Tag Archives: ksenofobia

Przedmeczowy incydent czy Wielka Polska Katolicka na polowaniu?

13 Czer

polski rasizm na ulhttps://lukrecjasugar.wordpress.com/wp-admin/edit-comments.phpicach Warszawy

(na ubraniach widać skrajnie prawicową symbolikę: po lewej szczyl z logiem „ofensywa” na kurteczce, po prawej goguś z krzyżem celtyckim na szaliczku)

Znienawidziłam słowo INCYDENT.
A jeszcze bardziej tych, którzy próbują przy jego użyciu zamaskować prawdę o problemie, z którym ewidentnie mamy do czynienia.
Ostrzegam, w tym felietonie pojawią się wulgaryzmy.

Przedmeczowy incydent…

Próby relatywizowania tego co zaszło w dniu meczu Polska-Rosja na ulicach Warszawy, próby zarówno wielu prawicowych komentatorów jak i przedstawicieli władz (a więc organizatorów EURO2012) są jednocześnie żałosne, nieodpowiedzialne i nachalne. To co miało miejsce na ulicach Warszawy nie było w żadnym wypadku incydentem! Proszę przestać pier…lić głupoty!

…czy Wielka Polska Katolicka oraz Bóg-Honor-Ojczyzna na wspólnym polowaniu?

Kilkuset do tysiąca zacofanych mentalnie FACETÓW, nie mogących odnaleźć siebie samych w zmieniającym się świecie i zrzucających za to winę na „obcych”, biło wczoraj niemal wszystkich napotkanych Rosjan, często napadając ich w większych grupach i od tyłu, a kolejne setki Polaków, od 16-letnich zachlanych siks po 70-letnie rydzykowe babcie, zagrzewało do czynów wykrzykując zza ich pleców „Jebać ruskie k…y!” lub „Ruskie wynocha!”. To był skrajnie prawicowy motłoch en masse. Wśród biegających ze śliną na ustach pojebańców, co dziesiąty miał na sobie nacjonalistyczne emblematy. Przeważały koszulki odwołujące się do haseł „bóg, honor, ojczyzna”, obciachowe ciuchy z logiem „Ofensywa” (znakiem rozpoznawalnym skrajnie prawicowych przygłupów), neofaszystowskie nadruki „White Patriot” i szaliki z krzyżami celtyckimi (symbolami domniemanej białej rasistowskiej supremacji). Nie mówię tu o tuzinach, ale całym zlocie tak ubranych nacjonalistycznych fajansiarzy. Kolejnych kilkudziesięciu zrezygnowało z rasistowskich emblematów tylko po to aby nie być rozpoznawalnymi. Skrajnie prawicowy, zakompleksiony motłoch był siłą przewodnią i napędową antyrosyjskich, ksenofobicznych, nacjonalistycznych polowań, które trwały od godziny 16 do północy, a więc przez około 8 godzin na obszarze całego centrum stolicy.

Oto jak dokładnie wyglądał wczorajszy „przedmeczowy INCYDENT w centrum Warszawy”.

Drugie Węgry?

Skoro tego typu zdarzenia nazywa się incydentami to rozumiem, że o nasileniu nacjonalistycznie umotywowanej przemocy zacznie się mówić dopiero wtedy, gdy kilka tysięcy uzbrojonych w kije nacjonalistów wyśle do miejskich kostnic pierwszych czternastu cudzoziemców, a o skrajnie prawicowym terrorze wspomni się wtedy, gdy zdarzenia takie będą miały miejsce w każdy wtorek, czwartek i sobotę, a obcokrajowcy coraz rzadziej będą odwiedzać ten kraj, tak jak to ma miejsce od kilku lat na Węgrzech.

Dlaczego w tym roku obchodzimy 11 listopada już 12 czerwca?

Czy muszę dodawać, że wielu uczestników „incydentu” zostało rozpoznanych jako animatorzy terroru z 11 listopada 2011, który podobnie jak teraz, miał swój „narodowy patronat” w postaci osób i instytucji legitymizujących go i podobnie jak teraz, rozlał się na całe miasto?

Czy muszę dodawać, że faceci od „incydentów” to awangarda Marszu Niepodległości organizowanego przez krypto-faszystowski ONR i nacjonalistyczną Młodzież Wszechpolską oraz oszołomioną „narodową prawicę”, która nie oferuje temu społeczeństwu nic innego poza agresywnym patriotyzmem, zwanym inaczej nacjonalizmem?

Czy muszę dodawać, że kilkunastoosobowa grupa stołecznych Autonomicznych Nacjonalistów (po mojemu Anabolicznych Nieudaczników) rozpędzała się na rosyjskich kibiców ramie w ramie z Januszem Korwinem Mikke (tyle tylko, że Janusz szybciej wyciął popularną długą i tylko dlatego nie dostał po buzi od wkurzonych Rosjan)?

Czy muszę dodawać, że liderzy tych nacjonalistyczno-burackich ataków są w bliskich relacjach z członkami Stowarzyszenia Marsz Niepodległości oraz planują swoje kolejne popisy 30 czerwca w Poznaniu?

Czy muszę dodawać, że także wśród Rosyjskich kibiców widać było kilkunastu w koszulkach „Blood & Honor” a więc w tych samych, których widywaliśmy już setki razy polskich „narodowych radykałów” co jest tylko dowodem, że (neo)faszyzm nie ma granic i potrafi być zarówno węgierski, niemiecki, rosyjski jak i polski? Tyle tylko, że wczoraj był zdecydowanie polski.

