Tag Archives: LGBTQ

JOBBIKOWY KONIEC ŚWIATA

4 Lip

Jobbikowy koniec swiata

A tymczasem… na przełomie czerwca i lipca… odbyły się kolejne EUROGAMES czyli największe europejskie zawody sportowe LGBTQ. Poprzednie miały miejsce w Roterdamie ( było cudownie 😉 ), kolejne zaplanowane są w Antwerpii. Czy wiecie gdzie odbyły się tegoroczne? Pod samym nosem nacjonalistycznych Jobbiku, Magyar Gardy oraz innych prężnych neofaszystowskich organizacji na Węgrzech. W samym Budapeszcie 🙂

Niestety w tym roku nie mogę przekazać wam relacji z pierwszej ręki, ale z przyjemnością publikuję felieton spisany na podstawie relacji tegorocznych uczestników.

Eurogames 2012Przygotowania do tego wydarzenia nie były łatwe. Będąc w samym Budapeszcie nie dało się zauważyć żadnych plakatów reklamujących zawody. Miasto nie pokryło się chociaż na kilka dni tęczowymi flagami tak jak to zwykle bywa przy tego typu okazjach. Przy organizacji wydarzenia zachowano pełne bezpieczeństwo. Areny sportowe, na których zaplanowano poszczególne zawody, były do końca trzymane w tajemnicy. Nie do pomyślenia biorąc pod uwagę iż Budapeszt był w przeszłości uznawany za queer-metropolię Europy Wschodniej. Dziś, otwarcie mogą odbywać się tu neofaszystowskie festiwale pokroju „Magyar Sziget / Festiwal Boreal” podczas, gdy zawody sportowe gejów i lesbijek odbywają się w podziemiu, jeszcze bardziej zakamuflowane niż jakiekolwiek działania opozycjonistów za czasów socjalistycznej władzy autorytarnej.

Eurogames 2008Sam burmistrz Budapesztu, István Tarlós, ewidentnie zdystansował się co od imprezy. Oszczędzę wam cytatów, które padły z jego ust w tym kontekście, znamy je doskonale z własnego podwórka. O jakimkolwiek wsparciu finansowym czy logistycznym ze strony miasta nie było oczywiście mowy, a więc impreza na kilkanaście tysięcy osób musiała zostać przygotowana własnym sumptem i pomocą środowisk z innych krajów.

Zacytuję natomiast przewodniczącego Jobbik’u, niejakiego Gabora Vone. Ten prze-inteligentny człowiek uznał EUROGAMES za… koniec świata. Lukrecja dodaje: Jego jobbikowego świata!

EuroGames 2011Do zmierzchu jobbikowej planety przyczyniło się ostatecznie ponad 10 tysięcy osób. Około 3 200 z nich wzięło udział w samych zawodach i około 8 000 uczestniczyło w roli obserwatorów i kibiców. Widzów byłoby z całą pewnością kilkakrotnie więcej, gdyby nie brak reklamy, konieczność utrzymywania miejsc zawodów w ukryciu czy wynikająca także z bezpieczeństwa praktyka wydawania specjalnych zaproszeń dla osób, które chciały wejść na obiekty.

Mimo całej atmosfery zagrożenia, niechęci władz i konieczności zachowania wszelkich względów bezpieczeństwa, zawody były sporym sukcesem i przełomem. EUROGAMES wreszcie dotarły do Europy Wschodniej i odbyły się bez drastycznych zakłóceń. I to w kraju zdominowanym przez skrajnie prawicowy zakon. To w jakiej musiały odbyć się otoczce to już inna historia. Wydaje się, że władze Węgier dopuściły do ich przeprowadzenia tylko po to aby nie musieć tłumaczyć się na arenie międzynarodowej. Gdyby to tylko od nich zależało, najprawdopodobniej zakazałyby ich, albo napuściły na nie swoje wygłodniałe brunatne psy z różnych nacjonalistycznych organizacji.

Uczestnicy EUROGAMES z zachodu, północy i południa Europy opowiadali, że czuli się w Budapeszcie jak u siebie w latach 70-ych, gdy trzeba było toczyć walkę o każdy jeden centymetr równouprawnienia. Walkę tą wówczas wygrali. Teraz czas na ostatni fragment kontynentu.
Póki co, jobbikowy koniec świata trwa dalej. Bezpośrednio po zakończeniu EUROGAMES rozpoczął się w Budapeszcie GAY PRIDE WEEK 😉 który zakończy się 7 lipca.

