Tag Archives: futbol

Euro okiem Lukrecji – podsumowanie

3 Lip

Euro okiem Lukrecji

AGAINST BORING FUTBOL
czyli więcej Mario Balotellich

Wszyscy w tym tygodniu podsumowują EURO2012, więc robię to i ja 😉 Oto moi bohaterowie zakończonych mistrzostw.

Zdecydowanym Numerem 1 był dla mnie futbolowy indywidualista i ekscentryk Mario Balotelli. Zresztą nie tylko na boisku. Najpierw, świadom tego co dzieje się na polskich stadionach, wygłosił zdanie, które chciałoby się usłyszeć z ust wszystkich piłkarzy:

„Nie zaakceptuję rasizmu, bo jest nieakceptowalny. Jeśli ktoś rzuci we mnie na ulicy bananem, pójdę do aresztu bo go po prostu zatłukę”

Euro okiem LukrecjiZresztą już nie pierwszy raz Crazy Mario zareagował w adekwatny sposób na rasistowskie prowokacje na stadionach. Kiedy w 2009 roku przed meczem mistrzostw Europy do lat 21 w Rzymie rzucono w jego stronę bananem, Balotelli był zły, że policja przyjechała tak szybko, bo sam miał ochotę poturbować rasistowskich gówniarzy.

Wracając do Euro2012… Crazy Mario, zamiast truchtać w tą i z powrotem w czasie treningu na Stadionie Narodowym, zanudzając kibiców i siebie samego, próbował zestrzelić piłką zawieszony wysoko nad nim telebim. I jak tu człowieka nie polubić? 😉 Niedługo potem zestrzelił faworytów z Niemiec strzelając dwie fantastyczne bramki, zresztą nie byle komu, bo uznawanemu za bramkarza-doskonałego, Manuelowi Neuerowi. Przy obu jego strzałach Neuer padał na kolana… nie tylko w przenośni!

Wreszcie, zamiast płakać razem z kolegami z drużyny po klęsce w finale, Crazy Mario zniknął zaraz po meczu. Prawdopodobnie wziął sobie natychmiastowy zasłużony urlop z dala od futbolowego cyrku, który na dłuższą metę nawet dla piłkarza staje się nie do zniesienia. Zachowanie egoistyczne wobec kolegów z drużyny? A może po prostu pozostałych nie było stać na zejście w wybranym przez siebie momencie?

Bez Balotelliego dzisiejszy futbol byłby dużo mniej spektakularny. Czekam na więcej tego typu postaci na boiskach!
Against boring futbol! 😉

NEW FUTBOL GENERATION
czyli zakaz pedałowania do lamusa

Prandelli against homofobiaMoje wielkie uznanie ma też włoski selekcjoner Cesare Prandelli, który najpierw zadziwił swoich rodaków wprowadzając do reprezentacji dwóch ekscentrycznych napastników, homofobicznego Casano i bojowego antyrasistę Belotelliego, następnie wpłynął na tego pierwszego tak, że ten zmienił swoje żenujące poglądy, aby w końcu obej stali się najatrakcyjniejszym duetem napastników turnieju. Prandelli nie tylko zaskakiwał w trakcie EURO nieszablonowymi zmianami w ustawieniu swojej przetrzebionej przez włoskich Carabinieri drużyny, ale sam zabrał głos w debacie wokół homofobii w futbolu. Po pierwsze, porównał homofobię z rasizmem – w światku futbolu nie koniecznie OBIE formy dyskryminacji są dostrzegane. Po drugie, wyraził nadzieję na rychły coming-out homo-piłkarzy. Po trzecie, zapowiedział swoje wsparcie dla tych, którzy zdecydują się na ten krok.

„Homofobia to rasizm. Musimy bardziej zadbać o wszystkie aspekty jednostek, które żyją swoim życiem, włączając w to sportowców. W świecie piłkarskim i ogólnie sportowym nadal istnieje tabu na temat homoseksualizmu. Każdy powinien żyć w zgodzie ze sobą, swoimi pragnieniami i uczuciami (…) Mam nadzieję, że wkrótce niektórzy zawodnicy zrobią coming-out”

football against homophobiaPodobne deklaracje złożyło całkiem niedawno także kilku młodych piłkarzy reprezentacji Niemiec, wśród nich Manuel Neuer i Mario Gomez. Czasy się zmieniają, a z nimi nawet skostniały świat futbolu. Nowa generacja piłkarzy i działaczy wchodzi na arenę. Homofobiczny rezerwat jaki wytworzył się w świecie futbolu i jego obrońcy z pod znaku „zakazu pedałowania” muszą powoli pogodzić się z faktem, że futbol nie chce pleśnieć razem z nimi.

I’M HERE TO KICK NOT TO SING ALONG
czyli parę słów o Podolskim i Lewandowskim

obowiązki patriotyczne Kilka lat temu Łukasz Podolski jako jeden z pierwszych wszedł na wojenną ścieżkę z przytłaczającym zewsząd ciśnieniem na odprawianie patriotycznych rytuałów w ramach czegoś tak kosmopolitycznego jak futbol. Swoją postawą przypomniał wielu ludziom, że futbol to wciąż dyscyplina sportu a nie kombinat do produkowania przez władze nastrojów społecznych. Krytykowany od lat przez oficjeli piłkarskich i część mediów za to, że nie śpiewa przed meczami hymnu narodowego, wyraził się już kiedyś jasno i wyraźnie:

„Jestem piłkarzem i wychodzę na boisko po to aby grać a nie śpiewać”

W ten sposób rozwiał też teorie tych, którzy twierdzili iż nie śpiewa hymnu niemieckiego dlatego, że po głowie chodzi mu hymn polski. Otóż nie. Podolskiemu nie chodzą po głowie żadne hymny i inne XIX-wieczne obrzędy. Wcale się tego nie wstydzi, postawę swoją uznaje za całkowicie naturalną i konsekwentnie nie ulega presji. Można grać dla reprezentacji, utożsamiać się z nią, nadstawiać za nią kości i piszczele, dawać w ten sposób milionom ludzi trochę radości, ale po co komu do tego potrzebny przymus odprawiania (wymyślonych w poprzednich wiekach) patriotycznych rytuałów.

obowiązki patriotycznePodolski ma zresztą wsparcie swojego selekcjonera. Jogi Loewe od kilku lat jest atakowany przez pewnego starszego, konserwatywnego pana o nazwisku Franz Beckenbauer, za to iż nie zmusza swoich piłkarzy do śpiewania hymnu. Selekcjoner odpowiada ze spokojem, że to indywidualna sprawa każdego piłkarza.