Do wszystkich komentatorów, wyznawców „teorii incydentu”:

Po cholerę ta ściema? Cały kraj widział. Był syf. Polski nacjonalistyczny syf. Był na skalę jakiej nie ma w innych krajach w Europie. Był, bo zamiast się zająć neofaszystowskim ścierwem na polskich stadionach i ulicach, pomagacie im tworzyć legitymacje pod ich kolejne ataki: „bolszewicki marsz rosyjskich kibiców”, „niemcy przyjeżdżają bić polskich patriotów”, „homoseksualiści prowokują swoją paradą”…

Do wszystkich ultras i kibiców, którzy mają w sobie wystarczająco rozumu i godności:

Kiedy wreszcie skopiecie dupy i wygonicie ze swoich szeregów tych niedorozwiniętych wyznawców „białej polski”? Oni nie tylko przynoszą wam obciach, ale jeszcze robiąc swoją nacjonalistyczną politykę na stadionach, ściągają na was represje! Chcieliście aby wszyscy mieli przed wami respekt, a dzięki tym wszechpolskim nieudacznikom wszyscy wami gardzą.

Ultras – wake up! Czas na przebudzenie! „Futbol – Doping – Adrenalina” zamiast „Obciach – Rasizm – Nacjonalizm”

Oto i oni… Automatyczni Nieudacznicy (AN)…kwiat narodu… blokowi fetyszyści rosyjskiej flagi… młodzi, zdrowi, głupi jak para sandałów…
Anaboliczni Nieudacznicy

Lukrecja – byłam, widziałam, zrozumiałam.

Reklamy

Faszystowskie marsze ulicami miast

15 Lip

Nieważny jest powód – ważny jest zwarty szyk i funkcje jakie pełni przemarsz

Fetyszyści . Nie mogą żyć bez maszerowania.

Historycznie rzecz ujmując, ciężko jest sobie wyobrazić rozwój ruchów faszystowskich bez słyn¬nych przemarszów – zarówno tych przełomowych, jak marsz na Rzym, jak i tych prowadzących do celu, o których chcemy tu mówić. Charakter, przebieg i funkcje marszów skrajnej prawicy są dziś takie same, jakie były w przeszłości.

Istotę organizowania przez skrajną prawicę przemarszów można by w zasadzie wyjaśnić w bardzo prosty sposób. Faszyzm, jak i ruchy z niego czerpiące, cechuje pociąg do wszyst¬kiego, co militarystyczne. Nie tylko ze względu na zmilitaryzowanie wszelkich instytucji w systemie do którego dążą, ale też dlatego, że w ogólnym wyobrażeniu faszystów o społeczeństwie militarny dryg zajmuje bardzo istotne miejsce.

Jednak marszów skrajnej, faszyzującej prawicy nie powinniśmy odbierać jedynie jako odzwiercie¬dlenia idei, jakie mają one propagować. Marsze te pełnią dodatkowe role: propagandową i stra¬tegiczną.

Krętacze. Narzędzie propagandy i element strategii.

Faszyzujące ugrupowania jak NOP czy ONR do niedawna niemal w ogóle nie istniały w przestrzeni publicznej. Prowokowały atakując Parady Równości czy świętując pogromy ludności żydowskiej w Jedwabnem. Brakowało im jednak wydarzeń, wokół których mogłyby werbować nowych sympatyków, oraz momentów insceni¬zowania swojej siły. Ich mizerna kompetencja agitacji w przestrzeni kulturalnej nie pozwoliła im rozwinąć skrzydeł w tej dziedzinie (tzw. muzyczna scena narodowa jest okrutnie żenująca). Skoncentro¬wano się więc na dwóch strategiach ingerencji w przestrzeń publiczną: indoktrynacji kibiców piłkarskich i organizacji przemarszów.

Przemarsze to sposób na poszerzanie własnej przestrzeni politycznej. Celem strategicznym jest proces zjednoczenia za ich pomocą skłóconych i podzielonych odłamów w ruchu: skrajnych nacjo¬nalistów, radykalnych narodowców, neofaszystów i skrajnie konserwatywnej młodzieży. Na zewnątrz ma to wyglądać na rozbudzanie patriotyzmu. Pewnie i nim jest. Patriotyzm służy tu jednak przede wszystkim jako maska, pod którą kryje się współczesne oblicze rodzimego ruchu (krypto)faszystowskiego, który z kolei ma być wspierany przez same marsze. Jest to więc narzędzie jedno¬czenia agresywnych patriotów z wyrachowanymi faszystami, które to jednoczenie odbywać się ma poprzez wspólne maszerowanie.

Pięknisie. Makijaż na każdą okazję.

Oficjalne powody marszów są tylko pretek¬stem do osiągnięcia powyższych celów. Niebawem, 11 czerwca, ma się odbyć marsz przeciwko tęczowej fladze, która ma zawisnąć tego dnia na ursynowskim ratuszu jako symbol tolerancji seksualnej. Sama flaga zapewne drażni młodzież patriotyczną, ale przede wszystkim stała się kolejnym pretekstem do zwołania marszu (na ratusz). To samo dotyczy mnożących się ostatnio marszów z okazji wszelkich powstań – Śląskiego, Wielko¬polskiego, Warszawskiego, rocznicy Grunwaldu, Święta Flagi Narodowej, etc.

W odezwach z okazji wszystkich marszów powtarza się apel o przyprowadzanie na nie rodzin, znajomych i sąsiadów. Czy nie jest zastanawiające, że retoryka, za pomocą której wzywa się do kolej¬nych marszów, jest identyczna? Czy nie dziwi to nagłe umiłowanie ludzi do maszerowania? Nie dziwi, jeśli zrozumie się, że stoi za tym ten sam front (ONR, NOP i spółka), oraz że jest to stra¬tegia, którą podążają rodzimi (krypto)faszyści.