Nie zmienia to jednak faktu, że chwilę potem odbędzie się na Węgrzech, oficjalnie reklamowany, największy obecnie spęd środowisk neofaszystowskich i nacjonalistycznych (Magyar Sziget/Festiwal Boreal), w którym wezmą udział też liczne delegacje z Polski i któremu poświęciłam niedawno cały oddzielny felieton. Jobbikowy koniec świata jest więc jeszcze daleki. I wygląda na to, że nie pozostaje nic innego jak go wywalczyć. Gdyż jak wiemy z historii, siły autorytarne, kiedy już raz dostaną w ręce ster, rzadko kiedy dobrowolnie oddają inicjatywę społeczeństwu.

Lukrecja

Reklamy

Z NOP do policji droga jest krótka (w reakcji na felieton Jacka Żakowskiego)

21 Maj

homofobia

Felieton ten piszę po przeczytaniu artykułu Jacka Żakowskiego „Ultraprawica atakuje, władza milczy”. Dziennikarz GW wyłamał się ze stada milczących i poruszył palący temat. Bardzo trafnie ukazał go też w szerszym kontekście. Kontekście szerzonego przez skrajną prawicę terroru i towarzyszącej mu atmosfery przyzwolenia. Zaapelował jednak w nie tym kierunku, w którym należy. Ale od początku…

Polskie organizacje narodowo-radykalne i neofaszystowskie spierają się o modele władzy autorytarnej, którą chcieliby nam zgotować. Spierają się o strukturalne formy nacjonalizmu czy rasizmu hołdując bądź tym bardziej retro bądź tym bardziej obecne modnym w skrajnie prawicowym obozie. Ale jest jedna idea, w stosunku do której panuje tam całkowita zgodność. Tylko jedna idea, na której starając się od lat budować swoją medialność. Zespaja ich tylko jedna idea nienawiści: HOMOFOBIA. Czy to Anaboliczni Nacjonaliści (AN), czy Winnicki i spółka (MW), czy rzymskie saluty (ONR) czy wreszcie „zakazy pedałowania” (NOP) – nienawiść do wszelkich odstępstw od konserwatywnej hetero-przymusowości buzuje w tej samej temperaturze.

Ostatnie polowania na środowiska LGBTQ w Krakowie, zbiegły się z dramatycznym pogromem w St.Petersburgu:

Szczerze powiem, że jak bardzo bym się nie wysiliła, nie dostrzegam różnicy pomiędzy dziczą, która zlinczowała aktywistów LGBTQ w Rosji a naszymi lokalnymi narodowo-radykalnymi-homofobami. To, że mobilizacje naszych lokalnych homofobów, zwoływanych przez neofaszystowskie ugrupowania, nie kończyły się w ostatnich latach podobnymi pogromami jak w Rosji, to wciąż efekt zdecydowanej postawy ruchów, które w latach 2004-2006 wspólnymi siłami dały tej agresji wspólny odpór. Mam tu na myśli ruchy lgbtq, antyfaszystowski, antyrasistowski, wolnościowy, feministyczny, squaterski… Źle się natomiast stało, że po roku 2006, część środowiska LGBTQ odcięła się od wspierającego je w najcięższych momentach ruchu antyfaszystowskiego deklarując: już nie jesteście nam potrzebni, teraz już chroni nas policja. Pewnie mało kto chce dziś do tego wracać, ale tak było i warto wyciągnąć z tego wnioski. Dziś, po kilku latach, od kiedy część antyfaszystów, poproszona o to, przestała się zajmować neofaszystowskimi mobilizacjami na akcje LGBTQ, jedynym rozwiązaniem mienią się interwencje… homofobicznej policji, w szeregach której znajdziemy niejednego byłego członka ugrupowań skrajnie prawicowych (tak tak, z NOP do policji droga bardzo krótka) albo parlamentarzystów, którzy w większości problematykę mają głęboko gdzieś.

