a). Wydawałoby się, że już te okoliczności proszą o przyjżenie się filmowi dokładniej.

W krytyce wyrażonej przez mojego znajomego pojawiły się więc dwa konkretne zarzuty, ten dotyczący niepotrzebnej przemocy i ten o niskim poziomie fikcji. Do przemocy już się odniosłam. Może dodam tylko, że mówienie o niepotrzebnej przemocy uważam za chybione nie tylko w kontekście twórczości Tarantino, ale także w kontekście opisywania tego co działo się w Europie w latach 1934-1946.
Więcej miejsca chciałam jednak poświęcić rzekomej fikcyjności Inglourious Basterds. Plot filmu, nie jest bowiem w żadnym wypadku czystą Tarantinową fikcją. Bękarty Wojny to fragment historii organizacji Nakam, formacji Hakanam oraz prawdopodobnie po części też jednego z jej liderów, żydowskiego partyzanta z Wilna o nazwisku Abbe Kovner.

Nakam była organizacją stworzoną pod koniec wojny w atmosferze rozpaczy wywołanej bezradnością świata wobec dokonywanego na jego oczach Holocaustu. Była siatką grup, a także działających w pojedynkę osób, żydowskich bojowników z wielu części kontynentu, ludzi ocalałych z Holocaustu. Była strukturą, w której organizowali się tzw. mściciele. Ludzie, którzy podjęli się czegoś w zasadzie niemożliwego, mianowicie, dania faszystom odczuć, przynajmniej namiastkę tego co ci zgotowali swoim ofiarom.

Była to misja, której przyświecało, kilka, stopionych w jeden, kompleksowych procesów. Wśród nich, przekonanie o konieczności dokonania uzasadnionej moralnie zemsty („zemsty jako środka, który wprawdzie nie jest w stanie bólu pokonać, ale może go stępić i złagodzić…”); obawa przed próbą dokonania w przyszłości kolejnej Zagłady (gdyż głębokim i brutalnym antysemityzmem przesiąknął przecież nie tylko naród niemiecki); zarazem, próba ostrzeżenia tych, którzy mogliby w przyszłości dążyć do kolejnych pogromów; dalej, palące poczucie ustanawiania sprawiedliwości, w jakiejkolwiek formie; oraz, jeszcze bardziej palący pośpiech dążenia do tej sprawiedliwości, tak, aby nie pozwolić ani czasowi złagodzić ran ani oprawcom rozpłynąć się w nowym powojennym świecie chcącym jak najszybciej zapomnieć.

I tak, mściciele z Nakam, już pod koniec wojny, przebrani w brytyjskie mundury, poruszając się w małych kilkuosobowych grupach po Europie, docierali do znanych nazistowskich oprawców dokonując na nich bezpośrednich egzekucji. Bez procesów i silenia się na specjalne tłumaczenia kto, w czyim imieniu i dlaczego… Czyli w sposób adekwatny do tego w jaki faszyści mordowali masowo swoje ofiary. W kręgach Nakam mówiono wówczas o działaniach przypominających wybijanie insektów.

Jedną z najbardziej znanych formacji wchodzących w skład Nakam była Hakanam (Zemsta) licząca podobno około 60 żydowskich bojowników, weteranów różnych ruchów partyzanckich z lat 1940-44. Hakanam przedostawali się bezpośrednio na teren Niemiec aby dokonać operacji o podobnym charakterze, ale na szerzej zakrojoną skalę. Ich najdalej idąca interpretacja konieczności dokonania uzasadnionej moralnie zemsty, opierała się na założeniu, iż za Holocaust odpowiedzialni są wszyscy Niemcy. Konsekwentnie z tym założeniem planowowano też akcje o masowym wymiarze (wśród nich, tak daleko idące i szczęśliwie nigdy nie przeprowadzone, jak zatrucie obiegu wody w Hamburgu). Jedną z tych akcji było zatrucie arszenikiem chleba w obozie jenieckim dla oficerów i podoficerów SS pod Norymbergią. Akcja została przeprowadzona jednak skończyła się ostatecznie poważnym masowym zatruciem (choć są i takie źródła, które podają, iż dla wielu morderców z SS był to faktycznie ich ostatni posiłek…).