Poszukiwane są odpowiednie momenty, m.in. takie, w których władze państwowe i część społe¬czeństwa celebrują pewne wydarzenia historyczne. Obecność skrajnej prawicy w takie dni nie razi aż tak mocno, a ich faszyzujące idee, przy odrobinie dobrego makijażu, stają się wręcz przyswajalne. Wystarczy np. że nazwą swój marsz, Marszem Niepodległości, Zwycięstwa czy Grunwaldzkim i skoncentrują się przez moment nie na białości rasy, a na wielkości narodu.

Spryciarze. Brunatne kameleony.

Marsz 11 listopada w Warszawie jest dla polskich (krypto)faszystów i „narodowców” prestiżowy. Wiadomo – stolica. Sam termin został dobrany sprytnie. Dzień, w którym wzbierają emocje narodowe, jest idealnym momentem aby, wykorzystując tę atmosferę, propagować skrajny nacjonalizm, zademonstrować swoją siłę, a przy okazji i rasizm, ksenofobię, antysemityzm, homo¬fobię i inne skrajnie prawicowe, faszyzujące idee. Dzięki wieloletniej konsekwencji udało im się wpisać swe marsze na stałe w kalendarz i krajo¬braz naszego miasta, a wręcz stworzyć złudzenie, że są one czymś normalnym. To również ich strategia: im częściej pojawiają się w przestrzeni publicznej, tym bardziej stają się jej integralną częścią. Wieloletnią pasywną postawę warsza¬wiaków wykorzystali do swobodnego rozwoju. Marsze są coraz większe, od 200 osób po 1,5 tysiąca w zeszłym roku. Półtoratysięczny marsz może wciąż wydawać się czymś marginalnym. Ale pamiętajmy, że mamy do czynienia z 1,5 tysiąca osób, z których większość, gdyby tylko udało im się poczuć bezkarnie, byłaby gotowa do najokrutniejszych czynów wobec wszystkiego co (im) obce.

Strategia marszów nie wzięła się znikąd. Prak¬tykowana przez skrajną prawicę w innych krajach doprowadziła do tego, że w Niemczech tego typu marsze odbywają się obecnie w każdy weekend! Także u nas w ostatnich kilkunastu miesiącach miały miejsce przemarsze w Lublinie, Opolu, Katowicach, Poznaniu i Wrocławiu. A z każdym z nich (krypto)faszyści nabierają organizacyjnej wprawy i zacieśniają struktury. Póki co na marszach jest słaba frekwencja i wypadają one żałośnie. Tym bardziej w ich obozie rośnie ranga marszu w Warszawie. Traktując go prestiżowo narzucili sobie 11 listopada wielką dyscyplinę, cenzurując własne okrzyki i unikając hajlowania w zasięgu kamer. Zamienili się, niczym kameleony, w przykładnych patriotów. Ale ci sami ludzie podczas marszów w innych miastach zachowują się dużo swobodniej, zgodnie z tym co myślą, co chcieliby głosić i czynić (patrz zdjęcia).

Nożownicy. Żądza krwi kontra dyscyplina.

Jednak i w Warszawie pół roku temu nie było aż tak idealnie, jak sobie wymarzyli. Żądza krwi okazała się silniejsza od żelaznej faszystow¬skiej dyscypliny. Sfrustrowani brakiem możliwości zranienia kogokolwiek z kilku tysięcy „żydów, homoseksualistów i lewaków”, bezpośrednio po marszu zaczęli walczyć między sobą, nawzajem dźgając się nożami. Najwyraźniej proces budowania jednolitego frontu wciąż napotyka na przeszkody. Mimo tego, a może właśnie dlatego, powinniśmy zacząć adekwatnie reagować na funkcję, jaką pełnią w tym procesie ich marsze, zwłaszcza ten warszawski. Inscenizując jedność, zdecydowanie, porządek i gotowość do wprowadzania terroru wobec przeciwników, chcą zaimponować podatnym na takie postawy ludziom. Blokowanie tych insce¬nizacji nie przysparza im (jak błędnie twierdzą niektórzy) dodatkowej reklamy, ale uniemożliwia ową inscenizację, wywołując zarazem osłabianie ich struktur poprzez powstawanie wewnętrznych napięć. Nieblokowanie umożliwia im swobodny rozwój, poszerzanie zakresu politycznej agitacji, wpisywanie się w publiczny krajobraz miast oraz zwiększanie impetu nagonki na swoich przeciw¬ników. Nasza ignorancja służy więc rozwojowi frontu skrajnej, faszyzującej prawicy. Odebranie im możliwości przemarszu głównymi ulicami stolicy w zeszłym roku (chcieli maszerować Krakowskim Przedmieściem, poszli Powiślem) było dobrym początkiem. A jednak każde sto metrów tego typu przemarszu jest wyzwaniem. Nie tyle dla naszego miasta (widziało i zniosło już wiele!), ale także dla wszystkich osób w nim żyjących.

Nie pozwólmy (krypto)faszystom przejść nawet centymetra ulicami Warszawy!

„Złote żniwa” – wszystko, ale nie zdziwienie

18 Kwi

Przeczytałam „Złote żniwa” państwa Gross i myślę, że każdy kto chce lepiej zrozumieć historię, ale też obecny kształt społeczeństwa, w którym żyje, powinien to zrobić.

