„Złote żniwa” – wszystko, ale nie zdziwienie

18 Kwi

Przeczytałam „Złote żniwa” państwa Gross i myślę, że każdy kto chce lepiej zrozumieć historię, ale też obecny kształt społeczeństwa, w którym żyje, powinien to zrobić.

Nakrzyczano się o tym eseju już tyle, i to jeszcze przed jego oficjalnym wydaniem, że aż głupio zabierać głos po przejściu takiej lawiny. A jednak, mam garść osobistych uwag, którymi zdecydowałam się podzielić.

Najsilniejszym odkryciem było to, że po przeczytaniu ostatniego rozdziału i odłożeniu książki, zdałam sobie sprawę, iż nic mnie w jej przekazie nie zdziwiło…

Utkwiła mi ogromna ilość bardzo cennych, wiarygodnych, świetnie dobranych i precyzyjnie skomentowanych tekstów źródłowych.

Ujęły mnie wielka subtelność i niespotykana precyzja z jaką autorzy obchodzą się z każdym jednym wysnutym na podstawie badań, porównań i analizy, wnioskiem, z każdą nasuwającą się refleksją, każdym sformułowanym osądem, a nawet, z każdym jednym zdaniem i słowem!

Zwrócił moją uwagę fakt, że wszystkie zasłyszane w ostatnich miesiącach linie krytyki, użyte przez prawicowych populistów w celu zdyskredytowania czy zdewaluowania przekazu tej książki, zostały przez autorów uprzedzone i podjęte już na samych stronach „Złotych żniw”. Na pewno ma to wiele wspólnego z tym, że książkę atakowano jeszcze zanim osiągnęła swój ostateczny kształt. Nie zmienia to faktu, że cały ten raban wokół jej ukazania się (choć zrobił on jej dużą reklamę, z czego należy się tylko cieszyć) wydaje mi się dziś, jeszcze bardziej żałosny niż wydawał się przed samą lekturą, a ludzie którzy go narobili zwykłymi krzykaczami, którzy nie będąc w stanie przytoczyć własnych kontrargumentów podchwycili momenty wyważonych i bardzo objektywnych rozważań samych autorów (oczywiście ignorując już same wnioski).

Wreszcie, byłam pod wrażeniem niesamowicie dogłębnej i wielowymiarowej antropologicznej analizy, słynnej już dziś, fotografii, która jest niejako motywem przewodnim książki. Fotografii dokumentującej polskie złote żniwa w opuszczonej Treblince.

Być może w paru miejscach poczułam się przygnieciona ilością opisów, z których każdy jeden ma wymowę ciężkiego kalibru.

Jednak nic, ale to nic, mnie w przekazie „Złotych żniw” nie zdziwiło.

I nie koniecznie dlatego, że w ostatnich kilkunastu latach przygotowywani byliśmy do poznania prawdy o roli polskiego antysemityzmu i Polaków w Zagładzie. Przygotowani poprzez całą serię opracowań odkrywających tę prawdę kawałek po kawałku.

O wiele bardziej dlatego, że zawsze już czułam, iż otaczające mnie współcześnie antysemityzm i ksenofobia po polsku, nie mogły się wziąść z nikąd. Czułam, że za fundament nie starczyłyby ulotne antysemickie stereotypy i mało śmieszne antyżydowskie dowcipy. Nie przetrwały by tak żywotnie, aż tylu długich lat. Czułam, że współczesny antysemityzm i ksenofobia muszą żłopać z o wiele głębszego koryta, że bazują na fundamencie masywniejszym niż jesteśmy w stanie dziś dostrzec. Zbyt wiele znajomych mi osób, krewnych (wśród nich moi rodzice), sąsiadów, okazywało się tak kompletnie przesiąkniętych bezkrytyczną wrogością do tego co obce, i przede wszystkim, do tego co żydowskie. To nie mogło się wziąść znikąd. Czułam, że ten „marginalny przedwojenny antysemityzm Polaków”, tak mocno krzewiony przez ówczesny ONR i inne ugrupowania polityczne, musiał mieć o wiele większy zbrodniczy potencjał niż wynikałoby to ze szczątkowych i rozproszonych opracowań, opublikowanych na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat.

I okazało się, że miał. I to jeszcze jaki. Tyle tylko, że mnie to odkrycie właśnie nie zdziwiło.

