Antyfaszyzm to społeczna forma obchodzenia się z przemocą

8 Sty

Zastanawia mnie, że mimo iż wszyscy to wiedzą, czują i akceptują, tak mało osób wyraża to jasno i wyraźnie: zarzut „stosowania przemocy” wobec antyfaszystów jest czymś poniżej pasa, jest głupi, naiwny, historycznie rzecz ujmując uwłaczający, a próby postawienia w ten sposób znaku równości pomiędzy aktami agresji o podłożu neofaszystowskim, nacjonalistycznym, ksenofobicznym, szowinistycznym i rasistowskim, a działaniami ze strony antyfaszystów, do pewnego stopnia i poniżające. W tego typu absurdalnej tożsamości dwóch niepórownywalnych w żadnym wymiarze postaw, zawiera się seria świadomych zafałszowań.

Po pierwsze, jeżeli akty gwałtu/agresji o podłożu rasistowskim zasługują na miano określenia ich aktami przemocy, to dyskredytowanie jakichkolwiek REAKCJI na te działania poprzez używanie tego samego pojęcia jest jego kompletną dewaluacją. Podążając za tą logiką, można zarzucić używanie „przemocy” także społecznością LGBTQ, które latem 1969 w Stonewall (Nowy York) odpowiadając na wieloletnie praktyki zinstytucjonalizowanej codziennej homofobii wszczęły historyczną antypolicyjną rebelię, która dała nowy początek procesowi wyzwolenia wielu mniejszościom seksualnym; albo zarzucić to licznym powstaniom czarnej ludności RPA przeciwko białej rasistowskiej supremacji (niestety historycznym zakłamaniem jest teza, mowiąca o tym, iż obalenie apartheidu dokonało się na drodze pokojowego procesu; tezę tą poddano w ostatnich latach gruntownej krytyce) czy też może nawet bojownikom i bojowniczkom warszawskiego getta.

Redukowanie i podważanie wartości zakorzenionej historycznie formy (antyfaszystowskiej) samoborony do pojęcia „przemocy” ma sens jedynie pod jednym warunkiem: gdy uznamy je jako prymitywną strategię prawicy służącą zniekształcaniu i dyskredytowaniu istoty antyfaszystowskiego oporu, służącą usuwaniu najgroźniejszego przeciwnika na drodze do swobodnego rozwoju własnych dyskryminujących ideologii.

Po drugie, takie bezrefleksyjne posługiwanie się zarzutem „przemocy” jest oderwane od jakiegokolwiek kontekstu. A kontekst jest conajmniej tak samo ważny od samego działania. Przytoczę pewien znamienny przykład z przed kilku lat: aktywiści ruchu antywojennego w Wielkiej Brytanii dokonali zniszczenia wojskowego samolotu bojowego; aresztowane osoby miały zostać skazane za ciężkie znieszczenie mienia państwowego i z paru innych paragrafów; udowodniono jednak, że unieszkodliwienie sprzętu, mającego służyć głównie do dokonywania zniszczeń (tak materialnych jak w ludziach) jest czynem za który ciężko kogoś prześladować; zatrzymanych uniewinniono z większości zarzutów; samolot już nigdy nie zrzucil nikomu bomby na głowę.

Kontekst działania decyduje o tym jak należy je postrzegać: jako akt przemocy, akt samoobrony czy interwencji w imie wyższych wartości.

Po trzecie, paradoksalnie do tego co próbuje wbić ludziom do głów prawica, antyfaszyzm, jako postawa społeczna, jest niczym innym jak właśnie społeczną formą obchodzenia się z przemocą. Przemocą animowana przez pewne konserwatywne tendencje polityczne, wynikającą z autorytarnych postaw, i wreszcie, propagowaną i praktykowaną przez skrajnie prawicowe, faszyzujące, rasistowskie, ultra-konserwatywne grupy społeczne.

Antyfaszyzm, jest tu reakcją. Jest poszukiwaniem adekwatnych form oporu wobec (neo)faszystowskiej, skrajnie prawicowej, przemocy. Poszukiwaniem podyktowanym zarówno koniecznością reagowania (perspektywa ofiar owej przemocy), moralnym obowiązkiem (perspektywa świadków tej przemocy i otoczenia ofiar) czy też zwykłą wiarą w sensowność idei humanistycznych (perspektywa ogólna).

Na bazie tych (wielopokoleniowych) poszukiwań oraz na bazie historycznych doświadczeń, okazało się, iż obchodzenie się ze skrajnie prawicową, neofaszystowską przemocą, może i musi przyjmować wiele różnych uzupełniających się form reagowania, i wymaga, w konkretnych sytuacjach, miejscach i momentach, użycia presji fizycznej. I tylko w takim kontekście możemy mowić o „przemocy” w odniesieniu do antyfaszyzmu.

Tak więc, jeżeli ze strony antyfaszystów używana jest w specyficznych momentach siła fizyczna, i jeżeli kiedykolwiek miałabym zniżyć się do tego poziomu aby nazywać ją „przemocą” (szczerze mówiąc, nie sądzę aby tak się kiedykolwiek stało), to mamy tu doczynienia z „przemocą” bedącą reakcją, koniecznoscią, odruchem samoobrony, działaniem historycznie uzasadnionym. „Przemocą” w pewien sposób wysublimowaną, z której nie powinno czynić się wielkiej cnoty, ale odnosić z należnym jej szacunkiem i doceniać tych, którzy „oddając odrobinę siebie samych” czynią to, gdy innych poprostu na to nie stać.

Nie musimy kochać się za wszystko co robimy. Ale nie musimy się też nienawidzić, ani tlumaczyć, za pewne działania, gdyż to nie my dajemy im rację bytu. My, poświęcamy się, aby zadać im kres.

To chyba właściwe miejsce na zacytowanie Harriego Mulisha, który napisał kiedyś:

„Aby być w stanie z nimi walczyć, musimy oddać odrobinę nas samych. Podczas gdy oni, mogą pozostać poprostu tym kim są. Musimy jedynie uważać, żebyśmy nie stali się za bardzo nimi, bo wówczas, koniec końcem, to oni wygrali…”

Osobiście, za najbardziej adekwatne uważam mówienie o używaniu wobec neofaszystów „uzasadnionej presji fizycznej” czy też poprostu o „świadomych i historycznie uzasadnionych środkach antyfaszystowskiego oporu”.

Lukrecja A.

Reklamy