Nakrzyczano się o tym eseju już tyle, i to jeszcze przed jego oficjalnym wydaniem, że aż głupio zabierać głos po przejściu takiej lawiny. A jednak, mam garść osobistych uwag, którymi zdecydowałam się podzielić.

Najsilniejszym odkryciem było to, że po przeczytaniu ostatniego rozdziału i odłożeniu książki, zdałam sobie sprawę, iż nic mnie w jej przekazie nie zdziwiło…

Utkwiła mi ogromna ilość bardzo cennych, wiarygodnych, świetnie dobranych i precyzyjnie skomentowanych tekstów źródłowych.

Ujęły mnie wielka subtelność i niespotykana precyzja z jaką autorzy obchodzą się z każdym jednym wysnutym na podstawie badań, porównań i analizy, wnioskiem, z każdą nasuwającą się refleksją, każdym sformułowanym osądem, a nawet, z każdym jednym zdaniem i słowem!

Zwrócił moją uwagę fakt, że wszystkie zasłyszane w ostatnich miesiącach linie krytyki, użyte przez prawicowych populistów w celu zdyskredytowania czy zdewaluowania przekazu tej książki, zostały przez autorów uprzedzone i podjęte już na samych stronach „Złotych żniw”. Na pewno ma to wiele wspólnego z tym, że książkę atakowano jeszcze zanim osiągnęła swój ostateczny kształt. Nie zmienia to faktu, że cały ten raban wokół jej ukazania się (choć zrobił on jej dużą reklamę, z czego należy się tylko cieszyć) wydaje mi się dziś, jeszcze bardziej żałosny niż wydawał się przed samą lekturą, a ludzie którzy go narobili zwykłymi krzykaczami, którzy nie będąc w stanie przytoczyć własnych kontrargumentów podchwycili momenty wyważonych i bardzo objektywnych rozważań samych autorów (oczywiście ignorując już same wnioski).

Wreszcie, byłam pod wrażeniem niesamowicie dogłębnej i wielowymiarowej antropologicznej analizy, słynnej już dziś, fotografii, która jest niejako motywem przewodnim książki. Fotografii dokumentującej polskie złote żniwa w opuszczonej Treblince.

Być może w paru miejscach poczułam się przygnieciona ilością opisów, z których każdy jeden ma wymowę ciężkiego kalibru.

Jednak nic, ale to nic, mnie w przekazie „Złotych żniw” nie zdziwiło.

I nie koniecznie dlatego, że w ostatnich kilkunastu latach przygotowywani byliśmy do poznania prawdy o roli polskiego antysemityzmu i Polaków w Zagładzie. Przygotowani poprzez całą serię opracowań odkrywających tę prawdę kawałek po kawałku.

O wiele bardziej dlatego, że zawsze już czułam, iż otaczające mnie współcześnie antysemityzm i ksenofobia po polsku, nie mogły się wziąść z nikąd. Czułam, że za fundament nie starczyłyby ulotne antysemickie stereotypy i mało śmieszne antyżydowskie dowcipy. Nie przetrwały by tak żywotnie, aż tylu długich lat. Czułam, że współczesny antysemityzm i ksenofobia muszą żłopać z o wiele głębszego koryta, że bazują na fundamencie masywniejszym niż jesteśmy w stanie dziś dostrzec. Zbyt wiele znajomych mi osób, krewnych (wśród nich moi rodzice), sąsiadów, okazywało się tak kompletnie przesiąkniętych bezkrytyczną wrogością do tego co obce, i przede wszystkim, do tego co żydowskie. To nie mogło się wziąść znikąd. Czułam, że ten „marginalny przedwojenny antysemityzm Polaków”, tak mocno krzewiony przez ówczesny ONR i inne ugrupowania polityczne, musiał mieć o wiele większy zbrodniczy potencjał niż wynikałoby to ze szczątkowych i rozproszonych opracowań, opublikowanych na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat.

I okazało się, że miał. I to jeszcze jaki. Tyle tylko, że mnie to odkrycie właśnie nie zdziwiło.

Nie zdziwiła mnie więc także jedna z centralnych tez „Złotych żniw”, mówiąca o tym, iż zbrodniczy antysemityzm Polaków nie miał charakteru „kryminalnych wyskoków dewiantów ze społecznego marginesu” i nie był też „wywołanym wojennymi uwarunkowaniami zwyrodnieniem nielicznych”, ale był „społeczną praktyką”. Praktyką dokonywaną rękoma polskich chłopów, prawników, strażaków, partyzantów, przedstawicieli kościoła, sołtysów, artystów, urzędników, cukierników, policjantów, tramwajarzy, wójtów, handlarzy, gospodyń domowych, wykwalifikowanych robotników, kolejarzy, polityków, młodzieży, dzieci… Od białostoczczyzny po Śląsk, przez kieleczczyznę i Warszawę i w setkach miejsc po drodze…

Co gorsza, czytając „Złote żniwa” uświadamiałam sobie coraz bardziej, jak wiele z owego potencjału wciąż w tym społeczeństwie drzemie. Jeżeli w 2010 roku, demonstracja ugrupowania ONR, które się bezpośrednio do owej tradycji odnosi, była w stanie przyciągnąć ponownie półtora tysiąca ludzi (a są to wciąż jedynie reprezentanci swoich społeczności) to znaczy, że książka, o której tu piszę, ma swoją wartość nie tylko w kontekście obnarzania i uwiarygodniania naszej przeszłości… Kilka dni temu ONR obchodził w Opolu swoje 77 urodziny. W trakcie przymarszu, członkowie tej organizacji krzyczeli w stronę przychodniów „Biała rasa!”. I wiele innych interesujących rzeczy. Przemarsz odbywał się za zgodą władz miasta, przy dosyć biernej postawie mieszkańców Opola i pod ochroną policji. Policji, ciągle jakoś granatowej…