Nic dodać, nic ująć. Reprezentacja to nie wojsko. Boisko to nie koszary. Futbol to nie wojna. Choć znajdą się pewnie i tacy co tak chcą go właśnie w ten sposób pojmować.

obowiązki patriotyczneCo ma z tym wszystkim wspólnego polska gwiazda z Dortmundu? Nie wiem czy ktoś zwrócił uwagę, ale Robert Lewandowski, największa gwiazda polskiej piłki drugiej dekady 21 wieku, pomimo niemiłosiernej presji jaką wytworzono w kraju wokół mistrzostw („wszyscy jesteśmy drużyną narodową”, „cała Polska staje na baczność i śpiewa hymn”, „Boenisch musi się nauczyć hymnu do mistrzostw bo jak nie to…!”, etc) przed meczem z Rosją, zamiast śpiewać o odbieraniu komuś czegoś szablom, tak jak wymagali od niego prezydent, premier, PZPN i redakcje wszystkich brukowców, poprostu sobie pomilczał. Tak to przynajmniej wyglądało w TV. Tym samym zyskał w moich oczach bardzo wiele.

lewy i koniec dyskusjiRobert Lewandowski może się z patriotyzmem utożsamiać albo go odrzucać jako tożsamość wyimaginowaną, przestarzałą lub niepotrzebną, może interpretować swój patriotyzm tak albo inaczej, może go okazywać w ten albo inny sposób, ale swoją postawą zyskał w moich oczach jako człowiek. Jako człowiek ceniący sobie wolność i suwerenność jednostki, potrafiący oprzeć się medialnie i politycznie sterowanym nastrojom i zachowaniom przypominającym czasami odruchy stadne. Poldi doesnt sing alongDo swojego kunsztu piłkarskiego, do którego przekonał mnie już dawno, dorzucił więc dodatkowe walory za które warto go dopingować: za zachowanie indywidualności w atmosferze zespołowej solidarności oraz za pociąg do wolności. Za to samo zresztą cenię Poldiego 😉

WE LOVE YOU, WE LOVE YOU, WE LOVE YOU…
czyli niech żyje futbol po Irlandzku

Za najlepszą drużynę mistrzostw uznałam Irlandię. A konkretnie: drużynę ich kibiców. Przebili wszystkich. Tym, że jak zwykle zamienili stadiony we wspaniałe kilkugodzinne fiesty. irish fans flyerTym, że kibicowali swojej, skazanej na trzykrotne pożarcie drużynie. Tym, że kibicowali jej do ostatniej sekundy każdego meczu, także tego o przysłowiową pietruszkę, a nawet długo po nim. Tym, że rozbroili polską policję w sposób tak skuteczny jak niekonwencjonalny. Tym, że w drodze na mecz Irlandia-Chorwacja w Poznaniu okazali swoją solidarność dla manifestacji „CHLEBA ZAMIAST IGRZYSK” dając pokaz świadomości wobec społecznych paradoksów generowanych przez tego typu komercyjne imprezy. Wreszcie tym, że zgodnie (w liczbie kilkunastu tysięcy) zbojkotowali podczas swojego pobytu w Poznaniu dwa patologiczne bary („U Honzika” i „Brogans”) znane w mieście ze wspierania poznańskich nacjonalistów i neofaszystów.

Irlandzcy kibice udowodnili, iż futbolowy fanatyzm i społeczna świadomość mogą iść ze sobą w parze. Udowodnili też, że antyfaszystowską świadomość mają we krwi. Słyszeliście kiedyś o rasistach czy faszystach na irlandzkich stadionach? Raczej nie. Dlaczego? Gdyż nie ma tam dla nich miejsca. Zresztą, Poznań poszedł za tym przykładem i był w czerwcu 2012 areną wielu sympatycznych akcji…

Reklamy

Przedmeczowy incydent czy Wielka Polska Katolicka na polowaniu?

13 Czer

polski rasizm na ulhttps://lukrecjasugar.wordpress.com/wp-admin/edit-comments.phpicach Warszawy

(na ubraniach widać skrajnie prawicową symbolikę: po lewej szczyl z logiem „ofensywa” na kurteczce, po prawej goguś z krzyżem celtyckim na szaliczku)

Znienawidziłam słowo INCYDENT.
A jeszcze bardziej tych, którzy próbują przy jego użyciu zamaskować prawdę o problemie, z którym ewidentnie mamy do czynienia.
Ostrzegam, w tym felietonie pojawią się wulgaryzmy.

Przedmeczowy incydent…

Próby relatywizowania tego co zaszło w dniu meczu Polska-Rosja na ulicach Warszawy, próby zarówno wielu prawicowych komentatorów jak i przedstawicieli władz (a więc organizatorów EURO2012) są jednocześnie żałosne, nieodpowiedzialne i nachalne. To co miało miejsce na ulicach Warszawy nie było w żadnym wypadku incydentem! Proszę przestać pier…lić głupoty!

