Co się stało 11 listopada 2010?

20 Mar

Źródło: Bez Dogmatu – kwartalnik kulturalno-polityczny Nr 86-87 –  jesień, zima 2010/2011

tekst Jakuba Nikodema, Wojciecha Orowieckiego

„Narodowy socjalizm”, „Precz z żydowską okupacją!”, „Wielka Polska Katolicka”, „Na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści!” – takie oraz podobne hasła można było usłyszeć na trasie przemarszu skrajnej prawicy w 2009 roku w Warszawie. Kamery zarejestrowały, jak pod pomnikiem Dmowskiego jeden z przemawiających liderów Obozu Narodowo-Radykalnego (ONR) podniósł dłoń w geście pozdrowienia hitlerowskiego – i nie był to jedyny taki przypadek tego dnia. Policja, która ubezpieczała zeszłoroczny marsz ONR, nie reagowała na ewidentne przejawy publicznego głoszenia nienawiści rasowej i treści faszystowskich. Bierność stróżów prawa oraz bezczelność narodowców zszokowała wielu ze świata mediów i polityki: dziwił się były rzecznik praw obywatelskich, Andrzej Zoll, oburzali się główni dziennikarze Gazety Wyborczej, a Jacek Żakowski słuchał ubolewania Hanny Gronkiewicz-Waltz, tłumaczącej, że „taki jest koszt demokracji.” [1] 11 listopada 2009 roku do aresztu trafiło kilkanaście anarchistek i anarchistów, którzy próbowali przeszkodzić przemarszowi narodowców przez centrum Warszawy; „heilujący” panowie (nierzadko też panie) spod znaku falangi – mimo towarzyszącego im kordonu policji – byli tego dnia bezkarni.

Tak było w zeszłym roku i wszystko wskazywało na to, że w tym będzie podobnie. A nawet gorzej, bo tzw. marsze niepodległości, organizowane przez Obóz Narodowo-Radykalny (ONR), Narodowe Odrodzenie Polski (NOP) i Młodzież Wszechpolską, są z roku na rok coraz popularniejsze. Akcji jednak towarzyszy reakcja. Szok i bezsilność z zeszłego roku przyczyniły się do powstania szerokiego sojuszu obywatelskiego, sprzeciwiającego się swobodnym przemarszom faszyzującej prawicy przez centrum stolicy w dniu niepodległości. W skład Porozumienia 11 Listopada (taką nazwę przyjęła koalicja) weszło wiele organizacji, grup i stowarzyszeń różniących się ideowo, a nieraz jawnie się krytykujących: anarchiści, syndykaliści, socjaliści, organizacje feministyczne i LGBTQ, zieloni i związkowcy; radykalni przeciwnicy kapitalizmu oraz zwolennicy państwa opiekuńczego, np. Czarny Sztandar obok Młodych Socjalistów i Krytyki Politycznej. Chyba po raz pierwszy w III RP w jednym szeregu stanęły organizacje żydowskie i propalestyńskie. 11 listopada 2010 roku pod Kościołem św. Anny, gdzie zaplanowano zbiórkę, pojawiło się więcej ludzi z jeszcze innych środowisk. Łączył ich jeden cel – zablokowanie tzw. „marszu niepodległości”, czyli spodziewanego promowania rasizmu, antysemityzmu i zachowań neofaszystowskich. Dzięki wsparciu inicjatywy przez Gazetę Wyborczą do kontrmanifestacji przyłączyło się wiele niezwiązanych z żadnymi organizacjami prywatnych osób. Można więc powiedzieć, że naprzeciwko tych, których nazywaliśmy po prostu faszystami, stanęła reprezentacja obywatelek i obywateli, w której skład weszli przedstawiciele wszystkich opcji politycznych, światopoglądowych i tożsamościowych, od skrajnych lewicowców po liberałów, a niekiedy nawet konserwatystów.