Jeszcze jedna rzecz zwróciła moją uwagę w czasie lektury „Złotych żniw”. Otóż na tle wielu innych rodaków, zdyscyplinowani patrioci nie zniżyli się do zbrodniczego poziomu. Nie dopisali swoich sum do polskiego rachunku za Holocaust. Nie zrobili tego, gdyż do tego zobowiązywał ich tzw. „kodeks patriotyczny”. Mówił on o tym, aby nie iść na rękę niemieckiemu okupantowi w prześladowaniu współobywateli. Nasi patrioci, powstrzymywali się więc, na ile mogli, przed okradaniem czekających na śmierć Żydów, przed żerowali na ich tragedii, nie prześladowali ich i nie mordowali, jak czyniło to wielu innych Polaków. Jednak nie dlatego, iż byłoby to złe i niemoralne samo w sobie, ale dlatego, że wpisywałoby się to w politykę okupanta. Czyli niemieccy hitlerowcy, swoją obecnością na ziemiach polskich, nie tylko „zmuszali” Polaków do prześladowania Żydów (powszechnie przyjęta wersja), ale wręcz ich od tego… „powstrzymywali”.

Ach, ten patriotyzm. Jak zawsze, szlachetny i honorowy. Jego kwintesencję zawarł w swoim pamiętniku cytowany w książce Józef Górski, „znający języki obce patriota katolik oraz sympatyk najpopularniejszej partii politycznej przed wojną, Narodowej Demokracji”, pisząc.

„Jako chrześcianin nie mogłem nie współczuć mym bliźnim (…) Jako Polak patrzyłem na te wypadki inaczej. Hołdując ideologii Dmowskiego, uważałem żydów za wewnętrznego zaborcę (…) Toteż nie mogłem nie żywić uczucia zadowolenia, że się tego okupanta pozbawimy, i to rękami nie własnymi, ale drugiego, zewnętrznego zaborcy”

Tak, wiem, byli Polacy, którzy zachowali się godnie, a wręcz i bohatersko. I było ich bardzo wielu. To o nich mówi się każdego jednego dnia i uczy dzieci, od przedszkola aż po dom spokojnej starości. Jednak druga strona medalu, tego samego społeczeństwa, wymaga dalszego obnażania tym bardziej, im bardziej wszechobecna jest ta pierwsza. „Złote żniwa” to kolejny etap. Lepiej późno niż wcale…

Po przeczytaniu „Złotych żniw” nie jestem jednak pewna czy chcę dożyć dnia, w którym wreszcie i kościół katolicki oraz Watykan udostępnią opinii publicznej swoje archiwa z okresu drugiej wojny światowej. Archiwa dotyczące zachowań ludności polskiej wobec Żydów. Wiem tyle, że jeśli kiedyś miałabym poznać ich zawartość, to prawdopodobnie i wtedy, nie wiele z tego będzie w stanie mnie zdziwić.

Polecam lekturę.
A jeszcze bardziej: zajęcie się tematem zbrodniczego potencjału nacodzień.

Lukrecja A.

O problematyczności promowania swobody do odbierania wolności, czyli reklama alternatywnego parasola

8 Sty

Są tacy, którzy traktują demokrację w sposób podobny do tego w jaki religijni fundamentaliści traktują wyznawaną przez siebie wiarę. Tłumaczy ona wszystkie aspekty życia i wszystko co podważa jej logikę jest godne potępienia. Uważają na przykład, że tendencje neofaszystowskie i agresywnie nacjonalistyczne (a więc ksenofobiczne, często rasistowskie) dopóki nie udowodni im się konfliktowania z prawem podlegają ochronie demokratycznego parasola. Parasol ten konstytuuje się na bazie takich koncepcji jak wolności słowa, swobody głoszenia i demonstrowania własnych poglądów i kilku innych.

Tym wszystkim osobom oferuję inny, alternatywny parasol, który dla odmiany, zamiast chronić neofaszystów przed społeczną złością, potrafi chronić społeczeństwo przed neofaszystami i ich ieami.

Otóż faszyzm, rasizm i różne maszerujące z nimi formy dyskryminacji, nie mogą być chronione i imieniu jakichkolwiek swobód i wolności, gdyż same stoją do nich w jawnej sprzeczności czy wręcz są ich zabójcami. Są opresyjnymi ideologiami i to właśnie przez pryzmat wolności, traktowanej poważnie, a nie demokracji, takiej, która promuje swobodę odbierania wolności, należy się z nimi obchodzić.

Podawanie neofaszystom do ręki demokratycznego parasola pod którym mogą swobodnie rosnąć w siłę, nie tylko uwidacznia po raz kolejny karykaturalność systemu neoliberalnej demokracji, ale prowadzi też do fatalnej w skutkach legitymacji społecznej pasywności wobec wszelkich nacjonalistycznych czy neofaszystowskich tendencji.

„Odbierając im prawo do głoszenia swoich poglądów podważamy podstawy demokracji, a tego nie możemy czynić bo zawali się nasz system wartości” – oto jak myśli większość społeczeństwa, której wtłoczono do głów, że liberalna demokracja to świętość nieskazitelna. I nie jest to z mojej strony ani manifestacja antydemokratyczności, ani wezwanie do dalszego zaostrzenia prawa wobec pro-faszystowskich gestów, symboli, wypowiedzi.