…czy Wielka Polska Katolicka oraz Bóg-Honor-Ojczyzna na wspólnym polowaniu?

Kilkuset do tysiąca zacofanych mentalnie FACETÓW, nie mogących odnaleźć siebie samych w zmieniającym się świecie i zrzucających za to winę na „obcych”, biło wczoraj niemal wszystkich napotkanych Rosjan, często napadając ich w większych grupach i od tyłu, a kolejne setki Polaków, od 16-letnich zachlanych siks po 70-letnie rydzykowe babcie, zagrzewało do czynów wykrzykując zza ich pleców „Jebać ruskie k…y!” lub „Ruskie wynocha!”. To był skrajnie prawicowy motłoch en masse. Wśród biegających ze śliną na ustach pojebańców, co dziesiąty miał na sobie nacjonalistyczne emblematy. Przeważały koszulki odwołujące się do haseł „bóg, honor, ojczyzna”, obciachowe ciuchy z logiem „Ofensywa” (znakiem rozpoznawalnym skrajnie prawicowych przygłupów), neofaszystowskie nadruki „White Patriot” i szaliki z krzyżami celtyckimi (symbolami domniemanej białej rasistowskiej supremacji). Nie mówię tu o tuzinach, ale całym zlocie tak ubranych nacjonalistycznych fajansiarzy. Kolejnych kilkudziesięciu zrezygnowało z rasistowskich emblematów tylko po to aby nie być rozpoznawalnymi. Skrajnie prawicowy, zakompleksiony motłoch był siłą przewodnią i napędową antyrosyjskich, ksenofobicznych, nacjonalistycznych polowań, które trwały od godziny 16 do północy, a więc przez około 8 godzin na obszarze całego centrum stolicy.

Oto jak dokładnie wyglądał wczorajszy „przedmeczowy INCYDENT w centrum Warszawy”.

Drugie Węgry?

Skoro tego typu zdarzenia nazywa się incydentami to rozumiem, że o nasileniu nacjonalistycznie umotywowanej przemocy zacznie się mówić dopiero wtedy, gdy kilka tysięcy uzbrojonych w kije nacjonalistów wyśle do miejskich kostnic pierwszych czternastu cudzoziemców, a o skrajnie prawicowym terrorze wspomni się wtedy, gdy zdarzenia takie będą miały miejsce w każdy wtorek, czwartek i sobotę, a obcokrajowcy coraz rzadziej będą odwiedzać ten kraj, tak jak to ma miejsce od kilku lat na Węgrzech.

Dlaczego w tym roku obchodzimy 11 listopada już 12 czerwca?

Czy muszę dodawać, że wielu uczestników „incydentu” zostało rozpoznanych jako animatorzy terroru z 11 listopada 2011, który podobnie jak teraz, miał swój „narodowy patronat” w postaci osób i instytucji legitymizujących go i podobnie jak teraz, rozlał się na całe miasto?

Czy muszę dodawać, że faceci od „incydentów” to awangarda Marszu Niepodległości organizowanego przez krypto-faszystowski ONR i nacjonalistyczną Młodzież Wszechpolską oraz oszołomioną „narodową prawicę”, która nie oferuje temu społeczeństwu nic innego poza agresywnym patriotyzmem, zwanym inaczej nacjonalizmem?

Czy muszę dodawać, że kilkunastoosobowa grupa stołecznych Autonomicznych Nacjonalistów (po mojemu Anabolicznych Nieudaczników) rozpędzała się na rosyjskich kibiców ramie w ramie z Januszem Korwinem Mikke (tyle tylko, że Janusz szybciej wyciął popularną długą i tylko dlatego nie dostał po buzi od wkurzonych Rosjan)?

Czy muszę dodawać, że liderzy tych nacjonalistyczno-burackich ataków są w bliskich relacjach z członkami Stowarzyszenia Marsz Niepodległości oraz planują swoje kolejne popisy 30 czerwca w Poznaniu?

Czy muszę dodawać, że także wśród Rosyjskich kibiców widać było kilkunastu w koszulkach „Blood & Honor” a więc w tych samych, których widywaliśmy już setki razy polskich „narodowych radykałów” co jest tylko dowodem, że (neo)faszyzm nie ma granic i potrafi być zarówno węgierski, niemiecki, rosyjski jak i polski? Tyle tylko, że wczoraj był zdecydowanie polski.

Do wszystkich komentatorów, wyznawców „teorii incydentu”:

Po cholerę ta ściema? Cały kraj widział. Był syf. Polski nacjonalistyczny syf. Był na skalę jakiej nie ma w innych krajach w Europie. Był, bo zamiast się zająć neofaszystowskim ścierwem na polskich stadionach i ulicach, pomagacie im tworzyć legitymacje pod ich kolejne ataki: „bolszewicki marsz rosyjskich kibiców”, „niemcy przyjeżdżają bić polskich patriotów”, „homoseksualiści prowokują swoją paradą”…

Do wszystkich ultras i kibiców, którzy mają w sobie wystarczająco rozumu i godności:

Kiedy wreszcie skopiecie dupy i wygonicie ze swoich szeregów tych niedorozwiniętych wyznawców „białej polski”? Oni nie tylko przynoszą wam obciach, ale jeszcze robiąc swoją nacjonalistyczną politykę na stadionach, ściągają na was represje! Chcieliście aby wszyscy mieli przed wami respekt, a dzięki tym wszechpolskim nieudacznikom wszyscy wami gardzą.

Ultras – wake up! Czas na przebudzenie! „Futbol – Doping – Adrenalina” zamiast „Obciach – Rasizm – Nacjonalizm”

Oto i oni… Automatyczni Nieudacznicy (AN)…kwiat narodu… blokowi fetyszyści rosyjskiej flagi… młodzi, zdrowi, głupi jak para sandałów…
Anaboliczni Nieudacznicy

Lukrecja – byłam, widziałam, zrozumiałam.