Blokada miała mieć charakter nieofensywny. Celem organizacji tworzących Porozumienie 11 Listopada nie było rozbicie Marszu Niepodległości środkami przymusu i agresji. Spodziewano się rozwiązania zgromadzenia narodowców przez policję w sytuacji skutecznego zablokowania dróg wyjścia z Placu Zamkowego. Przewidywano też inny scenariusz: siły porządkowe rozwiążą Marsz Niepodległości, gdy zaczną padać okrzyki i gesty jawnie faszystowskie. Brano też pod uwagę starcie bezpośrednie o charakterze obronnym, gdyby poprzednie wyjścia nie poskutkowały. Antyfaszyści mieli być tarczą, a tarcze nie atakują. Jak się później okazało, to ubezpieczający marsz kibice pierwsi atakowali, byli na dodatek chronieni przez policję.

Po drugiej stronie (zbierała się na Placu Zamkowym) też było różnorodnie, choć mniej kolorowo. Swój udział w „marszu niepodległości” zgłosili m.in. Artur Zawisza, Jan Żaryn, Jan Pospieszalski, Paweł Kukiz oraz Janusz Korwin-Mikke. W komitecie poparcia znalazły się takie osoby jak: Stanisław Michalkiewicz, Jerzy Robert Nowak, Rafał Ziemkiewicz, Ryszard Bender, Jacek Bartyzel, Maciej Giertych oraz monarchista Artur Górski. Do głównych organizacji zaangażowanych w przemarsz należały ONR, NOP, Młodzież Wszechpolska oraz członków UPR i WiP (nowa partia Janusza Korwin-Mikkego). O dziwo od całej akcji odciął się publicznie Marek Jurek, który w wywiadzie dla Gazety Wyborczej powiedział, że organizacje biorące udział w Marszu są dla niego zbyt radykalne. Na stronie internetowej Młodzieży Wszechpolskiej napisano, że oprócz wspomnianych organizacji w Marszu wzięli również udział „działacze innych stowarzyszeń, kibice klubów piłkarskich z całej Polski, a także całe rodziny”. Rodzin raczej nie było widać, zasłaniał je element „kibolski”, najbardziej rzucając się w oczy spośród stosu wycelowanych w niebo biało-czerwonych flag i płonących rac.

Podczas gdy narodowcy zbierali się powoli na Placu Zamkowym, pod kościołem św. Anny na Krakowskim Przedmieściu gromadził się coraz większy tłum ich przeciwników. Około godziny czternastej stało się jasne, że działaczom i działaczkom Porozumienia 11 Listopada udało się tym razem zmobilizować tysiące mieszkańców Warszawy: młodych, seniorów, rodziny z dziećmi. Choć marsz narodowców był w tym roku rekordowo liczny – uczestniczyło w nim około półtora tysiąca ludzi – blokujących było zdecydowanie więcej. Tego dnia swój sprzeciw wobec promowania neofaszyzmu i wartości skrajnie nacjonalistycznych zamanifestowało około 5 tysięcy ludzi, co nie zdarzyło się w Polsce od wielu lat.

Blokada na Krakowskim Przedmieściu przebiegała w atmosferze happeningu; mimo niskiej temperatury było głośno, wesoło i kolorowo. Oprócz tęczowych, czarnych czy czerwonych flag pojawiło się wiele transparentów – „Faszyzm nie przejdzie”, „Nikt nie rodzi się naziolem” i tym podobne. Paweł Althamer, artysta-performer, przyszedł pod św. Annę z grupą osób przebranych w obozowe pasiaki. „Jesteśmy z różnych środowisk. Każdy wie, dlaczego tu przyszedł” – mówili przedstawiciele Porozumienia 11 Listopada.

Aby skutecznie zatrzymać Marsz Niepodległości, trzeba było ustawić więcej niż jedną blokadę. Druga zawiązała się na rogu ulic Senatorskiej i Miodowej, trzecia – na skrzyżowaniu Podwala i Kapitulnej. Były one już znacznie mniejsze od tej na Krakowskim Przedmieściu, ale i tu nastrój dopisywał. Na Senatorskiej, gdzie zebrało się kilkaset osób, słychać było rytmiczne bicie w bębny, niektórzy tańczyli. Kilkakrotnie, gdy wydawało się, że narodowcy podejmą próbę sforsowania blokady, jej uczestnicy formowali ludzki łańcuch, trzymali się za ręce i skandowali znane z hiszpańskiej wojny domowej hasło „No pasaran!”. Blokujący pozostali na miejscu pomimo lecących w ich kierunku kamieni i butelek.