Czym jest w takim razie? Czym jest alternatywny parasol, który chcę zareklamować?

Z moich obserwacji i wielu doświadczeń wynika, że ludzie którzy poświęcają swoje życie odbierniu wolności innym ludziom, z reguły nie są ludźmi poszukującymi czy wogóle gotowymi na jakiekolwiek kompromisy czy racjonalne debaty. W większości przypadków nie są też zagubionymi owieczkami, które potrzebują odpowiednich faktów, lepszej edukacji czy lepszych warunków życiowych, aby dostrzec absurdalność i nikczemność swoich poglądów (i czynów) i zmienić się. W większości przypadków są zdedykowanymi ideologami. Zagubione owieczki to dopiero ci, którzy przy odpowiednich okolicznościach ruszają za ich sztandarem (widzieliśmy takich już całkiem sporo 11.11.2010).

Oczywiście można z tymi ideologami nienawiści dyskutować, jeśli ktoś ma wystarczająco cierpliwości (a ostrzegam, że może jej potrzebować nieskonczoność!), odwagi (agresywność i opresyjność jest częścia ich ideologii) i jest gotowym zniżyć się do ich poziomu (nie jest to wbrew pozorom takie łatwe – kto z was dyskutował już poważnie i dłużej niż 10 minut z zacietrzewionymi rasistami i nacjonalistami?!). Ja osobiście uważam to, w większości wypadków, za bezsensowne.

Za o wiele bardziej sensowne uważam budowanie społeczności reagujacej w sposób bezpośredni i zdecydowany na tego typu postawy. A że do budowania tego typu społeczności potrzeba, jak do wszystkich progresywnych przemian, oddolnego ruchu społecznego, odradzanie sie ruchu antyfaszystowskiego w tym kraju odebrałam jako jedną z najbardziej wartościowych inicjatyw ostatnich lat. I to ten ruch, i animowane przez niego społeczna wrażliwość i konkretne postawy, są tym alternatywnym parasolem, który staram się tu zareklamować.

A że ruch ten spotyka się co i raz z niezrozumieniem, próbami marginalizowania go, umniejszania jego znaczenia, dyskredytowania za obierane metody działania… chciałam przypomnieć wszystkim demokratycznym fundamentalistom pewną rzecz:

Nacjonalizm i zorganizowane, strukturalne opresjonowanie mniejszości nie jest po prostu jedną z wielu politycznych opcji. Nie jest wogóle opcją. Nacjonalizm nie jest opcją. Jest akcją. Jest akcją raniącą dotkliwie tych, których bierze sobie na cel (cudzoziemcy, wolnościowcy, mniejszości seksualne, mniejszości religijne, lewica…). To nie opcja, a akcja, w wykonaniu ludzi, którym nie wystarcza plucie na ekran telewizora za każdym razem gdy zobaczą w nim geja, czarnego, żyda, anarchistę, transwescytkę… (wówczas faktycznie moglibyśmy mowić o osobistej opinii, nawet jeśli o znamionach choroby psychicznej). Ale tym ludziom wcale nie wystarcza to, że kogoś nietolerują. Ich celami są, po pierwsze – narzucenie tych poglądów jak największej części społeczeństwa, po drugie – na wprowadzaniu w życie swoich dyskryminujacych obsesji.

Nacjonalizm, rasizm, ksenofobia to nie opcje, to akcje.
Każda forma reakcji na te tendencje jest uzasadniona.

Antyfaszystowski parasol do wzięcia od dziś.
Modele we wszystkich kolorach tęczy.
A każdy kolor to inna forma działania.

Lukrecja A.

11 listopada – dniem refleksji nad istotą wyzwolenia czy dniem szczucia agresywną polskością?

3 Maj

Źródło: http://www.cia.bzzz.net (28.10.2009)

tekst Veroniki Czarneckiej

Tekst ten piszę w związku ze zbliżającym się dniem 11 listopada… w pierwszej linii z myślą o zwykłych ludziach, spotykanych na ulicach miejscowości i miast polskich. Równocześnie dedykuję go osobom zaangażowanym dziś w ruch antyfaszystowski w kraju oraz tym, którzy, mam nadzieję, niebawem się do niego przyłączą. Niech będzie dla nas wszystkich przyczynkiem do krytycznych dyskusji, progresywnych działań, realizacji marzeń o faktycznej wolności…

Momenty refleksji w dniu upamiętniającym ówczesne wyzwolenie

Dzień 11 listopada jest dniem, w którym wiele lat temu nasi przodkowie doczekali się końca rządów narzuconej z zewnątrz władzy i wynikającej z niej opresji. 11 listopada jest więc w pierwszej linii dniem datującym koniec pewnego procesu WYZWOLENIA.

Każdy moment przynoszący wyzwolenie jest momentem zbliżającym nas do nieuchwytnego mometnu wolności, momentu samostanowienia, i dlatego powinien być upamiętniany i adekwatnie celebrowany. Tymbardziej, gdy owe momenty wyzwolenia osiągane są drogą walki i spłacane ogromem ludzkich ofiar.