Przypominam panie Jacku, że to nie policja i nie komisje sejmowe zadbały w pierwszej kolejności o bezpieczeństwo mniejszości seksualnych w najcięższym momencie czyli niecałe 10 lat temu, gdy narodowi radykałowie z neofaszystowskich grupek rzucili się na Parady Równości. Przypominam, że to właśnie na polskim komisariacie osoby homo-, bi- czy transseksualne wciąż czują się najbardziej bezbronne oraz, że to właśnie z ust wielu parlamentarzystów, wciąż wycieka homofobia nawet jeśli nie tak chamska jak jeszcze kilka lat temu. No właśnie. Dlaczego osoba publiczna (czytaj: polityk) nie można już sobie pozwolić na agresywne homofobiczne wypowiedzi? Czy dzięki działaniom policji i komisji parlamentarnych? Nie. Dzięki ruchowi społecznemu, który przed 10 laty zajął się aktywnym zwalczaniem tego typu zachowań i zepchnął je do defensywy. Niestety. Dziś zapomina się o tym, mało tego, powołuje wydziały specjalne służb bezpieczeństwa do represjonowania środowisk antyfaszystowskich. A narodowi-radykałowie, przybijając piątki z kolegami z policji (patrz: historie w Białymstoku) czują się coraz pewniej.

To nie reakcja władz, ale stanowcza reakcja społeczna jest tu potrzebna. Nie lament w stronę policji i polityków, ale ludzka solidarność wobec agitacji krypto-faszystowskich ugrupowań. Tym bardziej, że jak już sam dziennikarz zauważył, spora część z polityków cicho lub głośno dopinguje narodowców (patrz: przytulanki posłów PiS i struktur ONR w kilku miastach Polski). Tylko wspólna, oddolna reakcja, zarówno ludzi bezpośrednio zagrożonych homofobiczną agresją (lgbtq), środowisk tradycyjnie konfrontujących zorganizowane formy dyskryminacji (antyfaszyści i antyrasiści) a także wszystkich „postronnych”, którzy nie chcą oglądać na polskich ulicach obrazków z Petersburga czy Belgradu, jest w stanie dać odpór „ultraprawicy” (termin z tekstu Żakowskiego). Tym bardziej, że polskie elity polityczne mają dziś w głowie tylko jedno. Futbolowy biznes. A po biznesie futbolowym, przyjdzie następny biznes. Skrajnie prawicową nienawiścią, homofobiczną i każdą inną, zająć się musimy sami.

A jak już jesteśmy w temacie „futbolowym” to na zakończenie Lukrecja poleca następujące, znalezione w piłkarskim zgiełku, rodzynki:

Protest społeczny czyli futbol i kryzys:
http://www.facebook.com/chlebazamiastigrzysk
Publicystyka czyli futbol i rasizm:
http://www.nigdywiecej.org/872
Beletrystyka czyli futbol i homofobia:
http://www.niewygodnylibero.wordpress.com

Lukrecja

PS. Specjalne pozdrowienia dla tych, którzy się za mną stęsknili 😉 i dopytywali o kolejne felietony.

fight homofobia

Prawdziwa wartość bielizny Davida Beckhama – O nadchodzącej agonii homofobii na stadionach

15 Czer

Hate & love on the terraces

Piłka nożna jest bardzo złożonym fenomenem społecznym, niosącym ze sobą tyle samo fascynujących, co odpychających aspektów. Przeciętny fan, szalikowiec, kibic, kibol…nie ma wyjścia – musi pogodzić się z relacją hate & love w stosunku do niej.

Futbol to maszynka do robienia pieniędzy, wielki biznes kontrolowany przez potężne lobby. Ale współczesny futbol odgrywa również niemałą rolę w kształtowaniu wielu aspektów świadomości społecznej. Prawdopodobnie największą świadomościową kreacją futbolu jest uczynienie go heteroseksualną niszą.

Homoseksualizm w piłce nożnej jest tabu. Dotyczy to trenerów, sędziów, kibiców, ale przede wszystkim piłkarzy. A przecież nikt, kogo stać na bardziej wnikliwe spojrzenie, nie zaprzeczy, że przepełniona jest ona, jak rzadko który sport, wzajemnymi męskimi seksualnościami. I, jak w rzadko którym sporcie, fakt ten jest fanatycznie negowany. Homoseksualizm traktuje się jak coś niewygodnego, wstydliwego, wypiera się go i tabuizuje. Równocześnie inscenizuje się ultra-heteroseksualne oblicze futbolu. Tylko skąd ten cały cyrk? Po co ta inscenizacja?