To właśnie ten fragment prawdziwej i niełatwej historii posłużył Tarantino jako idea pod scenariusz do Bękartów Wojny. Tak więc Iglouriuos Basterds to nie fikcja na słabym poziomie, a przerysowana i dostosowana do wymogów specyficznego stylu ekscentrycznego reżysera, opowieść o historycznie udokumentowanym kontrataku ocalałej z Zagłady garstki żydowskich bojowników. Kontrataku przeprowadzonemu w ostatnich miesiącach trwającego wciąż Holocaustu i pierwszych miesiącach po jego zbrojnym zakończeniu.
Egzekucje, których dokonują na ekranie największe gwiazdy współczesnego kina niemieckiego i amerykańskiego, Tim Schweiger i Brad Pitt, są oczywiście luźnymi Tarantinowymi interpretacjami faktycznych działań Nakam, a finałowa scena zamachu dokonanego przez Schoschanę w paryskim kinie pozostaje jedynie bardziej optymistyczną (bo mającą miejsce dużo wcześniej i eliminującą od razu całą elitę Trzeciej Rzeszy) interpretacją tego co starali się dokonać bojownicy Hakanam. Ale nie jest to fikcja wyssana z Tarantinowego palca.

Zupełnie niezależnie od kwestii autentyczności i fikcyjności, Bękarty Wojny są też pierwszym filmem tego formatu, w którym to ofiary traktują swoich faszystowskich oprawców w sposób adekwatnie brutalny do tego w jaki sami zostali potraktowani. Nie chodzi mi tu teraz o rozstrząsanie idealności takiej reakcji tylko o to, że do tej pory mało kto odważył się to pokazać.

Choć mogłoby się przecież wydawać, że już nie raz to widzieliśmy. W rzeczywistości, nakręcono setki, jeśli nie tysiące produkcji, w których ukazano militarnych, politycznych i geopolitycznych wrogów faszyzmu, a więc aliantów czy armię czerwoną, wystrzeliwujących hitlerowców jak kaczki od pierwszej do ostatniej sekwencji. Powstało też wiele fimów o najróżniejszych polskich, białoruskich czy jugosławiańskich formacjach prowadzących krwawą walkę z okupantem i traktujących ich tak srogo jak traktuje się wrogów w warunkach wojennych.
Ale to wciąż nie to samo.

Nie było jeszcze filmu, który ukazałby w tak bezpośredni sposób odpowiedź bojowników wywodzących się ze społeczności dotkniętych nie tylko wojną, okupacją i terrorem, ale też Holocaustem. Nie było filmu ukazującego tak obrazowo to, co ludzie ci życzyli swoim oprawcom. Pokazującego czym musiałaby być zemsta (jeżeli uznać by ją za pewien ekwiwalent sprawiedliwości) za coś takiego jak Holocaust. Zemsta, w której egzekucje, brutalność, bezlitosność, dążenie do poniżenia i zniszczenia ofiary, są głównymi wektorami działania.

Bękarty Wojny to także jedna z niewielu prób (takiego formatu) złamania utartego wizerunku społeczności żydowskich przyjmujących wyłącznie bierną postawę bezbronnych ofiar, zarówno w trakcie trwania Holocaustu jak i u jego schyłku. To film przypominający nam, w sposób bardziej lub mniej bezpośredni, o niezliczonych i rozsianych po całej Europie żydowskich oddziałach partyzanckich, o bojownikach kolejnych powstań w gettach (Warszawa, Wilno…) czy wreszcie o samych Mścicielach…

Teraz przypomniałam też sobie co tak naprawdę najbardziej zbulwersowało mojego znajomego w tym filmie. Mianowicie, wycinanie swastyki na czołach faszystów, którym darowano życie. Jeśli sobie dobrze przypominam powiedział, że była to już gruba przesada, rzecz zupełnie niepotrzebna.

Przybliżę może fragment powtarzającego się kilkakrotnie w filmie dialogu:

– Powiedz, czy gdy skończy się wojna i wrócisz do domu aby rozpocząć ponownie spokojne życie, to czy zdejmiesz wówczas faszystowski mundur?
– Tak, zdejme.
– No właśnie. Na tym polega problem. Wtedy już nikt nie będzie wiedział o twojej przeszłości, o tym kim jesteś i do czego jesteś zdolny…

(tłumaczenie moje, z pamięci, nie dosłowne, ale zachowujące sens)
W tym momencie dochodziło do drastycznych wycinanek.

Otóż właśnie problem nieumundurowanych i nieoflagowanych faszystów jest czymś z czym mieli do czynienia nie tylko ocalali z Holocaustu, czy też pokolenie któremu przyszło rozliczać się z postfaszystowską Europą, ale czymś co ciągnie się za nami do dziś.