Nie zdziwiła mnie więc także jedna z centralnych tez „Złotych żniw”, mówiąca o tym, iż zbrodniczy antysemityzm Polaków nie miał charakteru „kryminalnych wyskoków dewiantów ze społecznego marginesu” i nie był też „wywołanym wojennymi uwarunkowaniami zwyrodnieniem nielicznych”, ale był „społeczną praktyką”. Praktyką dokonywaną rękoma polskich chłopów, prawników, strażaków, partyzantów, przedstawicieli kościoła, sołtysów, artystów, urzędników, cukierników, policjantów, tramwajarzy, wójtów, handlarzy, gospodyń domowych, wykwalifikowanych robotników, kolejarzy, polityków, młodzieży, dzieci… Od białostoczczyzny po Śląsk, przez kieleczczyznę i Warszawę i w setkach miejsc po drodze…

Co gorsza, czytając „Złote żniwa” uświadamiałam sobie coraz bardziej, jak wiele z owego potencjału wciąż w tym społeczeństwie drzemie. Jeżeli w 2010 roku, demonstracja ugrupowania ONR, które się bezpośrednio do owej tradycji odnosi, była w stanie przyciągnąć ponownie półtora tysiąca ludzi (a są to wciąż jedynie reprezentanci swoich społeczności) to znaczy, że książka, o której tu piszę, ma swoją wartość nie tylko w kontekście obnarzania i uwiarygodniania naszej przeszłości… Kilka dni temu ONR obchodził w Opolu swoje 77 urodziny. W trakcie przymarszu, członkowie tej organizacji krzyczeli w stronę przychodniów „Biała rasa!”. I wiele innych interesujących rzeczy. Przemarsz odbywał się za zgodą władz miasta, przy dosyć biernej postawie mieszkańców Opola i pod ochroną policji. Policji, ciągle jakoś granatowej…

Jeszcze jedna rzecz zwróciła moją uwagę w czasie lektury „Złotych żniw”. Otóż na tle wielu innych rodaków, zdyscyplinowani patrioci nie zniżyli się do zbrodniczego poziomu. Nie dopisali swoich sum do polskiego rachunku za Holocaust. Nie zrobili tego, gdyż do tego zobowiązywał ich tzw. „kodeks patriotyczny”. Mówił on o tym, aby nie iść na rękę niemieckiemu okupantowi w prześladowaniu współobywateli. Nasi patrioci, powstrzymywali się więc, na ile mogli, przed okradaniem czekających na śmierć Żydów, przed żerowali na ich tragedii, nie prześladowali ich i nie mordowali, jak czyniło to wielu innych Polaków. Jednak nie dlatego, iż byłoby to złe i niemoralne samo w sobie, ale dlatego, że wpisywałoby się to w politykę okupanta. Czyli niemieccy hitlerowcy, swoją obecnością na ziemiach polskich, nie tylko „zmuszali” Polaków do prześladowania Żydów (powszechnie przyjęta wersja), ale wręcz ich od tego… „powstrzymywali”.

Ach, ten patriotyzm. Jak zawsze, szlachetny i honorowy. Jego kwintesencję zawarł w swoim pamiętniku cytowany w książce Józef Górski, „znający języki obce patriota katolik oraz sympatyk najpopularniejszej partii politycznej przed wojną, Narodowej Demokracji”, pisząc.

„Jako chrześcianin nie mogłem nie współczuć mym bliźnim (…) Jako Polak patrzyłem na te wypadki inaczej. Hołdując ideologii Dmowskiego, uważałem żydów za wewnętrznego zaborcę (…) Toteż nie mogłem nie żywić uczucia zadowolenia, że się tego okupanta pozbawimy, i to rękami nie własnymi, ale drugiego, zewnętrznego zaborcy”

Tak, wiem, byli Polacy, którzy zachowali się godnie, a wręcz i bohatersko. I było ich bardzo wielu. To o nich mówi się każdego jednego dnia i uczy dzieci, od przedszkola aż po dom spokojnej starości. Jednak druga strona medalu, tego samego społeczeństwa, wymaga dalszego obnażania tym bardziej, im bardziej wszechobecna jest ta pierwsza. „Złote żniwa” to kolejny etap. Lepiej późno niż wcale…

Po przeczytaniu „Złotych żniw” nie jestem jednak pewna czy chcę dożyć dnia, w którym wreszcie i kościół katolicki oraz Watykan udostępnią opinii publicznej swoje archiwa z okresu drugiej wojny światowej. Archiwa dotyczące zachowań ludności polskiej wobec Żydów. Wiem tyle, że jeśli kiedyś miałabym poznać ich zawartość, to prawdopodobnie i wtedy, nie wiele z tego będzie w stanie mnie zdziwić.

Polecam lekturę.
A jeszcze bardziej: zajęcie się tematem zbrodniczego potencjału nacodzień.

Lukrecja A.

Reklamy