Po pierwsze: piłka nożna to mikrokosmos z siusiakiem

Wszystko zaczyna się od ogólnospołecznego, heteronormatywnego wyobrażenia spolaryzowanych względem siebie męskości oraz kobiecości. Po za nimi i między nimi nie ma nic i nikogo. Oczywiście męskość góruje nad kobiecością. Sam sport uważa się za z natury męski, a że męskość najdobitniej wyraża się w pociągu do kobiet, więc sport definiuje się jako domenę hetero. Homo sprawdzają się zaś w sztuce czy modzie. Mniej więcej taki jest społeczny punkt widzenia.

Jeśli chodzi o kobiety, to od kiedy wywalczyły sobie dostęp do sportu (kiedyś kompletna no go area), mogą kreować swoją osobowość w tym, definiowanym wciąż jako męski, obszarze. W jego ramach wręcz wymagane jest, aby pielęgnowały i demonstrowały pewną męskość. Oznacza to, że w męskim świecie sportu, mogą nieoczekiwanie swobodnie przekraczać granice obu płci. Niezmuszane do odgrywania narzuconych im kobiecych ról, mogą zachować swoją tożsamość. Oczywiście, zbyt dużo męskości prowadzi do zarzutów o bycie lesbijką. To zresztą los wielu kobiet zachowujących suwerenność względem męskich oczekiwań. Dlatego większość zawodniczek na wszelki wypadek, mocno podkreśla swoją heteroseksualność.

Jednak prawdziwy problem zaczyna się, gdy mamy do czynienia z przekraczaniem granic kobiecości przez mężczyzn, zwłaszcza w kontekście piłki nożnej, stojącej na samym szczycie męskiej hierarchii sportów (obok hokeja, rugby czy żużla). Piłkarz, który zbliży się swoim zachowaniem do bieguna kobiecości, podważa natychmiast swoją męskość, a tym samym rzuca na siebie podejrzenie o bycie gejem. To degraduje go medialnie i społecznie, bo przecież gej nie może być dobrym piłkarzem! Presja ze strony homofobicznych kibiców, jak i samego futbolowego światka, prowadzi do tego, że podejrzenie o bycie gejem może kosztować piłkarza załamanie kariery, utratę zdrowia, a nawet, jak się przekonamy, życia.

Dlatego też wszyscy gracze dbają bardzo o swój heteroseksualny wizerunek, zarówno na boisku, jak i prywatnie. Niezależnie od tego czy są hetero czy nie. Na boisku homoseksualność ukrywana jest często poprzez przesadnie ostrą grę i chamskie, typowo męskie, zachowania. Zgrywaniem ostrego macho-gościa najlepiej zwieść wszystkie badawcze spojrzenia z trybun. Z kolei, w życiu prywatnym, jak donoszą psycholodzy sportowi z wielu krajów, zawodowi piłkarze będący gejami proszą swoje przyjaciółki o publiczne występowanie w roli ich partnerek, biorą lewe śluby, żyją z kobietami ukrywając przed nimi swoją tożsamość, przedstawiają dzieci kuzynów jako własne, itp. Wielu piłkarzy prowadzi więc podwójne życie, które oczywiście, ze względu na towarzyszące temu psychiczne obciążenie, często wpływa fatalnie na ich formę.

Po drugie: padł pewien mit i homofobi stoją z gołymi pupami

Pierwszego polskiego piłkarza, który zdecyduje się na tzw. coming out, czeka z pewnością ciężki sezon pośród licznie odwiedzających nasze stadiony faszyzujących nacjonalistów oraz wtórujących im chłopaczków bez charakterów (potrzebnych, aby oprzeć się kolektywnej głupocie). Takiego piłkarza spotkać też może nieformalna reprymenda ze strony władz klubu, że swoim gejostwem psuje w nim atmosferę (sic!). Oczywiście media rzucą się na takiego gracza jak sępy na padlinę grzebiąc w każdej sekundzie jego życia. Może nawet jakaś zorganizowana grupa homofobów czy bojówka związana z NOP dopuści się fizycznego ataku. Czy taki piłkarz jest w stanie to przetrzymać?