Brutalne stygmatyzowanie hitlerowców poprzez wycinanie im nożem swastyki na czole, ma symboliczny i uniwersalny wymiar. To uniwersalna prawda o tym, że większość osób znanych ze swoich pro-faszystowskich, skrajnie prawicowych idei, w pewnym momencie życia przybiera inną skórę. Bynajmniej nie dlatego, iż chcą się radykalnie odciąć od pewnych poglądów, ale po to by móc (w oczekiwaniu na lepsze dla faszystów czasy bądź też aby szerzyć rasizm w sposób bardziej subtelny) swobodniej poruszać się w życiu publicznym, w świetle reflektorów, w świecie mediów, w kręgach nauki i polityki. Aby móc brać swobodnie udział w najróżniejszych debatach i inicjatywach społecznych pozostając dalej w głębi ducha zdeklarowanymi rasistami, homofobami, ksenofobami i antysemitami.

Mała retrospekcja… W latach 90-ych doszło w Polsce po raz kolejny do ożywienia w szeregach skrajnej prawicy. Wielu młodych „narodowców” w kurtkach typu flyers, z naszytymi na ramieniach krzyżami celtyckimi, wielokrotnie zmywało ze swoich rąk krew ludzi bezdomnych, czarnoskórych, punków czy gejów. Dziesięć lat później, kiedy nastał odpowiedni klimat społeczno-polityczny, przywdziali oni garnitury przejeli istotne funkcje społeczne, przedewszystkim w mediach i polityce. Potrwało troche czasu aby ich przeszłość wyszła na jaw a i wtedy nie wszyscy zdawali się w nią uwierzyć. Dziś kiedy zostali odsunięci od władzy znowu gdzieś działają nie będąc rozpoznawalni dla swoich sąsiadów i wszystkich innych wśród których żyją…

I tak właśnie wielu krypto-faszystów kontynuuje swoje kariery nie spotykając się z żadnym sprzeciwem, a ich poglądy czynią tym więcej smrodu im mniej oni sami rzucają się w oczy. Jest to możliwe właśnie dlatego, że w odpowiednim momencie, tzn. kiedy jeszcze biegali po ulicach za gejami i cudzoziemcami z kijami bejsbolowymi w rękach, zanim jeszcze zaczęli się lepiej maskować, nie wygrawerowano im symbolicznie krzyży celtyckich na czołach…

Nie, nie jestem za tym aby wycinać komukolwiek cokolwiek i gdziekolwiek. Zmierzam do symbolicznej wskazówki płynącej z Bękartów Wojny. Mianowicie tej, iż działaniem jak najbardziej wskazanym, wręcz koniecznym, jest zbieranie, przechowywanie i powszechne udostępnianie informacji o osobach o zdeklarowanych poglądach skrajnie prawicowych, rasistowskich, neofaszystowskich. Tak aby społeczeństwo miało do nich swobodny dostęp. I nie powinno być to bynajmniej zadaniem jakichkolwiek państwowych służb bezpieczeństwa czy innych instytucji państwowych, ale częścią ogólnospołecznej współodpowiedzialności spoczywającej na barkach tych wszystkich społeczności, w rejonach zamieszkania których takowe skrajnie prawicowe osoby i takowe struktury istnieją.

To odpowiedzialność moja i moich sąsiadów. Odpowiedzialność za to abyśmy byli świadomi, kto na naszej dzielnicy stanowi niebezpieczeństwo dla cudzoziemców, dla osób bezdomnych czy jakichkolwiek mniejszości. To odpowiedzialność za to, abyśmy się tą wiedzą dzielili z resztą społeczności. To kwestia kolektywnego antyfaszystowskiego monitoringu, czyli właśnie zbierania informacji o skrajnie prawicowych strukturach i osobach w nich działających. To dostarczanie tych informacji lokalnym grupom antyfaszystowskim, przechowywanie ich i odpowiednie obchodzenie z nimi.

To metoda, która uwolni każdą społeczność od konieczności uciekania się do środków podjętych przez Aldo „Apache” i jego kompanów…

Co mogę napisać jeszcze o tak szczególnym filmie jakim są Bękarty Wojny. Chyba tylko to, że opatrzony jest on fantastyczną muzyką i już choćby dla niej samej warto znieść tyle niepotrzebnej przemocy.

A jak już jestem przy muzyce, to zainteresowanym tematem polecam także twórczość Daniela Kahn’a, żydowskiego muzyka urodzonego w Ameryce, grającego mieszankę kreczmy i postpunka, który swój utwór pod tytułem Six Millions Germans poświęcił właśnie historii odświerzonej przez Tarantino.

Lukrecja A.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s