Prawdziwa wartość bielizny Davida Beckhama – O nadchodzącej agonii homofobii na stadionach

15 Czer

Hate & love on the terraces

Piłka nożna jest bardzo złożonym fenomenem społecznym, niosącym ze sobą tyle samo fascynujących, co odpychających aspektów. Przeciętny fan, szalikowiec, kibic, kibol…nie ma wyjścia – musi pogodzić się z relacją hate & love w stosunku do niej.

Futbol to maszynka do robienia pieniędzy, wielki biznes kontrolowany przez potężne lobby. Ale współczesny futbol odgrywa również niemałą rolę w kształtowaniu wielu aspektów świadomości społecznej. Prawdopodobnie największą świadomościową kreacją futbolu jest uczynienie go heteroseksualną niszą.

Homoseksualizm w piłce nożnej jest tabu. Dotyczy to trenerów, sędziów, kibiców, ale przede wszystkim piłkarzy. A przecież nikt, kogo stać na bardziej wnikliwe spojrzenie, nie zaprzeczy, że przepełniona jest ona, jak rzadko który sport, wzajemnymi męskimi seksualnościami. I, jak w rzadko którym sporcie, fakt ten jest fanatycznie negowany. Homoseksualizm traktuje się jak coś niewygodnego, wstydliwego, wypiera się go i tabuizuje. Równocześnie inscenizuje się ultra-heteroseksualne oblicze futbolu. Tylko skąd ten cały cyrk? Po co ta inscenizacja?

Po pierwsze: piłka nożna to mikrokosmos z siusiakiem

Wszystko zaczyna się od ogólnospołecznego, heteronormatywnego wyobrażenia spolaryzowanych względem siebie męskości oraz kobiecości. Po za nimi i między nimi nie ma nic i nikogo. Oczywiście męskość góruje nad kobiecością. Sam sport uważa się za z natury męski, a że męskość najdobitniej wyraża się w pociągu do kobiet, więc sport definiuje się jako domenę hetero. Homo sprawdzają się zaś w sztuce czy modzie. Mniej więcej taki jest społeczny punkt widzenia.

Jeśli chodzi o kobiety, to od kiedy wywalczyły sobie dostęp do sportu (kiedyś kompletna no go area), mogą kreować swoją osobowość w tym, definiowanym wciąż jako męski, obszarze. W jego ramach wręcz wymagane jest, aby pielęgnowały i demonstrowały pewną męskość. Oznacza to, że w męskim świecie sportu, mogą nieoczekiwanie swobodnie przekraczać granice obu płci. Niezmuszane do odgrywania narzuconych im kobiecych ról, mogą zachować swoją tożsamość. Oczywiście, zbyt dużo męskości prowadzi do zarzutów o bycie lesbijką. To zresztą los wielu kobiet zachowujących suwerenność względem męskich oczekiwań. Dlatego większość zawodniczek na wszelki wypadek, mocno podkreśla swoją heteroseksualność.

Jednak prawdziwy problem zaczyna się, gdy mamy do czynienia z przekraczaniem granic kobiecości przez mężczyzn, zwłaszcza w kontekście piłki nożnej, stojącej na samym szczycie męskiej hierarchii sportów (obok hokeja, rugby czy żużla). Piłkarz, który zbliży się swoim zachowaniem do bieguna kobiecości, podważa natychmiast swoją męskość, a tym samym rzuca na siebie podejrzenie o bycie gejem. To degraduje go medialnie i społecznie, bo przecież gej nie może być dobrym piłkarzem! Presja ze strony homofobicznych kibiców, jak i samego futbolowego światka, prowadzi do tego, że podejrzenie o bycie gejem może kosztować piłkarza załamanie kariery, utratę zdrowia, a nawet, jak się przekonamy, życia.

Dlatego też wszyscy gracze dbają bardzo o swój heteroseksualny wizerunek, zarówno na boisku, jak i prywatnie. Niezależnie od tego czy są hetero czy nie. Na boisku homoseksualność ukrywana jest często poprzez przesadnie ostrą grę i chamskie, typowo męskie, zachowania. Zgrywaniem ostrego macho-gościa najlepiej zwieść wszystkie badawcze spojrzenia z trybun. Z kolei, w życiu prywatnym, jak donoszą psycholodzy sportowi z wielu krajów, zawodowi piłkarze będący gejami proszą swoje przyjaciółki o publiczne występowanie w roli ich partnerek, biorą lewe śluby, żyją z kobietami ukrywając przed nimi swoją tożsamość, przedstawiają dzieci kuzynów jako własne, itp. Wielu piłkarzy prowadzi więc podwójne życie, które oczywiście, ze względu na towarzyszące temu psychiczne obciążenie, często wpływa fatalnie na ich formę.

Po drugie: padł pewien mit i homofobi stoją z gołymi pupami

Pierwszego polskiego piłkarza, który zdecyduje się na tzw. coming out, czeka z pewnością ciężki sezon pośród licznie odwiedzających nasze stadiony faszyzujących nacjonalistów oraz wtórujących im chłopaczków bez charakterów (potrzebnych, aby oprzeć się kolektywnej głupocie). Takiego piłkarza spotkać też może nieformalna reprymenda ze strony władz klubu, że swoim gejostwem psuje w nim atmosferę (sic!). Oczywiście media rzucą się na takiego gracza jak sępy na padlinę grzebiąc w każdej sekundzie jego życia. Może nawet jakaś zorganizowana grupa homofobów czy bojówka związana z NOP dopuści się fizycznego ataku. Czy taki piłkarz jest w stanie to przetrzymać?