Wydawać by się mogło, że jest zbyt wiele powodów, aby dalej inscenizować swoją męskość i heteroseksualizm aż do bólu, na przekór własnej osobowości, logice, zdrowiu psychicznemu i wszystkiemu innemu. Z drugiej strony, pierwsi piłkarze, którzy zdecydują się na ujawnienie, spotkają się z niespotykanym wsparciem progresywnej części społeczeństwa. Żaden coming out nie powinien być forsowany, ale jak na dłoni leży pytanie o to, ile lat można żyć w ukryciu, prowadzić podwójne życie, okłamywać wszystkich dookoła, zabijać własne emocje? Co jest bardziej zabójcze, coming out czy granie roli?

Dotychczasowe przykłady ujawnień się (futbol/hokej/rugby) są dwuznaczne. Justin Fashanu, pierwszy brytyjski piłkarz, który ujawnił się jako gej (1990) został poddany takiej presji (głównie ze strony mediów, działaczy i kibiców), że po kilku latach popełnił samobójstwo. Minęło kilkanaście lat. Brendan Burke, czołowy amerykański hokeista (outing w 2009) otrzymał silne poparcie i być może dokonał przełomu w swojej dyscyplinie. Niestety zginął niedawno w wypadku samochodowym i nie będzie już świadkiem trwającego przełomu i losów kolejnych gejów hokeistów. Z kolei Gareth Thomas, gwiazda walijskiego rugby, którego tak spektakularną jak i brutalną grę podziwiał cały świat, swoim ujawnieniem się zatkał wszystkim usta. No jak to, ten brutal jest gejem? Linia ataku homofobów i kryptofaszystów kompletnie się załamała, bo w ich mniemaniu maksymalnym wysiłkiem fizycznym, na jaki stać geja jest spacer po wystawie fotografii. Tymczasem mit padł. Bez koronnego argumentu na to, że pewne rzeczy w życiu są dla pedalstwa nieosiągalne, homofobi pozostali tam gdzie stali. Tyle że nago, z gołymi pupami.

Po trzecie: stadion wciąż boi się geja

Futbol zawłaszczany jest dziś przez ultrakonserwatywne i faszyzujące nurty społeczne jako arena służąca do przedłużania sztucznej dominacji męskości nad kobiecością. Świadomość tego, pozwala zrozumieć dlaczego wszelkie próby rozmycia ostrych granic pomiędzy obiema płciami w obrębie typowo męskich sportów (futbol, hokej, rugby) spotykają się z tak szowinistycznymi reakcjami. To tłumaczy też, dlaczego świat futbolu tak bardzo boi się gejów.

Strach przed gejem-piłkarzem wynika także stąd, że piłka nożna jest, de facto, bardzo homoseksualnym sportem. Te wszystkie wilgotne uściski na murawie, ciągłe ocieranie się o siebie, euforyczne pocałunki, pieszczoty przy narożnych chorągiewkach, pogłaskiwania, tarzanki po trawie… Wszystko wykonywane przez zdrowych wysportowanych facetów ku wielkiemu podnieceniu fanów w każdy weekend na tysiącach stadionów całej Europy. Co gol, to ciało do ciała i zaczyna się wzajemne męskie pocieranie zapoconych mięśni. Ile razy widzieliśmy, jak w całym tym kolektywnym męskim uniesieniu dłonie sięgają, choć tylko na chwilę, w miejsca uznawane za najbardziej intymne. Niemniej seksowne są nieustanne przepychanki w polu karnym, podszczypywania, tulenie się do siebie w murze przy rzutach wolnych, itd. Bramkarze pocierający co chwila swoich obrońców po czuprynach, czy poklepujący po pupach, aby ruszyli do kontry. Mężczyźni sami dla siebie, przez 90 minut, ani jednej babki, a tyle seksualności, że wystarczyłoby na kilka odcinków wilgotnego erotyku. Tak przesiąknięty wzajemną męską seksualnością sport musi na siłę kreować się jako heteroseksualny. W innym wypadku, gdyby nazwać to wszystko co się dzieje na boisku i wokół niego po imieniu, mogłoby się okazać, że jest czymś bardzo, ale to bardzo, homoseksualnym.