Do naprawdę groźnej sytuacji doszło przy blokadzie na ul. Kapitulnej, w której uczestniczyło około 100 osób. Jej uczestnicy zostali zaatakowani przez około 150 kibiców, rzucających w nich kamieniami, butelkami i racami. Gdyby nie pomoc innych antyfaszystów, prawdopodobnie doszłoby tam do tragedii. Tymczasem policja, nie reagowała na działania kiboli, zaatakowała za to blokujących, używając pałek i gazu. Kilka osób zostało wówczas aresztowanych, pozostali wycofali się w stronę blokady na Senatorskiej.

Mniej więcej w tym czasie policja skierowała Marsz Niepodległości w dół, przez Trasę W-Z i Mariensztat na uliczki Powiśla. Blokujący ruszyli równolegle do nich i to oni przeszli trasą, pierwotnie planowaną przez narodowców – Krakowskim Przedmieściem. Jednak celem nie było demonstrowanie na ulicach miasta, ale blokada skrajnie prawicowego marszu – dlatego też pochód szybko skierował się w dół na Powiśle, by raz jeszcze zagrodzić drogę narodowcom. Podczas przemarszu dochodziło do kolejnych starć z policją i zatrzymań pojedynczych osób.

Ostatnia blokada miała miejsce na skrzyżowaniu ulic Oboźnej i Browarnej, gdzie kilkuset antyfaszystek i antyfaszystów usiadło na chodniku (tzw. sit-in), by nie dopuścić do przejścia marszu. Narodowcy po raz kolejny musieli zostać skierowani w boczne uliczki. Pomimo wyraźnej przychylności policji, Marsz Niepodległości dotarł pod pomnik Dmowskiego z wielogodzinnym opóźnieniem.

Blokujący nie mogli tym razem za nimi podążyć – większość z nich policja otoczyła kordonem i więziła w kotle przez 3 godziny. Był to chyba najbardziej absurdalny moment całej blokady – przez policyjne megafony wzywano blokujących do rozejścia się i grożono użyciem siły, a jednocześnie tych, którzy skandowali „chcemy się rozejść”, pilnowali policjanci z psami uzbrojeni w miotacze gazu.

Niestety, doskonale wpisuje się to w całość działań policji tego dnia. Choć zatrzymano 33 osoby z obu stron, to narodowcy, nawet uzbrojeni, byli zwykle szybko wypuszczani. Tymczasem antyfaszystów trzymano przez wiele godzin w areszcie, nie dano im koców, ani nie pozwalano wyjść do toalety, przeguby mieli skrępowane ciasno zaciśniętymi obrączkami, które później zamieniono na mniej bolesne kajdanki. [2]
Przesłuchania zatrzymanych przypominały farsę, podczas której nie przestrzegano żadnych praw. Niektórzy z zatrzymanych zostali ciężko pobici przez policję w radiowozach. Jednym z nich był działacz Kampanii Przeciw Homofobii, Robert Biedroń, któremu dodatkowo postawiono zarzut pobicia policjanta! Inny uczestnik, anarchista z Poznania, opisał to w ten sposób:

„Policjant wykręcił mi ręce, a następnie zaczął okładać mnie leżącego pięścią po głowie. Nie przestał, nawet wówczas kiedy założył mi już kajdanki. Policjant przez radio wezwał swych ludzi i razem z nimi zaciągnęli mnie do jednego z radiowozów stojących na Kapitulnej. Tam zostałem pchnięty na podłogę pojazdu. Myślałem, że w tym momencie koszmar ten się dla mnie skończy. Jednak ten sam policjant, który dokonał zatrzymania, wszedł do radiowozu, zatrzasnął drzwi i kiedy próbowałem się podnieść, aby usiąść na siedzeniu, krzyknął, że teraz to on dopiero mi pokaże i zaczął mnie bić. Któryś z jego kolegów, z początku próbował go powstrzymać, mówiąc, żeby dał mi już spokój, ten jednak zachowywał się jakby był w amoku i nie przestawał mnie uderzać. Leżałem na podłodze radiowozu, mając ręce skute z tyłu kajdankami, zupełnie bezbronny i ubezwłasnowolniony, przerażony tym co się dzieje. Policjant klęczał jednym kolanem na moim karku, tak że nie mogłem się w żaden sposób zasłonić. Pomiędzy ciosami próbowałem mówić mu, że to przecież nic osobistego, krzyczałem: «ratunku!», powtarzałem: «proszę, przestań mnie bić!», potem już tylko jęczałem z bólu, mając nadzieję, że zemdleję. Nic nie skutkowało.” [3]

Władze Warszawy nie dopatrzyły się w działalności policji niczego nagannego. Tego samego dnia prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz komentowała w mediach, że należałoby rozszerzyć uprawnienia władz miejskich do delegalizowania zgromadzeń publicznych i umożliwić policjantom bardziej swobodną interwencję wobec protestujących. Dosadniej ujął to jej kolega partyjny z Platformy Obywatelskiej, burmistrz Śródmieścia Wojciech Bartelski, który nazwał antyfaszystki i antyfaszystów „rozwydrzoną hołotą”. Powstaje pytanie, czy nie jest przypadkiem nowa linia polityczna Platformy, skoro tego samego dnia podczas defilady wojskowej prezydent Bronisław Komorowski wychwalał po równo Piłsudskiego i Dmowskiego – tego samego, któremu hołd składali narodowcy.

Medialne komentarze, dotyczące zajść z 11 listopada, niezbyt się od siebie różniły. W TVP i TVN24 dominowały początkowo opinie o dwóch skrajnych, marginalnych nurtach politycznych, które bezpośrednio dążyły do siłowego starcia. Komentarze „niezależnych ekspertów” zmierzały jednak w stronę poglądu, że to na kontrmanifestację antyfaszystów spada odpowiedzialność za „rozróby” w mieście, ponieważ swoją ideą blokady chcieli siłowo rozbić legalny marsz skrajnych prawicowców. Organizacje lewicowe oskarżano o hipokryzję (bo podważały głoszone przez siebie idee tolerancji i pacyfizmu) i łamanie prawa (bo sprzeciwiały się legalnemu przemarszowi prawicy). Niektórzy komentatorzy twierdzili, że kontrmanifestacja tylko sprowokowała i umocniła nieliczny ruch narodowy; że bez mobilizacji antyfaszystów w Marszu Niepodległości wzięłoby udział o wiele mniej osób i pozostałby niezauważony. W ciągu kolejnych dni nastąpił też pewien rozłam wśród protestujących: Seweryn Blumsztajn i środowisko Gazety Wyborczej (z wyjątkami) zaczęło się dystansować od taktyki zastosowanej przez kontrmanifestantów twierdząc, że przebywanie pod jednym sztandarem z odwołującą się do przemocy Antifą, niczym – według nich – nie różniącej się od faszyzujących kiboli. Według większości publicystów Gazety Wyborczej, przyszłoroczny protest nie powinien być fizyczną blokadą, tylko kontrmanifestacją w swoim literalnym znaczeniu – wyrażeniem sprzeciwu, np. za pomocą gwizdków. Blumsztajn przestraszył się, że w następnych latach po obu stronach zbierze się więcej ludzi i może dojść do rozlewu krwi. Stwierdził nawet na spotkaniu w siedzibie Krytyki Politycznej, że jeśli ci sami narodowcy w przyszłym roku będą grzecznie maszerować pod polskimi flagami bez rasistowskich i ksenofobicznych haseł i gestów, to on „już w ogóle nie ma powodu, żeby protestować przeciwko takim marszom”.