Wydawać by się mogło, że jest zbyt wiele powodów, aby dalej inscenizować swoją męskość i heteroseksualizm aż do bólu, na przekór własnej osobowości, logice, zdrowiu psychicznemu i wszystkiemu innemu. Z drugiej strony, pierwsi piłkarze, którzy zdecydują się na ujawnienie, spotkają się z niespotykanym wsparciem progresywnej części społeczeństwa. Żaden coming out nie powinien być forsowany, ale jak na dłoni leży pytanie o to, ile lat można żyć w ukryciu, prowadzić podwójne życie, okłamywać wszystkich dookoła, zabijać własne emocje? Co jest bardziej zabójcze, coming out czy granie roli?

Dotychczasowe przykłady ujawnień się (futbol/hokej/rugby) są dwuznaczne. Justin Fashanu, pierwszy brytyjski piłkarz, który ujawnił się jako gej (1990) został poddany takiej presji (głównie ze strony mediów, działaczy i kibiców), że po kilku latach popełnił samobójstwo. Minęło kilkanaście lat. Brendan Burke, czołowy amerykański hokeista (outing w 2009) otrzymał silne poparcie i być może dokonał przełomu w swojej dyscyplinie. Niestety zginął niedawno w wypadku samochodowym i nie będzie już świadkiem trwającego przełomu i losów kolejnych gejów hokeistów. Z kolei Gareth Thomas, gwiazda walijskiego rugby, którego tak spektakularną jak i brutalną grę podziwiał cały świat, swoim ujawnieniem się zatkał wszystkim usta. No jak to, ten brutal jest gejem? Linia ataku homofobów i kryptofaszystów kompletnie się załamała, bo w ich mniemaniu maksymalnym wysiłkiem fizycznym, na jaki stać geja jest spacer po wystawie fotografii. Tymczasem mit padł. Bez koronnego argumentu na to, że pewne rzeczy w życiu są dla pedalstwa nieosiągalne, homofobi pozostali tam gdzie stali. Tyle że nago, z gołymi pupami.

Po trzecie: stadion wciąż boi się geja

Futbol zawłaszczany jest dziś przez ultrakonserwatywne i faszyzujące nurty społeczne jako arena służąca do przedłużania sztucznej dominacji męskości nad kobiecością. Świadomość tego, pozwala zrozumieć dlaczego wszelkie próby rozmycia ostrych granic pomiędzy obiema płciami w obrębie typowo męskich sportów (futbol, hokej, rugby) spotykają się z tak szowinistycznymi reakcjami. To tłumaczy też, dlaczego świat futbolu tak bardzo boi się gejów.

Strach przed gejem-piłkarzem wynika także stąd, że piłka nożna jest, de facto, bardzo homoseksualnym sportem. Te wszystkie wilgotne uściski na murawie, ciągłe ocieranie się o siebie, euforyczne pocałunki, pieszczoty przy narożnych chorągiewkach, pogłaskiwania, tarzanki po trawie… Wszystko wykonywane przez zdrowych wysportowanych facetów ku wielkiemu podnieceniu fanów w każdy weekend na tysiącach stadionów całej Europy. Co gol, to ciało do ciała i zaczyna się wzajemne męskie pocieranie zapoconych mięśni. Ile razy widzieliśmy, jak w całym tym kolektywnym męskim uniesieniu dłonie sięgają, choć tylko na chwilę, w miejsca uznawane za najbardziej intymne. Niemniej seksowne są nieustanne przepychanki w polu karnym, podszczypywania, tulenie się do siebie w murze przy rzutach wolnych, itd. Bramkarze pocierający co chwila swoich obrońców po czuprynach, czy poklepujący po pupach, aby ruszyli do kontry. Mężczyźni sami dla siebie, przez 90 minut, ani jednej babki, a tyle seksualności, że wystarczyłoby na kilka odcinków wilgotnego erotyku. Tak przesiąknięty wzajemną męską seksualnością sport musi na siłę kreować się jako heteroseksualny. W innym wypadku, gdyby nazwać to wszystko co się dzieje na boisku i wokół niego po imieniu, mogłoby się okazać, że jest czymś bardzo, ale to bardzo, homoseksualnym.

Po czwarte: Arkadiusz Onyszko wygląda źle nawet w bieliźnie Davida Beckhama

Beckhama, który u szczytu swojej kariery sam określił się metroseksualnym i zdeklarował, że nosi bieliznę swojej partnerki, nie tylko nie spotkał lincz, ale wręcz zyskał na popularności. Twierdzi się, że swoją postawą zrobił wiele dla piłkarzy, trenerów i kibiców gejów. Ale czy nie jest to przesada? W końcu nigdy ani na sekundę nie zanegował swojej heteroseksualności. Wprost przeciwnie, zawsze dbał o jej obecność przed kamerami. Jako futbolowa pop-gwiazda największego kalibru, mógł sobie pozwolić na gierki wokół swojej seksualności. Jego sesje zdjęciowe i bieliźniany fetysz odebrane zostały jako egzotyczna pop-transwestycja na potrzeby marketingowe. Być może, gdyby podobnie jak on, zaczęło zachowywać się coraz więcej piłkarzy, gdyby poszedł krok dalej i zaczął przed meczami malować sobie oczy, gdyby na skutek tego, balansowanie na krawędzi seksualności i płci stałoby się w futbolu czymś codziennym, możnaby mówić o jakimś przełomie. Jednak tak się nie stało i rola Beckhama w procesie demontażu żenującego macho-wizerunku futbolu jest zdecydowanie przereklamowana. A jednak… każdy skrawek bielizny metroseksualnego Beckhama jest tysiąc razy więcej wart niż minuta gry w jakimkolwiek piłkarskim klubie kogoś takiego, jak Arkadiusz Onyszko, z którym to duński FC Midtjylland rozwiązał w 2009 roku umowę po tym jak ten popisał się swoją homofobiczną i ksenofobiczną erudycją. Od tego czasu Onyszko szamotał się po całej Europie nie mogąc znaleźć klubu, który wziąłby takiego idiotę do swojego składu. I świetnie, chociaż warto dodać, że jest to wynik nie tyle wzrostu tolerancji we władzach europejskich klubów, ile efekt skutecznej międzynarodowej kampanii przeciwko homofobii.