Po czwarte: Arkadiusz Onyszko wygląda źle nawet w bieliźnie Davida Beckhama

Beckhama, który u szczytu swojej kariery sam określił się metroseksualnym i zdeklarował, że nosi bieliznę swojej partnerki, nie tylko nie spotkał lincz, ale wręcz zyskał na popularności. Twierdzi się, że swoją postawą zrobił wiele dla piłkarzy, trenerów i kibiców gejów. Ale czy nie jest to przesada? W końcu nigdy ani na sekundę nie zanegował swojej heteroseksualności. Wprost przeciwnie, zawsze dbał o jej obecność przed kamerami. Jako futbolowa pop-gwiazda największego kalibru, mógł sobie pozwolić na gierki wokół swojej seksualności. Jego sesje zdjęciowe i bieliźniany fetysz odebrane zostały jako egzotyczna pop-transwestycja na potrzeby marketingowe. Być może, gdyby podobnie jak on, zaczęło zachowywać się coraz więcej piłkarzy, gdyby poszedł krok dalej i zaczął przed meczami malować sobie oczy, gdyby na skutek tego, balansowanie na krawędzi seksualności i płci stałoby się w futbolu czymś codziennym, możnaby mówić o jakimś przełomie. Jednak tak się nie stało i rola Beckhama w procesie demontażu żenującego macho-wizerunku futbolu jest zdecydowanie przereklamowana. A jednak… każdy skrawek bielizny metroseksualnego Beckhama jest tysiąc razy więcej wart niż minuta gry w jakimkolwiek piłkarskim klubie kogoś takiego, jak Arkadiusz Onyszko, z którym to duński FC Midtjylland rozwiązał w 2009 roku umowę po tym jak ten popisał się swoją homofobiczną i ksenofobiczną erudycją. Od tego czasu Onyszko szamotał się po całej Europie nie mogąc znaleźć klubu, który wziąłby takiego idiotę do swojego składu. I świetnie, chociaż warto dodać, że jest to wynik nie tyle wzrostu tolerancji we władzach europejskich klubów, ile efekt skutecznej międzynarodowej kampanii przeciwko homofobii.

Po piąte: tyle buziaków w stronę szalikowców

W krajach, w których do tych kwestii podchodzi się bez napinki, już dawno przestudiowano wszystko to o czym tu mowa. Okazało się, że w jednej z najlepszych lig, znanej tak z wysokiego poziomu piłkarskiego jak i z multikulturowości, na dziesięciu piłkarzy co najmniej jeden jest gejem. Mimo, iż oczekiwanie na pierwsze oficjalne ujawnienie się wciąż trwa (znawcy tematu twierdzą, iż będzie ono miało charakter kolektywny bądź lawinowy), nieoficjalnie mówi się o wielu graczach z najwyższej półki transferowej, o idolach (także polskich kibiców), którzy niebawem zdziwią wielu swoich fanów.

Ale nie czekając na ten moment już dziś można stwierdzić, że każdej soboty na boiska Bundesligi wybiega co najmniej kilkunastu uwielbianych przez szalikowców gejów. Czy Bundesliga jest wyjątkiem? Nie ma żadnych powodów, aby tak uważać. Podobnie musi być w Premier League, El Primera Division, Serie A, francuskiej League 1 czy w polskiej Ekstraklasie. Tak więc w każdy weekend blisko sto, jeśli nie więcej, gejowskich gwiazd piłki nożnej wprowadza w zachwyt i ekstazę miliony kibiców na całym kontynencie. Strzelając bramki, dryblując, faulując, ale też chwytając się za koszulki, obściskując po strzelonych bramkach i puszczając buziaki w stronę wiernych im szalikowców. Oto bezsensownie tabuizowana prawda o futbolu.

Po szóste: nadchodzi kolejna Noc Muzeów

Na trybunach nie jest inaczej. Oczywiście, homofobiczny klimat narzucany ostatkiem sił przez zakompleksione grupki skrajnie prawicowych krzykaczy odpycha część nie-heteroseksualnych widzów od uczęszczania na stadiony. Ale tylko część, podczas gdy tysiące nie dają sobie odebrać tej sfery publicznej przez atawistyczne bandy. Dowodem na to są powstające w ostatnich 10 latach w całej Europie fankluby zrzeszające kibiców nie-heteroseksualnych. Czy dlatego, że zaczęli się oni nagle pojawiać na trybunach? Nie. Oni byli tam zawsze i tylko futbolowy świat udawał, i nadal próbuje udawać, że ich tam nie ma. Czy gejowskie fankluby powstają dlatego, że chcą się na trybunach izolować od reszty kibiców? Nie. Powstają dlatego, że chcą dać dowód na swoją obecność.