Jednocześnie, każdy moment wyzwolenia, jest też momentem refleksji. Także dzień 11 listopada zmusza nas do refleksji. Tego dnia obracają się one wokół pytań: Czym jest właściwie dla nas owo wyzwolenie dziś? Czy do czegoś zobowiązuje i jeśli tak, to do czego? Czy okazało się szczytem wolności dla ludzi, którzy o nie walczyli? Czy przyniosło oczekiwane życie w godności ich potomkom, czyli nam? Czy może należy je postrzegać jedynie jako ówczesny krok toczącego się dalej procesu wyzwalania się z pod kolejnych struktur opresji; wyzwalania w imię wolności i godności jednostki oraz całych społeczności…

Osoby szanujące sobie potrzebę dążenia do życia w godności, a zarazem wrażliwe na los innych, chciałabym, w perspektywie 11 listopada, skonfrontować z dwoma krytycznymi refleksjami. Pierwsza dotyczyć będzie nadużyć tej daty ze strony skrajnej prawicy na potrzeby propagowania własnej ideologii narodowej nienawiści oraz, konsekwentnie, konieczności tłumienia tych haniebnych nadużyć. Druga, jest głębszą refleksją nad istotą wyzwolenia o charakterze narodowym oraz nad samą istotą tożsamości narodowej jako takiej.

Święto agresywnej polskości…

To trwa już od lat i odnosi się wrażenie, że wszyscy się już do tego przyzwyczailiśmy. To żałosne i cierpkie; przyzwyczajać się do rzeczy poniżających jest oznaką zamierania godności, ale też witalności społecznej.
Wszelkiej maści skrajni nacjonaliści i neofaszyści posiadający polskie dowody tożsamości, od agresywnych patriotów i ksenofobów, przez antysemickich paranoików i homofobicznych krzykaczy, aż po jawnie faszyzujące bojówki (a jednych od drugich niewiele różni…), uznają, że dzień wyzwolenia społeczeństwa spod obcej władzy jest ídealnym dniem do szerzenia narodowej agresji pod sztandarem polskości. To ludzie zorganizowani dziś w takich partiach i organizacjach jak Obóz Narodowo Radykalny, Narodowe Odrodzenie Polski, Falanga czy Blood & Honour. Dokładnie to na co byli skazani nasi przodkowie pod zaborami, czyli brak wielu swobód, przymusową asymilację do obcych im kultur, wymuszoną emigrację, dyskryminację czy dławienie własnej tożsamości pod groźbą użycia przemocy, polscy agresywni patrioci i nacjonaliści próbują dziś forsować wobec uznanych przez nich, wedle ich faszystowskiego elementarza, za „wrogów narodu”, grup ludzi.
Wszystko w imie polskości… Osobom o lewicowych poglądach chcieliby odebrać swobody polityczne i osobiste, imigrantów należy albo przymusowo zasymilować albo zmusić do emigracji, kobiety dalej przyzwyczajać do przyjmowania roli miłej dekoracji dla płci silnej, osoby czujące inaczej niż hetero-normatywnie zmusić, pod groźbą użycia przemocy, do zmiany tożsamości, osoby pochodzenia żydowskiego napiętnować i prześladować… wogóle wszystkich wcisnąć w ciasny dziewiętnastowieczny uniformik wyimaginowanej idei czystej polskości.

KTO SIĘ NIE GODZI na bycie zuniformizowaną i na przekór wszystkim indywidualnym cechom na siłę spolszczoną karykaturą wolnego człowieka jest uznawany za wroga wyimaginowanej polskości i musi się liczyć z przemocą agresywnych patriotów i narodowców wymachujących na przemian polskimi flagami i faszystowskimi symbolami. Na celowniku jest między innymi ANTYFASZYSTOWSKA MŁODZIEŻ wychodząca co roku na ulice Warszawy w proteście przeciwko tym społecznym tendecją.

Ta ideologia nienawiści pod sztandarem polskości czerpie całymi garściami zarówno z faszystowskiej jak i stalinowskiej/bolszewickiej kopalni politycznych idei społecznej uniformizacji, podporządkowania, centralizacji, totalnej kontroli, represji wobec tego co obce, co nowe, co progresywne… co niosące obietnicę kolejnych momentów wyzwolenia.

I tak, od lat obserwujemy każdego 11 listopada tak absurdalny jak haniebny paradoks: w dniu datującym moment wyzwolenia w centrum Warszawy maszerują szwadrony cuchnące rządzą zniewalania! Nie tyle zaskakującym ile wartym podkreślenia jest fakt, iż ten faszystowski marsz odbywa się co roku za przyzwoleniem i pod faktyczną ochroną (a więc de facto poparciem) władz miasta i dzielnicy, innymi słowy… władz państwowych.

Wisząca nad nami niczym czarna chmura instytucja państwa jest tak konsekwentna w swoim wsparciu dla agresywnej polskości, że stosuje nawet masowe represje wokół wspomnianego już organizującego się na ulicach miast RUCHU ANTYFASZYSTOWSKIEGO, który to robi co może aby zastopować agresywno-narodową nagonkę. Także na ulicach Warszawy w dniu 11 listopada. Wydarzenia z 11 listopada 2008 na Krakowskim Przedmieściu, aresztowanie i trwające do dziś represje wobec antyfaszystów, są najdobitniejszym tego przykładem. Do relacji pomiędzy istotą państwa jako takiego, a społecznym i zinstytucjonalizowanym nacjonalizmem przejdę jeszcze raz za moment w kontekście drugiej refleksji. Podsumujmy jednak najpierw tę pierwszą…

Dzień 11 listopada nie jest odpowiednim dniem na szczucie ludzi polskością. Nie jest nim też z całą pewnością żaden dzień w roku!

Nie ma też miejsca, w którym należałoby w jakimkolwiek stopniu to zjawisko dalej ignorować czy wręcz tolerować. Takim miejscem nie jest więc również Warszawa! Zwłaszcza Warszawa! Miasto, które w związku z tragicznym biegiem historii wystarczająco często służyło agresywnym nacjonalistom za teren brutalnych czystek w imie „czystości narodu”.