Postawa redaktora Gazety Wyborczej pokazuje problem liberalizmu i państwa prawa: powierzchowność poprawności politycznej, skupianie się na słowach, a nie na praktyce. Sam Blumsztajn nie wierzy w pokojową przemianę skrajnych prawicowców, sądzi tylko, że utrzymywanie przez nich pozorów wystarczająco legitymizuje istnienie ich organizacji. Istotnie, powodem zawiązania koalicji było zachowanie narodowców w latach poprzednich: „hailowanie”, antysemickie hasła, nawoływanie do przemocy itd. W tym roku takie incydenty miały miejsce niezmiernie rzadko, „prawdziwi patrioci” byli zdyscyplinowani, liderzy pilnowali, aby nie wykrzykiwano rasistowskich haseł.

Nie chcemy rozważać, czy faszysta przestaje być faszystą, jeśli założy lakierki, Żyda zamieni na geja, a zamiast „do komory!” będzie krzyczeć „na Madagaskar!”. Odpowiedź jest oczywista. Pojęciowa różnica nie jest różnicą etyczną. Niektórzy prawicowi publicyści zarzucali uczestnikom blokad, że nie rozumieją pojęć, których używają; że „faszysta”, to co innego niż „nazista”, a już na pewno nie to samo co „narodowiec”. Według Ziemkiewiczów lub Wildsteinów trasą W-Z maszerowali nie faszyści, ale narodowcy, nawet nie nacjonaliści, tylko patrioci. Retorycznie może mieli rację, w praktyce wcale nie. Jeśli nacjonalista to, w uproszczeniu, ktoś, kto wywyższa ideę narodu ponad ideę państwa, a faszysta to ten, kto absolutyzuje państwo kosztem narodu, to w praktyce obie autorytarne ideologie spotykają się w tym samym punkcie: nacjonalista potrzebuje silnego państwa dla świętego narodu, faszysta zaś – silnego narodu dla świętego państwa. Ci sami komentatorzy twierdzili też, że „faszysta” to idealna etykieta dla prawicowego przeciwnika politycznego. Mylili się: faszysta tak samo pejoratywnie nam się kojarzy, jak narodowiec czy nacjonalista, kiedy obaj idą pod znakiem falangi lub celtyckiego krzyża.

Co się stało 11 listopada? Co było wyjątkowe tego dnia? Nadzieja, że coś zaczyna się dziać w zatomizowanym środowisku lewicowych organizacji społecznych; że w słusznej sprawie mogą stanąć w jednym szeregu nawet z krytykowaną przez siebie Gazetą Wyborczą. Po 11 listopada 2009 r. utworzył się szeroki front społeczny, koalicja wielu różnorodnych, nieraz sprzecznych w dążeniach organizacji skupionych wokół jednego celu. Koalicja ta pokazała swoją siłę w 2010 r. i wszystko wskazuje (mimo dystansowania się Gazety Wyborczej), że nie straci na impecie w następnych latach. Po raz pierwszy w jednym miejscu zebrało się tak wielu ludzi, aby wyrazić swój sprzeciw, nie tylko słowny, wobec rosnących w siłę anty-wolnościowych i anty-egalitarnych ruchów odwołujących się do przedwojennej tradycji polskiego faszyzmu. Chociaż cel nie został w pełni osiągnięty – marsz doszedł pod pomnik Dmowskiego. Narodowcy przebijali się z pomocą mundurowych uliczkami Powiśla, podczas gdy Krakowskie Przedmieście, na którym przed wojną studenci-korporanci bili laskami żydowskich kolegów, opanowały kobiety i mężczyźni krzyczący „Faszyzm nie przejdzie!”.
 
[1] Seweryn Blumsztajn, Po marszu ONR, http://www.warszawa.gazeta.pl, 14.11.2009.
[2] Więcej o zachowaniu policji wobec antyfaszystów na: http://www.rozbrat.org/publicystyka/kontrola-spoeczna/1477-po-chuj-tu-przyjezdzales-pedale-relacja-aresztowanego-aktywisty.
[3] Ibidem.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s