Wielu kibicom i ultras odechciało się brać udział w teatrze dyktowanym przez podstarzałych panów z FIFA i UEFA oraz grupki zacofanych nacjonalistów. Dzień, kiedy na większości piłkarskich stadionów, obok barw klubowych, zaczną powiewać tęczowe flagi jest już całkiem blisko. Na wielu już powiewają, jak choćby na New Camp w Barcelonie. Homofobiczna horda, podkręcana przez kryptofaszystowski, „narodowy” tłumek, będzie się szamotała, odgrażała, trzęsła, pieniła i wymachiwała rękami. Zdesperowani obrońcy narodowego frontu społecznego zacofania popadną w agonię. Ale nic nie będą w stanie zmienić, gdyż zarówno futbol, a tym bardziej większość jego fanów, chce iść do przodu.

Przez dziesiątki lat udawano, że fultbol to gra dla mężczyzn, nawet kryminalizując kobiety kopiące piłkę. To już przeszłość. Nadchodzące mistrzostwa świata kobiet w piłce nożnej obejrzą miliony ludzi. wkrótce tak samo odczarowane zostanie ostatnie tabu piłki nożnej – homoseksualizm. Ostatni społeczny bastion żałosnej homofobii, inscenizowane heteroseksualne oblicze futbolu, będzie można niebawem obejrzeć w Muzeum Piłki Nożnej w ramach kolejnej Nocy Muzeów w naszym mieście. Nie przegapcie!

Epilog czyli kontekst antyfaszystowski

Agonia homofobi w futbolu ma także szerszy, społeczny, antyfaszystowski kontekst. To właśnie na stadionach zagnieździły się, pomiędzy tysiącami fanów, najbardziej konserwatywne, faszyzujące grupy społeczne. Tam prowadzą najintensywniej swoją faszystowską agitację. Stadiony są obecnie ostatnią publiczną areną, na której wciąż mogą pozwolić sobie na dyskryminujące przyśpiewki bez reakcji antyfaszystów. Tam nasycają baterie faszystowskiej nienawiści. Ale na szczęście także stamtąd, prosto z trybun, płynie coraz więcej sygnałów, że pora już z tym skończyć. Stadiony to nie wybieg dla nabuzowanych homofobicznych szympansów, ani rezerwaty dla faszystów. Piłka nożna nie jest z natury hetero czy w ogóle czymś z gruntu męskim. Jest w niej miejsce dla wszystkich płci, seksualności i tożsamości. Pora na wyzwalającą antyrasistowską, antyhomofobiczną i antyfaszystowską ofensywę na stadionach.

Pora na toast. Za skuteczność i roztropność antyfaszystowskiej sprawności fizycznej

8 Sty

Siedziałam ostatnio w pewnej kawiarni na mieście i usłyszałam jak przy stoliku obok młoda dziewczyna opowiadała jakiejś parze o tym, „że znowu jakiś naziolek przecenił swoje siły i skopano mu tyłek”. „Miło słyszeć” pomyślałam, ale chyba zdradziłam się trochę z tym, że dołączyłam w niekontrolowany sposób do grona odbiorców tej wieści. Zrobiłam dobrą minę do złej gry uśmiechając się głupkowato do nieznajomych i zabrałam dalej za czytanie. Ale zamiast czytać, rozmyślałam o tym, że podsłuchanie tego typu rozmowy to całkiem przyjemna okoliczność…

Wieczorem, będac ze znajomymi w barze, podzieliłam się zasłyszaną historią. „A co”, pomyślałam, „im także należy się ulotny styczniowy podarunek”. Historia poszła dalej. Musiała zatoczyć całkiem dużą rundę w mieście, bo dwa dni poźniej wróciła do mnie jak bumerang opowiedziana mi przez osobę z całkiem innego grona znajomych. Pewnie w międzyczasie poprawiła humor wielu osobom.

Ale co z tego? Co z tego skoro wciąż nie miałam wystarczająco odwagi aby wznieść z tej okazji toastu w barze. Zwykłego toastu… Nie miałam, gdyż w dalszym ciągu, tego typu reakcje przygniecione są społecznym tabu. Gdyż zbyt wiele osób uważa, że skopanie faszyście tyłka to zwykła „przemoc” i nic więcej.