W potrzasku narodowej tożsamości

Druga refleksja, która nasuwa się takiego dnia jak 11 listopada, kiedy przestrzeń społeczną wypełniają debaty dotyczące wolności, godności, niepodległości oraz więzów społecznych, dotyczy istoty wyzwolenia o charakterze narodowym. Nie ulega wątpliwości, że zrzucenie ciężaru obcej władzy jest krokiem w strone wolności. Wolności rozumianej w kategoriach samostanowienia i samorządności. Jednak życie pokazuje, iż nawet gdy dyrygentami społeczeństwa są ludzie z lokalnymi korzeniami i struktury zarządzające oparte są na lokalnej administracji, większość społeczeństwa może stanowić o swoim życiu jedynie w bardzo śladowym stopniu. Takie problemy jak niesprawiedliwość społeczna oparta na istocie prawa własności i urynkowieniu stosunków społecznych oraz nierówność szans ze względu na dostęp do środków do życia czy ze względu na płeć, nie rozwiązują się wcale w ramach własnego niepodległego tworu państwowego i poprzez budowanie narodowej tożsamości.
Wprost przeciwnie.
Mit narodowej jedności, który niegdyś pomógł wyzwolić się z obcych niewoli, służy dziś neutralizowaniu walki o kolejne etapy wyzwolenia. Na podtrzymywaniu zbiorowej wyobraźni, zwanej narodową tożsamością, kożystają przedewszystkim państwowe i kapitalistyczne elity, którym narodowe więzy zapewniają stabilizację ich uprzywilejowanej sytuacji życiowej.

Refleksja na istotą wyzwolenia prowadzi nas do wniosku, iż życie w kapitalistycznym kasynie wymaga dążenia do kolejnego społecznego wyzwolenia – z morderczego systemu wartości; wyzwolenia z kapitalisycznego dnia codziennego. Życie w społeczeństwie zdominowanym przez „męskie reguły gry” wymaga wyzwolenia się z paradygmy patriarchatu i falszywej genderowej dychotomii. Życie w relacjach społecznych opartych na, i pracujących w rytm, państwowej maszyny zinstytucjonalizowanego terroru (wymierzonego w zwykłych ludzi) wymaga wyzwolenia społecznych relacji z pod państwowej kontroli; wymaga zastąpienia ich solidarnymi i horyzontalnymi więzami; wymaga wyzwolenia społeczeństwa z pod ciężaru istoty państwa…
Jednak wszystkie te kompleksowe procesy w kierunku wolności, godności i samostanowienia są paraliżowane przez fałszywą solidarność w imię budowania narodowej tożsamości.

Ta NARODOWA TOTALITARNOŚĆ, przymusowa lojalność wobec narodowej tożsamości i instytucji państwa, prowadzi w życiu codziennym do najabsurdalniejszych z absurdalnych zbiorowych aktów podyktowanej ową tożsamością solidarności: biedni utożsamiają się z pomiatającymi nimi bogaczami… pracownicy z wyzyskującymi ich pracodawcami… czynszowi lokatorzy z okradającymi ich wynajemcami… biorący kredyty aby móc przeżyć z żerującą na nich klasą bankowo-finansierską… etc.

Narodowa tożsamość zaślepia naszą zdolność dobierania adekwatnych sojuszników w walce o godne życie.
Narodowa tożsamość zaślepia naszą zdolność rozpozanawania jakie grupy społeczne są złodziejami naszej godności, zaborcami dzisiejszych czasaów, z opresji których musimy się ponownie wyzwolić.
 Narodowa tożsamość prowadzi nasłabszych z nas na margines społeczenstwa.
 A tych najbardziej ślepych i najbardziej naiwnych, prosto na front do Iraku.
Albo robi z nas seryjnych, ksenofobicznych i agresywnych polaczków…

Potrzeba nowych koncepcji kolektywnych tożsamości

Krytyka polskości, zwłaszcza jej agresywnych i opresyjnych cech, oraz krytyka narodowych więzów, mogą powodować drażniące odczucia i wydawać prowokujące w dniu, który od lat dekorowany jest powszechnie narodową symboliką i dodatkowo deformowany w społecznej świadomości przez nacjonalistów używających jako megafonu do propagowania skrajnie narodowych i faszyzujących idei.

Ale właśnie dlatego, z powodu bezkrytycznego tolerowania tych rytuałów, przez większość społeczeństwa, przez wiekszość naszego życia, bo tak nam się wmawia, od przedszkola po cmentarz… ważnym jest zastąpienie w powszechnym dyskursie starych koncepcji definiowania – kolektywnej tożsamości, więzów społecznych, międzyludzkiej solidarności… – koncepcjami progresywnymi czyli takimi, które niosą ze sobą obietnice dalszych momentów wyzwolenia… z których tylko niektóre powyżej poruszyłam.

Nie musi to wcale oznaczać odejścia w zapomnienie momentów wyzwolenia z odleglej przeszłości, momentów walki o wyzwolenie spod obcej władzy. Mam raczej na myśli otwieranie perspektywy przed nowymi nadchodzącymi i jakże potrzebnymi momentami wyzwolenia. Jednak tym momentom zagradza drogę agresywna polskość i faszyzujące ugrupowania polityczne jak ONR, NOP czy Falanga.

11 listopada dniem refleksji o wyzwoleniu, ale też dniem krytycznej refleksji nad rolą narodowej tożsamości!
11 listopada dniem mobilizacji przeciwko agresywnemu nacjonalizmowi i faszystowskim tendencjom w społeczeństwie!