Po piąte: tyle buziaków w stronę szalikowców

W krajach, w których do tych kwestii podchodzi się bez napinki, już dawno przestudiowano wszystko to o czym tu mowa. Okazało się, że w jednej z najlepszych lig, znanej tak z wysokiego poziomu piłkarskiego jak i z multikulturowości, na dziesięciu piłkarzy co najmniej jeden jest gejem. Mimo, iż oczekiwanie na pierwsze oficjalne ujawnienie się wciąż trwa (znawcy tematu twierdzą, iż będzie ono miało charakter kolektywny bądź lawinowy), nieoficjalnie mówi się o wielu graczach z najwyższej półki transferowej, o idolach (także polskich kibiców), którzy niebawem zdziwią wielu swoich fanów.

Ale nie czekając na ten moment już dziś można stwierdzić, że każdej soboty na boiska Bundesligi wybiega co najmniej kilkunastu uwielbianych przez szalikowców gejów. Czy Bundesliga jest wyjątkiem? Nie ma żadnych powodów, aby tak uważać. Podobnie musi być w Premier League, El Primera Division, Serie A, francuskiej League 1 czy w polskiej Ekstraklasie. Tak więc w każdy weekend blisko sto, jeśli nie więcej, gejowskich gwiazd piłki nożnej wprowadza w zachwyt i ekstazę miliony kibiców na całym kontynencie. Strzelając bramki, dryblując, faulując, ale też chwytając się za koszulki, obściskując po strzelonych bramkach i puszczając buziaki w stronę wiernych im szalikowców. Oto bezsensownie tabuizowana prawda o futbolu.

Po szóste: nadchodzi kolejna Noc Muzeów

Na trybunach nie jest inaczej. Oczywiście, homofobiczny klimat narzucany ostatkiem sił przez zakompleksione grupki skrajnie prawicowych krzykaczy odpycha część nie-heteroseksualnych widzów od uczęszczania na stadiony. Ale tylko część, podczas gdy tysiące nie dają sobie odebrać tej sfery publicznej przez atawistyczne bandy. Dowodem na to są powstające w ostatnich 10 latach w całej Europie fankluby zrzeszające kibiców nie-heteroseksualnych. Czy dlatego, że zaczęli się oni nagle pojawiać na trybunach? Nie. Oni byli tam zawsze i tylko futbolowy świat udawał, i nadal próbuje udawać, że ich tam nie ma. Czy gejowskie fankluby powstają dlatego, że chcą się na trybunach izolować od reszty kibiców? Nie. Powstają dlatego, że chcą dać dowód na swoją obecność.

Wielu kibicom i ultras odechciało się brać udział w teatrze dyktowanym przez podstarzałych panów z FIFA i UEFA oraz grupki zacofanych nacjonalistów. Dzień, kiedy na większości piłkarskich stadionów, obok barw klubowych, zaczną powiewać tęczowe flagi jest już całkiem blisko. Na wielu już powiewają, jak choćby na New Camp w Barcelonie. Homofobiczna horda, podkręcana przez kryptofaszystowski, „narodowy” tłumek, będzie się szamotała, odgrażała, trzęsła, pieniła i wymachiwała rękami. Zdesperowani obrońcy narodowego frontu społecznego zacofania popadną w agonię. Ale nic nie będą w stanie zmienić, gdyż zarówno futbol, a tym bardziej większość jego fanów, chce iść do przodu.

Przez dziesiątki lat udawano, że fultbol to gra dla mężczyzn, nawet kryminalizując kobiety kopiące piłkę. To już przeszłość. Nadchodzące mistrzostwa świata kobiet w piłce nożnej obejrzą miliony ludzi. wkrótce tak samo odczarowane zostanie ostatnie tabu piłki nożnej – homoseksualizm. Ostatni społeczny bastion żałosnej homofobii, inscenizowane heteroseksualne oblicze futbolu, będzie można niebawem obejrzeć w Muzeum Piłki Nożnej w ramach kolejnej Nocy Muzeów w naszym mieście. Nie przegapcie!

Epilog czyli kontekst antyfaszystowski

Agonia homofobi w futbolu ma także szerszy, społeczny, antyfaszystowski kontekst. To właśnie na stadionach zagnieździły się, pomiędzy tysiącami fanów, najbardziej konserwatywne, faszyzujące grupy społeczne. Tam prowadzą najintensywniej swoją faszystowską agitację. Stadiony są obecnie ostatnią publiczną areną, na której wciąż mogą pozwolić sobie na dyskryminujące przyśpiewki bez reakcji antyfaszystów. Tam nasycają baterie faszystowskiej nienawiści. Ale na szczęście także stamtąd, prosto z trybun, płynie coraz więcej sygnałów, że pora już z tym skończyć. Stadiony to nie wybieg dla nabuzowanych homofobicznych szympansów, ani rezerwaty dla faszystów. Piłka nożna nie jest z natury hetero czy w ogóle czymś z gruntu męskim. Jest w niej miejsce dla wszystkich płci, seksualności i tożsamości. Pora na wyzwalającą antyrasistowską, antyhomofobiczną i antyfaszystowską ofensywę na stadionach.

