Te noże były przygotowane dla nas. Marsz Niepodległości 11 listopada

8 Sty

Obierając ostatnio ziemniaki (na zapiekankę) przy użyciu pewnego podstawowego kuchennego narzędzia, zastanawiałam się, na ile potrzebna jest człowiekowi polityczna świadomość, aby podjąć decyzję o wsparciu inicjatywy blokowania przemarszów skrajnej prawicy ulicami swojego miasta.

Pytanie to pojawiło się po raz pierwszy, gdy dowiedziałam się jak to czołowi uczestnicy tzw. „Marszu Niepodleglosci”, na kilka minut po jego zakończeniu, powbijali sobie nawzajem noże w swoje brunatne ciałka w centrum mojego miasta. W parku, do którego nie raz chodzę na spacery. Pod drzewem, pod którym nie raz załatwiał się mój pies…

Dla tych, którzy niesłyszeli o tym zdarzeniu, już o nim zapomnieli, albo nie zdali sobie sprawy z wagi jakie ze sobą niesie, przedstawię skrótowo obraz zajścia jaki wyłonił się na podstawie opisów jego swiadków (opisów zczytanych na forach kibolskich) oraz dziennikarzy:

11 listopad 2010. Patriotyczny przemarsz polskich post-, neo- i kryptofaszystów ulicami Warszawy. Mimo wielu prób zablokowania go dotarł późnym wieczorem pod pomnik swojego idola, najsłynniejszego polskojęzycznego antysemity dwudziestego wieku, Romana D. Podczas gdy pod pomnikiem dobiegały końca obrzędy ku jego czci i zaklinano się na polskość i jej czystość, część „patriotów” oddaliła się już cichaczem od tłumu, udając się do pobliskiego parku. Tam, po wymianie zdań na tematy zapewne bliskie każdemu prawdziwemu polakowi, wyciągnięto z kieszeni noże i zaczęto wbijać je sobie w ciała. Wielokrotnie. Zresztę też i w plecy.

A więc dzień obchodzono w duchu stricte patriotycznym: „życie i krew za ojczyznę”. Podobno poszło o animozje kibolskie. Trudno się dziwić skoro to głównie faszyzujące kibolstwo z wielu miast zrobiło frekwencje na marszu. Ale tak naprawdę sam powód pocięcia się nożami jest tu najmniej istotny…

Po kilku dniach intensywnych zabiegów lekarze uratowali życie pociętym „patriotom”. Podczas gdy wciąż walczono o życie jednego z nich, koledzy i co bardziej łebskie postaci w ruchu „narodowym”, robiły co mogły by niedopuścić do tego, aby zajście to obiło się zbyt dużym echem. Najlepiej żadnym. Na forach „narodowych” i kibolskich zakazywano sobie nawzajem poruszanie tematu. Niektóre wpisy na forach, czy wręcz całe tematy, zniknęły niebawem całkowicie. Do mediów przedostała się wprawdzie informacja o samym zdarzeniu, ale nie została ona ani przeanalizowana ani nie nadano jej odpowiedniego rozgłosu czy należytej wagi.

Natomiast łebskie środowisko od „honoru, ojczyzny, krwi i noży” użyło natychmiast medialnych zasłon dymnych. Rozdmuchano serię tematów wokół 11-listopadowych, które przysłoniły patriotyczne gmeranie nożami w nerkach w centrum miasta. Skrajna prawica (z determinacją jakiej wymagała sytuacja) zarzuciła „lewactwu” używanie przemocy, przeprowadziła zmasowany atak na znane publiczne postaci, które bądź jawnie wsparły bądź nawet wzięły udział w antyfaszystowskich blokadach (na Roberta Biedronia, Seweryna Blumszteina, na wielu dziennikarzy…), wreszcie próbowali zrobić z antyfaszystów huliganów, ekstremistów, terrorystów i niewiadomo kogo jeszcze.

Okazało się, że warszawskie elity intelektualne, a za nimi i opinia publiczna, dały się bez oporu zwieźć. Zasłona dymna przyniosła oczekiwany efekt. Całe miasto zaczeło dyskutować o tym czy Robert Biedroń jest sam sobie winien, że został pobity przez policję, kiedy stanął na drodze neofaszystowskiej hordzie, podczas gdy temat noży zniknął kompletnie.