Zwykła czy niezwykła, problem w tym, że akcje te zrównuje się z przemocą stosowaną każdego dnia przez naszych rodzimych neofaszystów… sezonowo przemalowanych na „patriotów”. Patriots times…

Aby sprecyzować to do jakiej przemocy i jakich „osiągnięć” przyrównywane jest skopanie faszyście tyłka, podam kilka faktów:

– przynajmniej 40 ofiar śmiertelnych przemocy o podłozu ksenofobicznym od roku 1990;
– niezliczone ataki na publiczne wystąpienia środowisk LGBTQ;
– ataki na alternatywne miejsca kultury;
– nieustanne szerzenie antysemityzmu tak w przestrzeni publicznej jak i w internecie;
– uczynienie rasizmu, homofobii i antysemityzmu nieodlączną częścią codziennych spektakli na setkach obiektów sportowych (głównie na stadionach piłkarskich, ale nie tylko);
– obchody pogrómow żydowskich na terenach Polski;
– kultywowanie i szerzenie wśrdód młodzieży zamiłowania do wojny i militaryzmu;
– niezliczona liczba osób z wielu grup społecznych (wśród nich też bezdomni, młodzież alternatywna czy ludzie o lewicowych poglądach), które stały się ofiarami fizycznej i psychicznej przemocy o podłożu rasistowskim, homofobicznym czy narodowościowym…

To przeciw wydłużaniu się tego repertuaru neofaszystowskich „osiągnięć” polskiej skrajnej prawicy wymierzone są przeciwdziałania ruchu antyfaszystowskiego. Są one bardzo różne i dlatego różnie odbierane.

Ale bądźmy szczerzy. Jest masa ludzi, którzy przyjmują entuzjastycznie informacje o tym, że jakiejś bandzie nacjonalistów czy neofaszystów powinęła się noga i zamiast o kolejnych ich ofiarach słychać, że skopano im porządnie tyłki. Albo, że zablokowano fizycznie ich trasę przemarszu. Albo, że shakowano ich stronę internetowę. Albo, że rozbito koncert rasistowskich zespołów. Albo, że doprowadzono do zamknięcia, jakąkolwiek metoda, sklepu rozprowadzającego muzykę o rasistowskim przekazie czy też ubrania firm sponsorujących działania skrajnie prawicowych ugrupowań.

Problem polega na tym, że te szczere zdrowe reakcje entuzjazmu, są tabuizowane. Albo może, pozwalamy na ich tabuizowanie? A przez to, setki tysięcy tych, którzy tak właśnie reagują, nie czują się wystarczająco komfortowo aby wyrazić je publicznie. Aby powiedzieć: No i bardzo fajnie, że piepszony naziol miał wreszcie okazję samemu poczuć jak to jest być ofiarą!

Zbyt wiele osób zdaje się nie rozumieć, że antyfaszystowska samoobrona, nie polega tylko na bronieniu się w ostatecznym momencie fizycznej napaści na nas samych (w takich sytuacjach i tak są już tylko dwa wyjścia, albo uciekać albo się bronić), ale rownież na działaniach zakłucających funkcjonowanie skrajnie prawicowych, neofaszystowskich środowisk, czyli zaklucajacych ich swobodne organizowanie się, umacnianie, normalizowanie, rozprzestrzenianie… I nie chodzi tu przecież koniecznie o to aby takiego neofaszystę koniecznie unieszkodliwić fizycznie, a o wiele bardziej o to, aby odebrać mu pewność siebie, odebrać pewność działania, zdestabilizować poczucie jego domniemanej wyższości nad innymi (słabymi, innymi, nie-heteroseksualnymi, nie-katolikami, nie-polakami). Chodzi o to, aby pokazać mu, że musi się liczyć ze zdecydowanymi reakcjami.

Oczywistym jest, że antyfaszystowska samoobrona i zwykła przemoc są działaniami stojącymi w wielkiej od siebie odleglości. Zresztą, to w interesie samych antyfaszystów powinno być ciągłe podtrzymywanie tego dystansu, poprzez świadome i krytyczne analizowanie własnych działań. Zarazem, antyfaszyzm musi być skuteczny, aby wywiązywać się ze swojej społecznej odpowiedzialności.

A więc, przyszedł czas na toast, który, mam nadzieję, usłyszę niebawem w jednym z barów w moim mieście:

Niech żyje antyfaszystowska sprawność fizyczna, jej skuteczność, roztropność i niezawodność!
Niech żyją wszystkie dyscypliny, w których się sprawdza!

Lukrecja A.