Bydgoskie impresje – antyfaszystowski punkt widzenia

18 Maj

Nie pisałam jeszcze na moim blogu o futbolu lecz przyszedł moment, aby to zmienić…

Zacznę od podkreślenia pewnego faktu: tegorocznego Pucharu Polski w Bydgoszczy, z pewnością nie wygrał poznański Lech. Ale nie wygrała go też warszawska Legia. Ba, nie wygrał go też łódzki Widzew ani wrocławski Śląsk (na swoje szczęście wogóle się na niego nie załapały). Tegoroczny puchar przechodni wędruje, póki co, do rąk PZPN, do rąk państwowych organów represyjnych oraz do rąk pewnej specyficznej grupy kibiców (nie, nie mam tu na myśli niesławnych „kiboli”, ale o tym za moment). Jak się nim podzielą, to już nie jest mój problem. Problem tkwi w tym, że wszyscy trzej tegoroczni Championi reprezentują najpaskudniejsze wycinki futbolowego uniwersum.

Eskalacja w Bydgoszczy oraz to co po niej nastąpiło, a więc medialna nagonka, spazmatyczne reakcje urzędników futbolowych i państwowych oraz policyjne represje, były, i wiemy o tym wszyscy, przewidywalne. Takiego obrotu sprawy spodziewali się nie tylko kibice Legii i Lecha, ale cała Polska, także wiele osób omijających stadiony.

Wyskoczenie kibiców Legii na murawę bydgoskiego boiska w chwili padnięcia rozstrzygającego gola, było być może reakcją o dwie, trzy sekundy za szybką, ale jak najbardziej naturalną, normalną, powszechną. Powiem więcej: pozostanie na trybunach byłoby objawem emocjonalnych zaburzeń! Wystawać na nich latami w oczekiwaniu na ten niepowtarzalny moment sukcesu wywołującego euforię, po to, aby stłumić go i nie pogratulować swojej drużynie z najbliższej odległości… tego nie uczyniliby nawet fani hokeja na trawie, a co dopiero futbolu.

Wiedziały o tym doskonale sfery, którym nie zależało na niczym innym jak na eskalacji zdarzeń, gdyż zamierzały ją wykorzystać. Represyjne wygonienie kibiców z murawy na trybuny, dokonane przez policję, było krokiem wykalkulowanym. Wiadomo było, że dojdzie do oporu. Każdy by go postawił w takiej sytuacji, ja też.

Solidarna reakcja kibiców Lecha na policyjną przemoc, nawet jeśli skierowaną w oponentów z Legii, była też sprawą oczywistą. Nie znam klubu, którego kibice będąc świadkami tak skandalicznej policyjnej prowokacji nie okazaliby solidarnej złości. Na ten wypadek także coś z góry przygotowano. Mianowicie to, co zwykło się testować na kibicach: broń gładkolufową i gumowe/plastikowe kule.

Państwo potrzebuje podtrzymywać swoją represyjną gotowość w najwyższej formie, aby nie dać się zaskoczyć własnemu społeczeństwu… Tak już od jakiegoś czasu bywa, że tam gdzie ruchy społeczne stojące w konflikcie z systemem nie są zbyt ofensywne, metody pacyfikowania „tłumu” państwo testuje na kibicach piłkarskich. To co sprawdzi się na tym terenie, powinno funkcjonować w razie fali protestów pracowniczych, niepokoi antyrządowych, antykapitalistycznych wystąpień etc. Tak jest od lat, nie tylko w tym kraju. W dzisiejszych czasach, to na kibiców jako pierwszych spadają zakazy opuszczania miejsca zamieszkania w konkretne dni i czasowe zakazy przemieszczania się. Tworzone są tzw. ‘czarne listy’ z katalogami nazwisk i coraz wnikliwsze bazy danych. Usprawniany jest ich przepływ pomiędzy wieloma instytucjami kontroli. To na kibicach testuje się nowoczesny, represyjny matrix. Przyjdzie pora, przeniesie się go na innych wrogów porządku, na ruch pracowniczy, stowarzyszenia lokatorskie, czy też ruch antyfaszystowski. To samo tyczy się metod rozbijania masowych zgromadzeń, demonstracji i wystąpień, prowokowania zamieszek kiedy niepotrzebne i potępiania ich kiedy uzasadnione. Na kibicach testuje się mobilne wozy monitoringowe, nowe modele armatek wodnych, gazów bojowych, broń i kule z nowej gumy i nowego plastiku, strategie zastraszania, kontrolowania i sterowania tłumem.

Aż strach pomyśleć co biedne państwo zrobiłoby bez swoich niedobrych „kiboli”. Czy testowałoby gumowe kule i gazy pieprzowe na strajkujących pielęgniarkach? „Na szczęście” nie musi. Futbolowy poligon logistyczno-legislacyjny, póki co, doskonale spełnia swoją rolę.

Puchar Polski w piłce nożnej na rok 2011 wędruje więc zdecydowanie w ręce policji i państwowej represyjności. Tym razem w postaci forsowania nowych represyjnych ustaw, m.in. tej o zasłanianiu twarzy. Droga do finału nie była zbyt trudna. Najpierw przygotowano fundament wprowadzając absurdalnie wysokie kary za przekroczenie płyty boiska. Następnie, w odpowiednim momencie, zorganizowano mecz przed którym wiadomo było, że do takiego przekroczenia dojść musi. Kibice swój instynkt mają i zakryli twarze, aby nie zadłużyć się na resztę życia karą za przypływ zdrowej euforii. Tylko na to czekano: „Nie możemy zidentyfikować delikwentów! Trzeba im zakazać zakrywania twarzy! Na zawsze! Wszystkim!” Nie jest ważne czy forsowana obecnie ustawa obejmie od razu wszystkie zgromadzenia publiczne czy chwilowo tylko stadiony i ich okolice. Raz wprowadzona będzie zaostrzana i rozszerzana, to tylko kwestia czasu. Jutro nie wolno będzie zasłaniać twarzy kibicom na stadionach, za tydzień związkowcom na demonstraciach, potem lokatorom w trakcie blokowania eksmisji z mieszkań, antyfaszystom w trakcie blokowania faszystowskich przemarszy etc.