Nikt już się nie zapytał o prawdziwe oblicze Marszu Niepodległości, w szeregach którego panowie „narodowcy” nieśli ze sobą (przez cały czas jego trwania) noże, aby koniec końców, sfrustrowani tym, że nie mogą ich powbijać w brzuchy gejów, feministek, żydów czy anarchistów, powciskali je sobie nawzajem.

Nie postawiono też już wielu innych interesujących pytań. Postawię je w takim razie ja.

Ile właściwie tych noży niesiono w szeregach Marszu Niepodleglości?

Czy liczba noży dorównywała ilości flag biało-czerwonych czy ją przerastała?

Co by się stało, gdyby udało się noży tych użyć w sposób taki w jaki zamierzano? Bo chyba nikt mi nie powie, że ktoś kto wybiera się na marsz skrajnej prawicy z nożem, nie myśli o tym (nie planuje) wobec kogo chce go użyć.

A może w programie Marszu Niepodlelości było obieranie ziemniaków podczas pikiety na placu Zamkowym? Albo nasz „front narodowy” to w rzeczywistości cyrkowcy połykający długie stalowe przedmioty pod smutnym pomnikiem w blasku księżyca nocy listopadowej?

Oczywiście, prawie nikt też nie raczył podziękować zorganizowanym grupom antyfaszystów za to, że tego dnia, za każdym razem gdy „cyrkowcy” rozpędzali się, aby wbiec w tłum blokujących (nie rzadko na siedząco) ludzi, ci odganiali ich skutecznie trzymając na taką odległość, aby nie udało im się kogokolwiek zranić…

A co by było gdybyśmy uznali fizyczną konfrontację z nimi za nielogiczną z naszym humanistycznym światopoglądem, z demokratycznymi wartościami, i pozwolili im się do nas zbliżyć na odległość wyciągnietej ręki?

No tak. Pewnie wtedy mówiło by się mniej o huligańskich wybrykach Roberta Biedronia, a więcej o nożach, o rannych, o walce o ich życie, może nawet o … Ale czy ktoś z nas naprawdę znowu musi zginąć, aby to miasto dostrzegło, że Marsz Niepodleglości (i podobne jemu marsze) jest tak naprawdę Marszem Brunatnej Nienawiści, że za kazdym razem gdy się odbywa generuje olbrzymie zagrożenie dla wszystkich, którzy nie mieszczą się w wizerunku zapisanej w programach ONR/NOP/MW/Falangi „polskości” albo tych, którzy nie daj boże, mają czelność stanąć na ich drodze i krzyknąć: No Pasaran! Czyli: Nie przejdziecie (gnojki)!

Czy uświadomienie sobie tego zagrożenia nie wystarczy do tego, aby poprzeć ideę powstrzymania zgromadzeń i przemarszy skrajnej prawicy ulicami naszych miast.

Co z tego, że w tym roku nie były wznoszone (w pobliżu kamer TV…) antysemickie okrzyki. Słychać je z tych samych gardeł przez cały rok. To starczy. A że tego jednego dnia patrioci schowali je do kieszeni? Schowali, bo tak im pasowało. Noże i inne podobne atrybuty wojującego patriotyzmu, też mieli pochowane, bo tak też lepiej wyglądało, niż gdyby szli trzymając je w dłoniach wyciągnięte w górę krzycząc „Polska cała tylko biała!”.

Nie. Dzisiejsza taktyka budowania frontu narodowego wymaga od kryptofaszystów głębokich kieszeni. Tak, aby zmieściły się w nich na Marszu Niepodległości i noże i wszystkie dyskryminujące hasła.

Nie ważne jak określimy te wydarzenia, czy idąc za samymi organizatorami Marszem Niepodległości czy bardziej realistycznie Marszem Biało-Czerwonej Brunatności, albo po prostu, Dobrym pretekstem do polowania z nożami na lewaków, pedałow i odszczepienców… Niezależnie jak je nazwiemy nie widzę powodu, aby zastanawiać się ani sekundę nad koniecznością zakończenia tej koszmarnej tradycji. Najlepiej już w przyszłym roku. Tradycji, na zaistnienie, której zezwoliliśmy poprzez swoją wieloletnią ignorancję i zwyczajną pasywność.

Te noże były przygotowane dla nas.
A pretekstem do tego był konkretny przemarsz.
A więc: żadnych neofaszystowskich przemarszów w przyszłości.
Ani w Warszawie, ani gdziekolwiek indziej.

Lukrecja Sugar

Reklamy