Puchar Polski zdobywa w tym sezonie także PZPN, bo udało mu się wreszcie rzucić do gardła jedynemu groźnemu oponentowi jego polityki, czyli kibicom i ultras.

No i wreszcie, po Puchar Polski sięgają też skrajnie prawicowe, faszyzujące środowiska, które swoimi postawami i manierami zatruły część polskich ultras do tego stopnia, że ci ostatni nie otrzymają w tych dniach potrzebnego wsparcia od wielu grup społecznych pozostając dalej zdanymi na odmóżdżający romans z faszyzującymi kretynami.

W tym konktekście, pozwolę sobie nakreślić na czym polega problem polskich stadionów oraz jak się przedstawia widmo najbliższej przyszłości…

Po pierwsze, PZPN zrobił i dalej robi z krajowego futbolu swój własny biznes i jest gotów na każde kurestwo byle tylko ten się kręcił. Obecnie wraz z władzami ukręcają biznes stulecia pt. EURO 2012 – wszystko i wszyscy mają się mu podporządkować.

Po drugie, kibice i ultras od lat dają się wkręcać (krypto)faszystom w rasistowski i narodowo-szowinistyczny klimat. Kultura kibicowania mutuje ze zdrowego futbolowego fanatyzmu (będącego elementem masowego spektaklu sportowego) w szowinizm nacjonalistyczno-ksenofobiczny. Szczytem kreatywności pozostaje wyzywanie się od żydów i pedałów. Stadiony stają się ostatnim bastionem homofobicznego szowinizmu, najbardziej zacofanym wycinkiem życia społecznego.

Po trzecie, stadiony przesiąknięte takim klimatem odpychają tysiące młodych ludzi. Ludzi, których futbol mocno kręci i którzy nie gardzą ostrym, kreatywnym kibicowaniem i futbolowym fanatyzmem, ale równocześnie brzydzą się rasizmem, nacjonalizmem i kultem ksenofobicznego maczo-hama. Ci ludzie, którzy nie mają ochoty brać udziału w spektaklach homofobii i antysemityzmu, trzymają się od polskich stadionów z daleka, kibicując klubom z innych krain.

Po czwarte, uczęszczający na stadiony kibice i ultras, słusznie reagują na chciwość i zamordyzm PZPN-owskiej mafii oraz represyjność państwa i policji (na żadnym stadionie świata policja nie jest mile widziana i jej obecność uznawana za prowokację i demonstrację władzy/kontroli). Jednak mimo zrozumienia ze strony tysięcy młodych ludzi nie są dziś w stanie wygrać tej słusznej batalii, bo ludzie mający odrobinę godności nigdy nie staną w szeregu, w którym prym wiodą ludzie o skrajnie prawicowych poglądach, nacjonaliści, rasiści, nie rzadko faszyści. Tolerując te tendencje obecni kibice i ultras skazują siebie samych na porażkę w walce z futbolową mafią. Przegrywamy wszyscy, gdyż dopóki kibice będą tolerowali rasistowski klimat, dopóty PZPN-owi i represyjności będą dostarczane argumenty do zmieniania rzeczywistości na swoją modłę, krok po kroku. Oznacza to kolejne represyjne ustawy obejmujące całe społeczeństwo, ogólny wzrost kontroli i coraz bardziej policyjne państwo.

Po piąte, i na tym już koniec, jeśli nic się nie zmieni także nadchodzący Superpuchar pójdzie dla PZPN, w europejskich pucharach reprezentować będzie nas ponownie nacjonalistaczno-homofobiczny ciemnogród, a ceremonia otwarcia EURO 2012 będzie ostateczną inauguracją ery państwa policyjnego, społeczeństwa kamer, identyfikatorów, mundurów, tajniaków, donosicieli, rozrastających się baz danych i biometrycznych profili.

Kto nie chce skończyć w takiej rzeczywistości musi walczyć równocześnie z PZPN, represyjnością państwa i z dyskryminującymi szowinizmami na stadionach. Oznacza to walkę o uspołecznianie procesów rozwoju futbolu, konieczność narodzin na stadionach nowego modelu fanclubów wpływających na politykę i klimat w klubach oraz społecznemu, radykalnemu embargo na jakąkolwiek dyskryminację na trybunach ze strony całej wiary kibolskiej.

Najważniejsze jest jednak to, że kibice muszą stanąć za sterem sami. Oczekiwanie, że to władze zrobią porządek z PZPN, to oddawnie kontroli w ręce mafii polityków. Oczekiwanie, że PZPN zrobi porządek z dyskryminacją i nacjonalizmem na stadionach, to legitymowanie parszywego PZPN. Próby walki z PZPN i represyjnością wspólnie z faszyzującymi ekipami, to pozwalanie rasizmowi zakotwiczać się na dobre na naszych stadionach i zamykanie drogi do nich dla tysięcy ludzi.

Tylko świeża inicjatywa ze stadionu, bezpośrednio z trybun, jest nadzieją na wygranie batalii o polski futbol. A gdy zmieni się klimat na stadionach, PZPN odda władzę, policyjne państwo zrobi w tył zwrot, a rasiści i faszyści zostaną wreszcie uciszeni, trybuny może wreszcie wypełnią się po brzegi kolorowym tłumem futbolowych fanatyków, zawrzą od szalonego i ostrego dopingu, od fanatyzmu, którego nie trzeba będzie się wstydzić… W tej atmosferze drgnąć może nawet poziom samego kopania piłki.

Lukrecja Sugar